Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Bliski Wschód

Szaleni mułłowie nie są już szaleni

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 52 minuty

Siedem miesięcy - tyle czasu kupili sobie negocjatorzy z Iranu i sześciu mocarstw, którzy próbują wypracować ostateczny kształt porozumienia w sprawie irańskiego programu nuklearnego. I choć w ciągu ostatniej dekady nieraz rozmowy odraczano i zawieszano, tym razem z salonów wieje optymizmem. Iran wraca na salony, a koncerny, polskich nie wyłączając - do Iranu

To prawda, że nie osiągnęliśmy porozumienia, ale wciąż możemy powiedzieć, że poczyniliśmy wielkie postępy - promieniał irański prezydent Hasan Rouhani w telewizyjnym orędziu wyemitowanym w ostatni poniedziałek. - Luka między naszymi stanowiskami zmniejszyła się - dorzucił. Nieco bardziej powściągliwy był sekretarz stanu USA John Kerry. - Osiągnęliśmy znaczny postęp, ale wciąż pozostają punkty niezgody - skomentował toczące się w Wiedniu rokowania. - Negocjacje nie będą łatwiejsze, bo je przedłużyliśmy. One są trudne. Były trudne. I będą trudne - uciął.

Zapewne ma rację: dokładnie rok temu negocjatorzy wypracowali tymczasowe porozumienie, które miało obowiązywać przez sześć miesięcy. Przedłużono je dwukrotnie i zezwolono Teheranowi na wykorzystanie m.in. 700 mln dol. zamrożonych w ramach sankcji w rozmaitych bankach na świecie. Do 1 marca tymczasowe rozwiązania mają zostać zastąpione politycznym układem, którego szczegóły mają zostać doprecyzowane do 1 lipca.

Tyle że w ciągu ostatniej dekady rozmowy o irańskim programie nuklearnym nieustannie wpadały na rafy. - W miarę upływu kolejnych miesięcy i lat stało się jasne, że preferowana przez Zachód bezkompromisowa polityka odmawiania Iranowi prawa do zachowania choćby w niewielkiej części swojego programu nuklearnego zawiodła - wspominał pierwszą rundę negocjacji w latach 2003-2005 Mohamed El Baradei, wówczas szef Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. W swojej książce "Gra pozorów" skrzętnie wyliczał złośliwości i chwyty poniżej pasa, jakie stosowały w trakcie rozmów obie strony. Później nie było lepiej, a i teraz nie wszystkim podobają się toczące się w Wiedniu rozmowy. - Nie dawajcie Iranowi bomby! - apelował dramatycznie w wywiadzie dla stacji BBC izraelski premier Benjamin Netanjahu. Na połowiczne sukcesy negocjatorów krzywo patrzą Saudowie, którzy od dekad rywalizują z Persami o wpływy na Bliskim Wschodzie, a w ostatnich tygodniach pompują ropę na potęgę, zbijając ceny tego surowca na światowych rynkach (a na wysokiej cenie ropy opierają się budżety zarówno Rosji, jak i Iranu). W USA trójka senatorów - w tym niegdysiejszy kandydat republikanów na prezydenta, John McCain - zaapelowała wręcz o zacieśnienie sankcji nałożonych na Iran.

Wszystko może się jeszcze zdarzyć, ale nie ma też wątpliwości, że dziś obie strony negocjacji potrzebują się nawzajem, jak rzadko. Teheran liczy, że dzięki zniesieniu embarga gospodarczego uratuje gospodarkę, Waszyngton chciałby z pomocą ajatollahów uporać się z rebelią Państwa Islamskiego w Iraku i Syrii. I, wbrew wcześniejszym obawom, okazuje się, że z "szalonymi mułłami" - jak nazywali Irańczyków niektórzy amerykańscy politycy i dziennikarze - da się żyć.

Jak Rosja po upadku muru

Podczas dwudniowego I Forum Europa-Iran, zorganizowanego w połowie października w Londynie, trudno było znaleźć wolne miejsce. Salę obrad wypełnili dyplomaci, eksperci i menedżerowie koncernów, a wśród prelegentów byli dwaj byli szefowie dyplomacji - Brytyjczyk Jack Straw i Francuz Hubert Vedrine. Z irańskiej strony przedsięwzięciu patronował szef prezydenckiej kancelarii, Mohammad Nahavandian. Jak twierdzą analitycy, trudno się dziwić temu zainteresowaniu. - Przedsiębiorcy już planują wejście na irański rynek - podkreśla Toby Iles, ekspert ds. Afryki i Bliskiego Wschodu w Economist Intelligence Unit. - I nie sądzę, żeby były to przedwczesne działania - kwituje.

W tej chwili blisko pół tysiąca zagranicznych spółek inwestuje w Iranie. Są wśród nich firmy z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji, Szwecji, Szwajcarii, Norwegii, Japonii, Korei Południowej, Turcji, Chin czy Rosji. Poza niedobitkami rodzimych peykanów Irańczycy jeżdżą francuskimi lub koreańskimi autami, grają na smartfonach Samsunga, a dzwonią do siebie dzięki urządzeniom Siemensa i Alcatela. Mimo obłożenia sankcjami dzięki zagranicznym inwestorom do krwiobiegu irańskiej gospodarki wpuszczono w 2012 r. dodatkowe 5 mld dol. W zeszłym roku z kolei firmy z UE wyeksportowały tam towary warte 5,4 mld euro.

Teheran oczekuje co prawda więcej, ale 18 miesięcy prezydentury Hasana Rouhaniego to i tak okres nieustannego zabiegania o sympatię zagranicznych przedsiębiorców. Potencjalne zyski zaczęli liczyć nawet Amerykanie. - Dla naszych inwestorów są w Iranie fenomenalne perspektywy - zachwala Dick Simon, szef specjalizującej się w inwestowaniu i rozwijaniu nieruchomości RSI z Bostonu. Simon organizował na początku roku wycieczkę potencjalnych inwestorów do Iranu - i wrócił zachwycony. - Zainteresowanie Iranem rośnie, a kraj może znajdować się właśnie w punkcie zwrotnym - sekunduje mu Ali Amiri, partner firmy ACL Ltd. z Teheranu, biznesmen po Harvardzie. Tylko jego firma rozważa inwestycje warte ok. 100 mln dol.

Pod koniec października wyłom w tamie zrobił amerykański Boeing. Firma podpisała z Teheranem umowę na dostarczenie elementów wyposażenia informatycznego i nawigacyjnego do swoich maszyn. Można by machnąć ręką - bo chodzi o 120 tys. dol. - ale to pierwsza umowa zawarta w tym kraju przez amerykańską firmę lotniczą od czasu rewolucji w 1979 roku. I szansa, że rychło Irańczycy przesiądą się z przerażająco często spadających tupolewów w bardziej nowoczesne maszyny. W ciągu kilku ostatnich miesięcy decyzje o nowych inicjatywach w tym kraju zapadły m.in. w koncernach Total, Royal Dutch Shell, PSA Peugeot Citroen oraz w Deutsche Banku i rosyjskim Renaissance Capital Ltd.

Trend nie omija Polski. Pod koniec wakacji specjalne spotkanie informacyjne z udziałem urzędników i ekspertów ministerstw spraw zagranicznych, gospodarki i finansów zorganizowano na warszawskiej giełdzie. W pierwszej połowie roku niemal co miesiąc organizowano misje gospodarcze do Iranu, własną chciałby wysłać resort gospodarki. - Pracujemy nad trzema ciekawymi projektami dotyczącymi przeniesienia fabryk z Europy Zachodniej do Iranu. Obecnie ich realizacja jest niemożliwa, staną się realne dopiero po zniesieniu sankcji. Skoro menedżerowie firmy z Iranu i europejscy właściciele zakładów negocjują, oznacza to, że spodziewają się zmian, inaczej byłoby to marnowanie czasu - informował na początku września na łamach "Pulsu Biznesu" Bartosz Świderek z firmy Pol-Inowex.

Modzie na Persję trudno się dziwić, bo porównania, jakie przy tej okazji formułują eksperci, mogą zapierać dech w piersiach. - Iran to taka Turcja, tyle że z ropą - dowodził Charlie Robertson z Renaissance Capital po powrocie z misji gospodarczej w Persji. - Teheran ma klimat jak Ankara w 2004 r. - dorzucił. Ta druga analogia podoba się również gospodarzom. - Jeśli porównamy Turcję z Iranem, oba kraje mają populację ok. 80 mln ludzi - podkreślał na londyńskim forum Ramin Rabii, którego Turquoise Partners zawiaduje na teherańskiej giełdzie olbrzymią większością zagranicznego kapitału. - Tyle że w rękach cudzoziemców znajduje się 60 proc. kapitału stambulskiej giełdy. W Iranie to mniej niż 1 proc. - kusił. Robertson uważa, że zniesienie sankcji "w przyszłej dekadzie otworzy przed inwestorami największe możliwości na świecie". W zależności od szacunków można je wycenić od 600 do 800 mld dol. "To jak Rosja po upadku muru berlińskiego" - zachłystują się niektórzy publicyści.

Największy plan półwiecza

Oczywiście w chórze zachwytów toną głosy sceptyczne. A tych nie brakuje, gdyż irańska gospodarka wciąż przypomina krajobraz po bitwie. Najważniejsze źródło dochodów państwa - sprzedaż ropy - znacznie ucierpiało w wyniku zachodnich sankcji. W ostatnich latach eksport irańskiej ropy spadł o ponad połowę - z 2,3 mln baryłek dziennie do poziomu 1 mln. Ba, zdaniem niektórych ekspertów budżet dopina się dopiero, gdy cena surowca sięga 125 dol. za baryłkę. Trudno się więc dziwić, że w kręgach władzy w Teheranie mnożą się spiskowe teorie. - Nacisk wrogów na nas sprowadza się do wpływania na ceny ropy przez niektóre kraje regionu, które nazywają się islamskimi, ale służą Ameryce i tyrańskim siłom - perorował niedawno rzecznik władz. Rząd kluczową uwagę przywiązuje do planowanego zwiększenia wydobycia i eksportu - które jednak może w rezultacie przynieść dalszy spadek cen, czyli skutek odwrotny do zamierzonego. Sankcje i cena baryłki to niejedyne zmartwienia Teheranu. Infrastruktura woła o pomstę do nieba, zwłaszcza jeżeli chodzi o komunikację kolejową, a 23-procentowe bezrobocie napędza społeczną frustrację.

Ale też osiemnaście miesięcy rządów Rouhaniego przyniosło pewne efekty. Nowa administracja walczy z deficytem budżetowym (w roku podatkowym 2013-2014 sięgającym 24,3 mld dol.) i inflacją. - Widzimy pewne oznaki, że rzeczy idą - może nie powinienem mówić w lepszą - ale na pewno nie gorszą stronę - przyznawał w Londynie Rabii. - W ciągu 12 miesięcy rządów nowa ekipa była w stanie ograniczyć inflację z 45 do 15 proc. Myślę, że to coś na miarę cudu - dodał.

- Bez osiągnięcia choćby fragmentarycznego porozumienia w sprawie programu nuklearnego i przy dalszym spadku cen ropy kolejne branże przemysłu i kolejne firmy staną w obliczu bankructwa i zwolnień - cytowali jednak dziennikarze "Financial Times" anonimowego analityka. - Ta niebezpieczna kombinacja oznacza, że na rynku wkrótce może zabraknąć twardych walut, co przekłada się na załamanie riala oraz większe koszty importu, rodzimej produkcji i wyższą inflację - kwitował.

To mogłoby przesądzić o losie ekipy Rouhaniego. Wbrew pozorom w irańskiej polityce wewnętrznej kluczowym problemem nie jest polityka zagraniczna (z obroną programu nuklearnego na czele) czy spory między liberałami a konserwatystami. Zasadniczą rolę od wielu lat odgrywa gospodarka: wybory prezydenckie w latach 2005 i 2009 Mahmud Ahmadineżad wygrywał nie dzięki sabotowaniu wiedeńskich rokowań rozbrojeniowych, lecz dzięki mniej lub bardziej otwartemu zapowiadaniu "rozliczenia złodziei" rozkradających kraj oraz obietnicom wsparcia dla najbiedniejszych Irańczyków. "Największy plan gospodarczy ostatnich 50 lat", jak nazywał poprzednik Rouhaniego swój program gospodarczy, sprowadzał się do likwidacji subsydiów (które stosowano w odniesieniu do setek produktów, od paliw po żywność) i bezpośredniego rozdania zaoszczędzonej w ten sposób kwoty około dwudziestu miliardów dolarów najbiedniejszym rodzinom. Jak każdy "największy plan gospodarczy półwiecza", i ten spalił na panewce.

Kraj ajatollaha i Rekina

Podobnie poszło Ahmadineżadowi rozbijanie podejrzanych układów biznesowych. Przyszli zagraniczni inwestorzy zderzą się w tym kraju z plątaniną interesów, którymi "po godzinach" zajmują się tamtejsi politycy i ich klany, garstką rodzimych oligarchów oraz olbrzymim kompleksem gospodarczym, jaki stworzyli na własne potrzeby pazdarzy - korpus oficerski paramilitarnego Korpusu Strażników Rewolucji.

- Ci panowie z religijnej fundacji charytatywnej Shah Abdol Azim przyszli do mnie i zaoferowali wykupienie części posiadanych przeze mnie udziałów oraz współpracę z moją firmą - opisywał wiosną ubiegłego roku Ali Nourijani, szef Nouriyani Enterprises, jednej z największych lokalnych firm handlujących z Niemcami. W ten sposób nabierała tempa finansowa ofensywa zarządzanej przez fundację firmy Rey Investment Co., która stopniowo przejmowała interes Nourijaniego. W końcu ogłosiła się "wyłącznym przedstawicielem BMW w Iranie". Dobór marki nie powinien dziwić: niemieckie cuda motoryzacji są w tym kraju symbolem statusu.

We władzach spółki można znaleźć byłego szefa wywiadu (w randze ministra) Mohammada Reyszariego i Mohammada Szariat-Madariego, bliskiego doradcę ds. inwestycji zagranicznych Najwyższego Przywódcy Iranu, ajatollaha Alego Chameneiego. Czapką dla Rey Investment - i zapewne kilku innych tego typu spółek - pozostaje fundacja Shah Abdol Azim, którą praktycznie kierują ludzie z kancelarii przywódcy. I wygląda na to, że są skuteczni: według ujawnionych przez opozycyjne media informacji ajatollah Ali Chamenei i jego syn Modżtaba mogą być najbogatszymi Irańczykami - pierwszy miał zgromadzić majątek szacowany na 36 mld dol., rozwleczony po kontach w Szwajcarii, Liechtensteinie, Wyspach Kajmana, a nawet w Chinach. Drugi idzie tropem ojca: posiada prawdopodobnie ok. 21 mld dol. ulokowanych w podobny sposób.

Na biedę nie może też narzekać były prezydent i szara eminencja obozu reformatorów Ali Haszemi Rafsandżani - przez rodaków nazywany "Rekinem". Zwolennik wolnego rynku i prywatyzacji państwowych przedsiębiorstw utorował drogę swoim synom, z których Mehdi Haszemi usytuował się wygodnie w łańcuszku pośredników w sprzedaży nafty i gazu, Jaser Haszemi założył jedną z największych firm zajmujących się eksportem i importem rozmaitych towarów - w tym żywności dla dzieci, butelkowanej wody i maszyn przemysłowych - natomiast najstarszy, Mohsen Haszemi, przez kilkanaście lat kierował teherańskim metrem.

Nie sposób przewidzieć, jak na pojawienie się zachodnich firm zareagowałoby biznesowe imperium Korpusu Strażników Rewolucji, quasi-armii stworzonej przez ajatollaha Chomeiniego, który nie ufał "odziedziczonym" po szachu wojskowym. - Korpus nierozerwalnie zrósł się z irańską gospodarką - alarmuje Emanuele Ottolenghi, autor jednego z nielicznych kompleksowych opracowań wpływów pazdarów "The Pasdaran - Inside Irans Islamic Revolutionary Guards Corps".

Pazdarzy kontrolują dwie najważniejsze fundacje dystrybuujące publiczne środki - Fundację Poszkodowanych (Bonyad-e Mostazafan) oraz Fundację ds. Męczenników i Weteranów (Bonyad-e Shahid va-Omur-e-Janbazan). Instytucje te nie tylko udzielają wsparcia potrzebującym, lecz także zajmują się m.in. produkcją irańskiego odpowiednika coca-coli, czyli napoju Zam Zam, piwa bezalkoholowego Behnusz, mięs Gusztiran. Zarówno te fundacje, jak i inne koncerny stworzone przez byłych - i zapewne obecnych - dowódców formacji budują drogi i mieszkania, kanalizację i rurociągi, porty i lotniska. Spółka Ghorb, utworzona za rządów Rafsandżaniego do odbudowy ojczyzny po wojnie z Irakiem Saddama Husajna, to dziś potentat zatrudniający 25 tys. osób, w tym kilka tysięcy byłych pazdarów. Ghorb wygrywa od kilkuset do półtora tysiąca kontraktów rocznie. Do tego można dorzucić jeszcze działalność nielegalną - pazdarzy kontrolują m.in. produkty przemycane do Iranu, póki co obłożone sankcjami.

Powieszony w sekrecie

Wokół elit krążą też inni - przynajmniej z pozoru bardziej niezależni - oligarchowie. Za takiego może uchodzić Babak Morteza Zanjani, właściciel konglomeratu spółek Sorinet Group, obejmującego tak różnorodne sektory gospodarki, jak bankowość, lotnictwo, budownictwo, informatyka, nieruchomości czy produkcja kosmetyków. Interesy i powiązania Zanjaniego są na tyle niejasne, że w ostatnich latach znalazł się on na liście osób objętych sankcjami UE.

Tego losu uniknął z kolei Asadollah Asgaroladi - potentat, który budował swoje szacowane na 9 mld dol. imperium przez cztery dekady, opierając się od początku na handlu przyprawami, orzeszkami ziemnymi, pistacjami i suszonymi owocami. Ale i jego kariera mogłaby potoczyć się inaczej, gdyby nie dobre układy we władzach państwa - brat Asgaroladiego przez wiele lat sprawował funkcję ministra handlu, sam biznesmen przewodniczy dwustronnym izbom handlowym, m.in. z Rosją, Chinami i Australią. Na dodatek może uchodzić za głos tradycyjnej kasty kupieckiej, bazarich, którzy przez dekady stanowili finansowe zaplecze irańskiego kleru.

Do tego należałoby dorzucić niedawną gwiazdę irańskiego biznesu Mahafarida Amir-Chosrawiego, rzutkiego biznesmena, który prawdopodobnie cieszył się poparciem w kręgu współpracowników Mahmuda Ahmadineżada. Począwszy od 2007 r., na podstawie fałszywych dokumentów Amir-Chosrawi wyłudził w irańskich bankach ponad 2 mld dol. Pieniądze zostały następnie zainwestowane w akcje irańskich spółek, kilkadziesiąt przedsiębiorstw i - między innymi - drużynę piłkarską. Gdy sprawa wyszła na jaw, wkrótce po przejęciu władzy przez ekipę Rouhaniego, Amir-Chosrawiemu i 39 jego współpracownikom urządzono błyskawiczny proces - miliarder i trzech jego najbliższych ludzi zapłacili za przekręty głowami. Powieszono ich wiosną tego roku, informując adwokatów aferzysty post factum.

Z takimi realiami wcześniej czy później zderzą się inwestorzy z Zachodu, którym marzy się "druga Rosja po upadku muru". Do tego należałoby jeszcze dorzucić przyzwyczajenie do subsydiowanych cen, przekonanie wielu - zwłaszcza tych drobniejszych - przedsiębiorców, że towar kupiony za dolara należy sprzedać co najmniej za dwa dolary, a wreszcie potencjalne kłopoty z infrastrukturą techniczną, terminowością czy odmiennymi zwyczajami, żeby entuzjazm nieco ostygł. Innymi słowy, nawet porozumienie w kwestii programu nuklearnego nie będzie automatycznie oznaczać powstania nowego eldorado. Aczkolwiek bez niego Irańczycy zapewne nie będą w stanie uczynić ani kroku w stronę odbudowy gospodarki.

Teheran liczy, że dzięki zniesieniu embarga gospodarczego uratuje gospodarkę, Waszyngton chciałby z pomocą ajatollahów uporać się z rebelią Państwa Islamskiego w Iraku i Syrii. I, wbrew wcześniejszym obawom, okazuje się, że z "szalonymi mułłami" - jak nazywali Irańczyków niektórzy amerykańscy politycy i dziennikarze - da się żyć

@RY1@i02/2014/231/i02.2014.231.000002000.101.jpg@RY2@

BE&W

Mariusz Janik

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.