Zemsta sułtana
Po czerwcowych zamieszkach powrócił do Turcji spokój. Ale to tylko pozory, bo premier Recep Tayyip Erdogan wciąż walczy z wrogiem. Jest nim biznesowa elita kraju
To miał być sztandarowy projekt rozbudowy tureckiej marynarki wojennej: projekt MILGEM obejmował budowę ośmiu korwet i czterech fregat. Dwie pierwsze jednostki powstały w dokach wojskowej stoczni, sześć następnych miała wybudować spółka RMK Marine, należąca do rodzinnego imperium Koc Holding. Wartość umowy wyceniano na 1,5 mld dol. Pod koniec września sprawy przybrały jednak niespodziewany obrót.
Raptem tydzień temu Komitet Wykonawczy Przemysłu Obronnego - któremu przewodniczy premier Erdogan - po "pogłębionej analizie wyników inspekcji" przeprowadzonej w holdingu anulował kontrakt. Natychmiast zdecydowano, że dwie kolejne jednostki dostarczą stocznie należące do marynarki wojennej, zaś przetarg na budowę czterech kolejnych ma się odbyć "wkrótce". - To chyba naturalne, że przeprowadza się kontrole podatkowe? Zwłaszcza jeżeli w niektórych przypadkach są ku temu ewidentne powody - zgryźliwie kwitował pytania dziennikarzy minister gospodarki Zafer Caglayan. - Nie ma powodu, by łączyć kontrole w niektórych grupach kapitałowych z protestami w parku Gezi. Co więcej, komitet zadecydował o anulowaniu części kontraktów, ale też o wznowieniu innych. Popełnilibyśmy błąd, gdybyśmy próbowali łączyć te decyzje z protestami w Gezi albo jakimiś innymi rzeczami - dodał.
Błąd popełnilibyśmy, gdybyśmy ich nie łączyli. O Koc Holding zrobiło się głośno w czasie czerwcowych protestów. Gdy gromadzący się na placu Taksim demonstranci zostali potraktowani gazem łzawiącym przez oddziały prewencji, należący do grupy hotel Divan wpuścił setki uczestników manifestacji do środka. - Ukrywanie kryminalistów to przestępstwo - rzucił wówczas do dziennikarzy Erdogan. Ale familia nie okazała skruchy. Ba, wkrótce później Mustafa Koc - patriarcha rodu i szef holdingu, uważany powszechnie za najbardziej wpływowego tureckiego biznesmena - kilkakrotnie w mniej lub bardziej zawoalowany sposób skrytykował działania szefa rządu.
Na odpowiedź władz w Ankarze nie trzeba było długo czekać. Gdy tylko ucichły protesty, do flagowej spółki holdingu - firmy TUPRAS - weszli inspektorzy podatkowi i specjaliści do spraw jakości. Przeszukano 77 biur, a znalezione tam komputery i dokumenty zarekwirowano, przynajmniej tymczasowo, co niemalże sparaliżowało działania firmy. Pod znakiem zapytania stoją kolejne kontrakty na roboty publiczne, jakie zdobyły w ostatnich latach spółki należące do Koca, m.in. na budowę dróg i mostów. W sumie w grę wchodzi około 5,7 mld dol. A to dopiero początek: po kolejnych kąśliwych komentarzach patriarchy rodu do sądu wpłynął pozew w sprawie rzekomego poparcia, jakiego familia Koców (oraz nie mniej wpływowa rodzina Doganów) udzieliła przewrotowi wojskowemu, do którego doszło nad Bosforem w 1997 r. Nazywana "postmodernistycznym zamachem stanu" interwencja armii doprowadziła do odsunięcia od władzy Necmettina Erbakana - mentora rządzących dziś, flirtujących z islamem, konserwatystów z Partii Sprawiedliwości i Rozwoju. Dziś jego następcy próbują rozliczyć pomysłodawców przewrotu: przed sądem stanęło niedawno ponad stu wysokich rangą oficerów. Była to jednak tylko przygrywka. - Ci ludzie i te spółki regularnie pojawiają się w aktach sprawy - mówił o Kocach i Doganach adwokat, który wniósł przeciw nim pozew, Mustafa Polat. - Musieli być w kontakcie z grupą wojskowych, odpowiedzialną za przewrót. Biuro prokuratora generalnego będzie musiało teraz podjąć śledztwo - cieszył się.
Biznesowy filar Turcji
Oczywiście, inicjatywy tej nie da się bezpośrednio powiązać z szefem rządu, ale też w możliwości Erdogana i jego mściwość nikt nie wątpi. Szef rządu pokazał swoje możliwości cztery lata temu, gdy wymierzył dotkliwy cios rodzinie Doganów: ich krytyczne wobec premiera imperium medialne, fundament grupy Dogan Holding, zostało ukarane grzywną w wysokości 2,5 mld dol. za unikanie podatków. W efekcie większość redakcji należących do grupy została sprzedana konkurencji, a premier zamknął usta najżarliwszym spośród krytyków.
Jeszcze kilka tygodni temu nikt nie przewidywał, że nazywany sułtanem Erdogan poważy się na podobny ruch wobec rodu Koców. Firmy należące do tej grupy wytwarzają 9 proc. tureckiego PKB, odpowiadają za 10 proc. eksportu produktów i dostarczają budżetowi 9 proc. wpływów. Do Koców należą m.in. jedyna rafineria w kraju, a także lokalne oddziały Forda i Fiata. - Powszechnie zakładano, że rządząca partia nie zaryzykuje zabicia kury, która znosi złote jajka - komentuje Timothy Ash, analityk Standard Banku.
Najwyraźniej jednak Erdogan jest gotowy podjąć ryzyko. - Czyż kręgi finansjery i niektóre media nie przyczyniły się do 28 lutego? - pytał we wrześniu retorycznie szef rządu, nawiązując do przewrotu z 1997 r. - Naprawdę, dziwię się, że jeszcze nie stanęli przed sądem - dorzucił. To wystarczyło, żeby akcje spółek należących do obu oskarżonych familii poleciały w dół: w ciągu kilku dni notowania imperium Doganów straciły 8 proc., a Koców - 4 proc. Ci ostatni próbują się odgryzać. - Turcja wciąż może osiągnąć zamierzone cele gospodarcze - napisał w artykule dla magazynu "Turkish Policy Quarterly" Rahmi Koc, kolejny prominentny biznesmen w rodzinie. - Ale tylko gdy będzie stabilną i dojrzałą demokracją - dodał znacząco.
Toczącą się nad Bosforem batalię można by sprowadzać do konfrontacji między marzącym o władzy absolutnej premierem a wszechpotężnym biznesmenem, przedstawicielem liberalnego świeckiego establishmentu. Ale blady strach padł na cały Levent - biznesową dzielnicę Stambułu, w której siedziby mają liczący się w kraju przedstawiciele finansjery, zarówno rodzimej, jak i zagranicznej. - Mamy polowanie na czarownice. Wszyscy się boją - komentował w rozmowie z reporterami tygodnika "Der Spiegel" analityk jednego z banków. Zanim zgodził się rozmawiać z dziennikarzami, zastrzegł sobie pełną anonimowość, a zanim usiadł z nimi do stolika, wyłączył telefon komórkowy i wyjął z niego baterię.
Skargi na przechwytywanie korespondencji elektronicznej, podsłuchiwanie i nagrywanie rozmów menedżerów napływają też z biur największych międzynarodowych firm: Citigroup, Credit Suisse czy Deutsche Banku. Tureccy inspektorzy próbują wytropić korespondencję i rozmowy, które potwierdzałyby tezę, że finansjera manipuluje rynkami i wynikami gospodarczymi w taki sposób, który podsyca niepokoje społeczne. Kierunek działania wyznaczył w końcu sam premier, mówiąc, że to "zagraniczne lobby" i "spekulanci" wyprowadzili w czerwcu tłumy na plac Taksim. Wicepremier Besir Atalay poszedł nawet krok dalej, twierdząc, że za demonstracjami stoi "żydowska diaspora".
W tym zamieszaniu co do jednego nie ma wątpliwości: inwestorzy - przynajmniej ci, którzy nie zapuścili w Turcji korzeni na dłużej - wpadli w popłoch. W ciągu kilku tygodni po pierwszej fali protestów wartość tureckiej giełdy spadła o 20 proc., lira znacznie osłabła, a do sprzedaży trafiły akcje lokalnych spółek warte w przybliżeniu ponad 1,6 mld dol. Trend się utrzymuje, nie tylko ze względu na niepokoje społeczne, lecz także politykę zagraniczną gabinetu Erdogana: jego poparcie dla egipskiego Bractwa Muzułmańskiego i nawoływania do obalenia syryjskiego reżimu Baszara al-Asada zniechęcają do Turcji inwestorów z Półwyspu Arabskiego. Widocznym rezultatem napięć była choćby decyzja emiratu Abu Zabi o opóźnieniu wartego 12 mld dol. projektu budowy elektrowni w Turcji. Opublikowane jeszcze w lipcu dane gospodarcze wskazują z kolei, że eksport tureckich towarów na Bliski Wschód spadł o jedną trzecią, do poziomu 3,1 mld dol.
Dla gospodarki, która w ciągu ostatniej dekady rozwijała się w tempie niemalże 10-prcentowym i wchłonęła 400 mld dol. inwestycji zagranicznych - a więc ponad dziesięciokrotnie więcej niż w ciągu dwóch dekad poprzedzających dojście do władzy Erdogana - nie jest to dramat. Ale do tragedii może dojść, jeżeli ten trend się utrzyma. - Jakiekolwiek nagłe zatrzymanie napływu kapitału może poważnie zagrozić wzrostowi gospodarczemu i przy takim scenariuszu doprowadzić do poważnej recesji - ostrzegał kilka tygodni temu podczas spotkania z inwestorami Paul Rawkins, jeden z szefów agencji ratingowej Fitch. Jego zdaniem nie da się sfinansować bieżących wydatków państwa z emisji obligacji krótkoterminowych i uniknąć interwencji tureckiego banku centralnego. - Bez niej kraj czeka twarde lądowanie. Takie, jakiego udało się Ankarze uniknąć w 2011 r. - twierdzi Rawkins. Ostrzeżenia napływają też z innych stron: OECD apeluje do władz w Ankarze o reformy, które podniosłyby produktywność tureckiej gospodarki oraz zaktywizowały kobiety na rynku pracy. Transparency International wytyka Turkom rosnącą korupcję - zdaniem organizacji większą niż np. w Rwandzie.
Idą wybory
Sułtan nie odpowiada jednak na takie zarzuty i apele, wybiera ucieczkę do przodu: w politykę. - Jestem gotów umrzeć za demokrację - zapowiedział Erdogan w połowie września, gdy przez kraj przetaczała się kolejna fala protestów, tym razem pominięta przez międzynarodowe media milczeniem. Dwa tygodnie później jego gabinet z pompą ogłosił nowy pakiet reform - wśród nich m.in. zniesienie zakazu zakładania chust przez kobiety zatrudnione w urzędach (jedynymi wyjątkami od tej liberalizacji będą teraz instytucje takie jak siły zbrojne, służby bezpieczeństwa oraz sądy) czy liberalizacja prawa dotyczącego użycia języka kurdyjskiego. W obu przypadkach chodzi o kwestie budzące nad Bosforem wielkie emocje, co niewątpliwie pozwala odwrócić uwagę od narastających problemów gospodarczych republiki.
W nowym pakiecie reform nie ma ani słowa na temat gospodarki. Nic dziwnego, bo mimo konfrontacji z wielkimi rodami biznesowymi oraz obaw międzynarodowych rynków ekipa Erdogana przekonuje, że sytuacja jest pod kontrolą. Ucieczka inwestorów? Wręcz przeciwnie! - Wprowadzony rok temu nowy system zachęt doprowadził do 24-proc. wzrostu liczby projektów inwestycyjnych - ogłosił tydzień temu na konferencji stowarzyszenia przedsiębiorców MUSIAD wiceminister gospodarki Mustafa Sever. Według niego w kategoriach wartości inwestycji oraz potencjalnego zatrudnienia wzrost można oszacować na 60 proc. Rząd ocenia też, że dzięki wprowadzonym w czerwcu 2012 r. zmianom w systemie zachęt do Turcji napłynie kapitał wielkości 42 mld dol., a zatrudnienie znajdzie 205 tys. pracowników. Problemy w handlu z Bliskim Wschodem? Skądże - w 2003 r., gdy Erdogan obejmował władzę, Turcja eksportowała do tego regionu dobra o wartości 9,5 mld dol. rocznie, dziś wartość eksportu sięga 65 mld dol.
Dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze? Odpowiedź jest oczywista: wroga propaganda wewnętrznych i zagranicznych przeciwników Partii Sprawiedliwości i Rozwoju. Ekipa Erdogana najwyraźniej jest przeświadczona, że jedyną odpowiedzią na zarzuty adwersarzy jest wytoczenie im procesów i próba przejęcia inicjatywy na portalach społecznościowych. Jak twierdzi turecki dziennik "Hurriyet", rządzący mają zamiar posadzić przed komputerami partyjnych aktywistów, by odbudowali dobry wizerunek sułtana i jego ludzi. Tylko w Stambule ma nad tym pracować armia, licząca nawet 6 tys. wolontariuszy, którzy na Twitterze, Facebooku czy MySpace będą sławić premiera. - Musimy ich pokonać w ich własnej grze - skwitował burmistrz Ankary i partyjny kolega Erdogana, Melih Gokcek. Rządzącym ziemia pali się pod nogami: kolejne lata to seria kluczowych dla przyszłości partii wyborów. Sułtan nie może pozwolić, by ktokolwiek wytrącił mu z rąk inicjatywę. Zwłaszcza teraz.
@RY1@i02/2013/193/i02.2013.193.00000150a.802.jpg@RY2@
LAIF/CZARNY KOT
Turecka młodzież od czerwca protestuje przeciw rządowi Recepa Tayyipa Erdogana
Mariusz Janik
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu