Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Bliski Wschód

Sułtan w ataku

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 56 minut

Gdyby prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan był jednym z komiksowych herosów, filmowi scenarzyści byliby zachwyceni. Po 40 latach porażek i upokorzeń w imię wiary i przekonań powrócił i pokonał - fortelem lub siłą - wszystkich wrogów

Gdy Erdogan był nastolatkiem, nazywali go Imam Beckenbauer. "Wysoki, pobożny, młody człowiek z Kasimpaşa (robotniczej dzielnicy Istambułu - aut.), który łączy naukę w szkole religijnej z miłością do piłki nożnej - tak opisuje najwcześniejsze lata przyszłego tureckiego przywódcy Chris Morris, wieloletni korespondent BBC nad Bosforem. - Sprzedawał chleb na ulicy, by mieć na książki do szkoły. Wielu ludzi wciąż pamięta tu tego gorliwego aktywistę, który nie podałby ręki kobiecie i uważał, że Turcja powinna patrzeć raczej na wschód niż na zachód".

Za młodu Erdogan został sfotografowany, gdy siedzi u stóp Gulbuddina Hekmatiara - najradykalniejszego z mudżahedinów z okresu interwencji Armii Czerwonej w Afganistanie. Wkrótce w kraju związał się z Necmettinem Erbakanem, liderem tureckiego politycznego islamu, którego kolejne partie wygrywały wybory w latach 90., by chwilę później tracić władzę wskutek delegalizacji. A jego kariera piłkarska została przerwana: gdy zapuścił brodę, klub postawił go przed wyborem - zarost albo piłka. I tak, po 16 latach gry, Turcja straciła utalentowanego napastnika.

Ale "walczakiem" pozostał: w pełni poświęcił się politycznej karierze. Szybko awansował w strukturach kolejnych partii Erbakana, a w 1994 r. był autorem pierwszego poważnego sukcesu islamistów - został burmistrzem Istambułu. "I natychmiast zakazał sprzedaży alkoholu w prowadzonych przez miasto kawiarniach i restauracjach" - kwituje Morris.

Cztery lata później, na jednym z partyjnych wieców, popełnił błąd, o którym media przypominają do dziś. Strofa wiersza - "Meczety to nasze koszary/ minarety to nasze bagnety/ ich kopuły to nasze hełmy/ a wierni to żołnierze" - miała go kosztować kilka miesięcy odsiadki. W intencji Erdogana miał to być zapewne sprytny fortel. Bo autorem słów jest Ziya Gökalp - niegdysiejszy piewca świeckiej republiki Atatürka, jego poematy są w każdym podręczniku. Któż mógłby zatem podważać intencje cytującego? Jednak Erdogan został usunięty ze stanowiska. Ale, i to znak czasów, nie został pobity podczas przesłuchań na policji. - To nie jest pożegnanie - powiedział w dniu, w którym zaczął odsiadkę. - Mam nadzieję, że to jedynie przerwa w serii pieśni, którą jeszcze dokończę - dorzucił. Hrabia Monte Christo pielęgnował myśl o zemście, spędzając w więzieniu 14 lat. Erdoganowi wystarczyły cztery miesiące.

"Kontrowersyjne uwięzienie jedynie wzmocniło jego pozycję wśród zwolenników. Wywołało także wątpliwości nawet w środowiskach świeckich. Kwestionowano ewidentny brak wolności poglądów w Turcji - wspomina Ann Dismorr, ambasador Szwecji w Ankarze w latach 2001-2005. - On sam postrzegał się jako ofiara łamania praw człowieka. Podczas moich spotkań z nim często wracał do tego epizodu. Było w nim głębokie rozczarowanie, nawet nuta goryczy, że Europa nie zareagowała po tym, jak został skazany".

Dismorr opisuje też wrażenie, jakie polityk, którego rodacy nazywają Sułtanem, robił na rozmówcach. "Jego atletyczne, górujące nad wszystkimi ciało i władczy głos robiły mocne wrażenie już w chwili, gdy witał gości po angielsku, zanim wrócił do tureckiego. Jego naturalna władczość i powaga były uderzające. Podobnie samokontrola, sprawiająca, że trudno było go przejrzeć. Jego długie wywody z rzadka były przerywane przez doradców, którzy go otaczali. Gdy któregoś dnia opuszczałam jego biuro prywatną windą, stwierdziłam, że największe wrażenie robi jego wewnętrzny spokój. Nawet jego najwięksi adwersarze muszą mu to przyznać" - wyliczała.

Im większe jednak wrażenie Erdogan robił na rozmówcach, tym większy strach budził w elitach Republiki. "Oponenci widzą w nim wilka w owczej skórze" - pisała Dismorr. "Obawiają się, że inspirowane przez Unię Europejską reformy w obszarze praw człowieka są listkiem figowym, świeckość państwa będzie likwidowana, polityczny islam wzbierze pod sztandarem praw człowieka, a plan członkostwa w UE zostanie porzucony, gdy tylko przestanie być potrzebny" - dodawała. Dzisiaj ci oponenci mogą triumfować: ich obawy w olbrzymiej mierze się potwierdziły. "Erdogan zmierza ku dyktaturze w azjatyckim stylu" - krzyczy tytuł w tygodniku "The New Yorker".

Milczenie zawodnika wagi ciężkiej

Referendum, które odbyło się w ostatni weekend, to zwieńczenie 15-letnich rządów Sułtana - i zaproszenie do kolejnych 15 lat. System prezydencki, który zostanie zaprowadzony nad Bosforem w wyniku plebiscytu, gwarantuje głowie państwa możliwość wyboru na dwie kolejne pięcioletnie kadencje na tym stanowisku, to dekada od zaplanowanych na 2019 r. wyborów. Dodatkowo, jeżeli druga kadencja skończyłaby się wcześniejszymi wyborami, prezydent może się ubiegać o trzecią kadencję - czyli gdyby parlament zdecydował się w 2028 r. lub na początku 2029 r. na przedterminowe wybory, Erdogan mógłby powalczyć o możliwość rządzenia nawet do 2034 r.

Ostatnie 15 lat nie pozostawia większych wątpliwości, że Sułtan o taką możliwość zawalczy. Erdogan ma prawdziwy talent, jeżeli chodzi o lawirowanie w zawiłościach systemu i wykorzystywanie w nim luk. W 2002 r., gdy Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) po raz pierwszy wygrała wybory, nie znalazł się w parlamencie - jako skazany prawomocnym wyrokiem nie mógł piastować funkcji politycznych. Zatem jedną z pierwszych decyzji premiera Abdullaha Güla (wówczas najbliższego sojusznika Sułtana) było zniesienie tego zakazu. Potem jeden z deputowanych AKP grzecznie ustąpił stanowiska i Erdogan został posłem. A gdy już nim został, Gül ustąpił ze stanowiska szefa rządu i oddał je Erdoganowi, a sam został szefem dyplomacji. Po latach miał zostać nagrodzony stanowiskiem prezydenta, funkcją w ówczesnym układzie kompletnie symboliczną.

Wbrew temu, co pisze Dismorr, w duecie Erdogan - Gül to ten drugi uchodził za "siłę spokoju". Uśmiechnięty, poszukujący w dyskusjach wspólnych punktów wąsacz miał być przeciwieństwem "machismo", jakie z czasem zaczęto przypisywać Erdoganowi. - Derwisz, który jest cierpliwy, osiąga swoje cele - to stare tureckie powiedzenie miało najlepiej oddawać naturę Güla. W odróżnieniu od Sułtana Derwisz wyciągnął rękę do protestujących na placu Gezi w Istambule w 2013 r. Rok później, na krótko przed końcem kadencji, z widocznymi wahaniami podpisał ustawę pozwalającą cenzurować internet. Po czym wycofał się niemal całkowicie z polityki: nie uszło uwadze komentatorów, że nie włączył się do ostatniej kampanii na rzecz zmian w konstytucji. A nawet odwołał udział w jedynym wiecu, w którym miał uczestniczyć. Dziś współpracownicy Erdogana nazywają to "brakiem lojalności", w domyśle - zdradą.

Gerald MacLean, brytyjski politolog, który niedawno opublikował biografię Güla, spekuluje, że Derwisz czeka cierpliwie, aż Erdogan politycznie się wypali. Ale nie miejmy wątpliwości: Gül, który 15 lat temu był opisywany jako "zawodnik wagi ciężkiej" w AKP, nie zrobił przez ostatnie trzy lata nic, by powstrzymać Erdogana. A premier Binali Yildirim czy jego poprzednik Ahmet Davutoglu to politycy, których można by porównać do Dmitrija Miedwiediewa: rządzą, ale technicznie. W AKP nie ma dziś nikogo, kto zagrażałby władzy Sułtana.

1109 lat więzienia w jedno popołudnie

Nie ma też nikogo takiego poza AKP. Republikańska Partia Ludowa (CHP), partia założona przez samego Atatürka i będąca przez długie dekady przedstawicielem establishmentu Republiki, jest cieniem samej siebie. Rządzi nią Kemal Kiliçdaroglu, polityk tyleż doświadczony, ile bezbarwny. Jego poprzednik, dobiegający dziś osiemdziesiątki Deniz Baykal, miał więcej charyzmy w dysputach z Sułtanem. Tyle że siedem lat temu do sieci trafiło nagranie Baykala i jednej z jego partyjnych koleżanek, będące zapisem ich intymnego rendez-vous, co definitywnie zakończyło karierę przewodniczącego.

Z Kurdami Ankara rozprawia się jeszcze śmielej. Dekadę temu Erdogan wykonał w stronę tej największej mniejszości narodowej w Turcji kilka znaczących gestów: język kurdyjski został oficjalnie uznany i dopuszczony w przestrzeni publicznej, w księgarniach pojawiły się pierwsze książki o tym narodzie, spekulowano o rozmaitych scenariuszach autonomii wschodnich regionów Turcji, z więzienia przemawiał do kurdyjskich partyzantów Abdullah Öcalan, lider bojówek PKK, Partii Pracujących Kurdystanu.

Z perspektywy czasu wydaje się to być kolejnym fortelem Erdogana. Kurdowie byli mu potrzebni z trzech powodów - po pierwsze, to elektorat. Reprezentując ich interesy, a zarazem podkreślając przywiązanie do religii, AKP mogła liczyć na kilka procent kurdyjskich głosów, odbierając je świeckim politykom kurdyjskiego pochodzenia. Po drugie, casus kurdyjski można było zademonstrować Brukseli jako dowód na uśmierzanie konfliktów narodowościowych w Turcji, punktując w oczach europejskich przywódców. Po trzecie, zażegnanie pełzającej wojny domowej na wschodzie Turcji sprawiało, że armia - w Republice strażnik świeckości i do pewnego momentu najważniejszy adwersarz Sułtana - nie była tak potrzebna.

Dziś sytuacja się odwraca. Jeszcze rok temu Kurd Selahattin Demirtaş, 44-letni lider Ludowej Partii Demokratycznej, był określany mianem "nadziei tureckiej polityki". Od listopada ubiegłego roku ogląda on świat zza krat, a prokuratorzy domagają się dla niego 142 lat więzienia. Pod koniec marca odbyła się kolejna runda rozpraw innych kurdyjskich polityków, aktywistów i dziennikarzy, w tym przywódcy Partii Demokratycznych Regionów Kamurana Yukseka - oskarżonych, jak Demirtaş, o działanie pod dyktando terrorystów z PKK. W sumie prokuratura domaga się dla 121 oskarżonych 1109 lat więzienia. I nikt nie ma wątpliwości, że sądy dostarczą oczekiwane wyroki - zwłaszcza że w wyniku referendum kadrowa miotła w sądownictwie będzie stała w kancelarii prezydenta.

Cóż, produkcja wyroków nad Bosforem trwa w najlepsze. Jeszcze zanim Ankara wzięła się za liderów kurdyjskich, złamała potęgę armii - niechaj ubiegłoroczny rzekomy zamach stanu nikogo pod tym względem nie zmyli. Przez pierwszych kilka lat po objęciu władzy AKP musiała znosić niechętnych sobie szefów sztabu generalnego, w większości - dyplomatycznie rzecz ujmując - z pokolenia starszego od polityków AKP, np. gen. Yaşar Büyükanit ma dziś 77 lat. Sułtan zwyczajnie ich przeczekał, w sytuacjach kryzysowych zwracając się o wsparcie dla Brukseli. Gdy poczuł się nieco pewniej, nad Bosforem zdemaskowano spisek nazwany później "aferą Ergenekon" - gdzie klika wojskowych, funkcjonariuszy bezpieki, polityków, nacjonalistycznych aktywistów, dziennikarzy i intelektualistów miała knuć obalenie rządu AKP. Choć prawnicy mieli zastrzeżenia do materiału dowodowego, proces odsłonił struktury rzeczywiście istniejącego "głębokiego państwa", jakie funkcjonowało w tle tureckiej polityki od lat 70. I przerzedził szeregi generalicji, również tej na emeryturze. Na jej miejsce przychodzili kolejni wojskowi, bardzo często wywodzący się z tych samych środowisk co politycy AKP, z religijnej Anatolii.

Lipcowy zamach stanu dobił ostatni gwóźdź do trumny niegdysiejszej potęgi mundurowych. Już w pierwszych godzinach po zgnieceniu nieudolnie przeprowadzonego przewrotu aresztowano niemal 3 tys. wojskowych, w tym setkę generałów - z dowódcą natowskiej bazy Incirlik oraz byłym dowódcą sił Turcji w Afganistanie na czele. Dziesiątki wysokich rangą oficerów, bazujących w Europie i USA, poprosiło o azyl. Do dziś liczba ta mogła zwiększyć się kilkukrotnie - tureckie władze ogólnikowo doliczyły się we wrześniu ubiegłego roku 32 tys. aresztowanych.

Choć to zaledwie początek dwu- lub trzykrotnie dłuższej listy osób, które trafiły lub trafią za kraty. Coup détat A.D. 2016 posłużył nie tyle do rozprawy z armią, bo ta w gruncie rzeczy była już spacyfikowana, nawet jeżeli niektórzy z dowódców nie sympatyzowali z Sułtanem. Przewrót miał dostarczyć pretekstu do wyeliminowania ze struktur państwowych zwolenników Fethullaha Gülena, kaznodziei, który oplótł Turcję - i sporą część świata - liczącą dobre miliony członków siecią szkół i organizacji dobroczynnych. Güleniści asystowali przy narodzinach AKP, przez dekadę udzielali Erdoganowi wsparcia, być może też chroniąc go w kryzysowych sytuacjach. Ale od kilku lat byli też jedyną - na dodatek mało sformalizowaną - strukturą, której Sułtan nie był w stanie kontrolować. Stąd, od 2013 r., zaczyna się zimna wojna między nobliwym kaznodzieją a Sułtanem: do sieci trafiają nagrania, które mają kompromitować Erdogana, ten odwdzięcza się oskarżaniem Gülena o zdrady i spiski.

"Ludzie, którzy wyszli na ulice protestować przeciwko zamachowi stanu, doskonale wiedzieli, że stoi za nim Gülen" - głosi podpis pod fotografią z demonstracji w obronie rządu AKP w gorących dniach w połowie lipca 2016 r. umieszczoną w oficjalnej publikacji rządu dotyczącej nieudanego przewrotu. Wiedzieli na tyle dobrze, że mieli już przygotowane tablice w języku tureckim i angielskim ze zdjęciami kaznodziei i hasłami "Zatrzymać przewrót gülenistów". Grunt to szybka reakcja, a odrobina dosłowności nie zaszkodzi.

Dryfując w stronę "Wspaniałego stulecia"

W grudniowy poranek 2004 r. Erdogan wyglądał na wyczerpanego - i miał ku temu powody. Całą wcześniejszą noc spędził na burzliwych dyskusjach z przywódcami całej Europy, w pewnym momencie miał już zamiar trzasnąć drzwiami i zerwać negocjacje, kiedy wpadł na korytarzu na brytyjskiego premiera Tonyego Blaira, który na osobności wyperswadował mu takie gwałtowne reakcje. Ale nawet kiedy już było po wszystkim, a porozumienie wytyczające ścieżkę prowadzącą ku akcesji Turcji do UE było już podpisane, Sułtan wdał się w sprzeczkę z prezydentem greckiej połowy Cypru Tassosem Papadopoulosem. Nie wszystkim się podobało. - Tureccy politycy muszą się jeszcze wiele nauczyć. My tu w Europie nie handlujemy dywanami - sarkał w kuluarach jeden z europejskich szefów dyplomacji.

Przeprowadzony niemal dokładnie 10 lat później sondaż na temat poparcia Turków dla członkostwa w UE nie pozostawiał większych wątpliwości: w grudniu 2014 r. liczba zwolenników akcesji stopniała do rekordowo niskiego poziomu - 28 proc. A właściwie tyle opowiedziało się za stanowiskiem, że wejście do UE byłoby dla Turcji "czymś dobrym". 39 proc. uznało, że akcesja byłaby złym krokiem, 25 proc. nie miało w tej kwestii zdania, a 8 proc. w ogóle odmówiło odpowiedzi.

Na początku tego tygodnia - niemal dokładnie w 30. rocznicę złożenia formalnego wniosku o członkostwo w Unii Europejskiej - Sułtan postanowił ostatecznie pokazać Brukseli środkowy palec. - Co przez 54 lata słyszeliśmy w drzwiach Unii? Macie czekać! - perorował przed drzwiami wybudowanego specjalnie na swoje potrzeby pałacu w Ankarze. - Usiądziemy sobie teraz i naradzimy się, przecież możemy też zrobić referendum na temat akcesji do UE - zapowiedział.

Jeżeli do takiego referendum dojdzie, wynik będzie do przewidzenia. Turcy, nawet prozachodni establishment, mają dziś Europy szczerze dosyć. Nawet w czasach, kiedy Sułtan trzymał się reguł gry i robił wszystko, by Ankara dobrze wypadła w oczach partnerów z Brukseli, napotykał w Europie ścianę niechęci. Prezydent Francji Nicolas Sarkozy otwarcie wykluczał możliwość akcesji Turcji do Unii, kanclerz Angela Merkel nie potrafiła wykrzesać dla tej idei choćby odrobiny entuzjazmu. Jednoznacznymi zwolennikami członkostwa Republiki wydawali się niemal wyłącznie Brytyjczycy i, suflujący gdzieś zza ich pleców, Amerykanie.

Nie byłoby więc nic dziwnego w tym, że Europa przywitałaby takie referendum, którym straszy dziś Erdogan, z nutą subtelnie ukrywanej ulgi. Zwłaszcza dziś, gdy przez kontynent przetacza się fala populizmu i otwarcie demonstrowanej niechęci do muzułmanów, nawet jeżeli chodzi o tych, którzy w Europę zapatrzeni byli od stuleci. Tyle że, paradoksalnie, wraz z takim referendum i oficjalnym porzuceniem proeuropejskiego kursu Erdogan straci ostatnią wielką ideę, która wyznaczała jakiś kurs AKP w okresie, kiedy partia ta szła do władzy.

Tak się bowiem składa, że partii Sułtana udało się przez ostatnie półtorej dekady całkowicie zmienić Republikę. Nie chodzi nawet o konserwatywny kurs, wytykane gabinetom Erdogana i jego następców awantury o chusty na uniwersytetach, zakazy sprzedaży alkoholu w okolicach szkół i meczetów czy lakier na paznokciach stewardes (zgodnie z zaleceniami nie może być "krzykliwy"). AKP położyła kres kontroli, jaką armia sprawowała nad polityką; doprowadziła niemalże do zakończenia wojny domowej na wschodzie Turcji; zafundowała Turcji dekadę cudu gospodarczego i wyciągnęła z biedy i zapomnienia miliony konserwatywnych mieszkańców zaniedbanej przez dotychczasowe elity, głęboko wierzącej Anatolii. Akcesja miała - albo mogła - być zwieńczeniem tego procesu.

Rząd AKP wszystkie te atuty stopniowo wytracił. Wkrótce zapewne zacznie być nazywany "reżimem AKP" - nie bezpodstawnie, biorąc pod uwagę liczbę dziennikarzy, mundurowych i gülenistów za kratami. W tureckim Kurdystanie ponownie wzbiera bunt, podsycany także polityką Ankary wobec wojny w Syrii - w szczególności przymykaniem oka na poczynania Państwa Islamskiego, któremu Turcja pozwoliła w zasadzie bezkarnie wykrwawiać Kurdów po syryjskiej stronie granicy. Gospodarka - mimo zapowiedzi gigantycznych projektów infrastrukturalnych, jak alternatywny do cieśniny Bosfor kanał łączący Morze Czarne ze Śródziemnomorskim, czy rurociągi, które miałyby przecinać Turcję na osi północ-południe czy wschód-zachód - zwolniła z niegdysiejszych 10 do 6,1 proc. PKB (w 2015 r.). Karty rozdają w niej dzisiaj przedsiębiorcy z Anatolii, finansowe zaplecze AKP, które dziś krok za krokiem wygryza dawną oligarchię.

Jedyną ideą, która dzisiaj niesie Sułtana dalej, wydaje się wyłącznie władza. Może nie zaplanował tego, jak chcieliby cytowani przez Dismorr adwersarze. Ale Erdogan gra takimi kartami, jakie przynosi mu los, a ten nie szczędzi mu dobrych rozdań. Pytanie brzmi dziś co najwyżej, jaki model państwa stworzy nad Bosforem w następnych latach - Republikę Islamską na wzór Pakistanu czy Republikę Islamską na wzór Iranu? Jak daleko posunie się w manipulowaniu demokratycznymi procedurami - tylko dostosowując granice okręgów wyborczych do optymalnych wyników swojej partii czy też dostawiając urny tam, gdzie AKP zabraknie głosów?

I czy dostarczy Turkom tyle emocji, by nie znudzić się im do 2034 r.?

Pytanie brzmi dziś, jaki model państwa stworzy Erdogan - republikę islamską na wzór Pakistanu czy Republikę Islamską na wzór Iranu? I jak daleko posunie się w manipulowaniu demokratycznymi procedurami?

@RY1@i02/2017/078/i02.2017.078.000002000.801.jpg@RY2@

fot. Lefteris Pitarakis/AP

W niedawnym referendum Turcy zgodzili się na umocnienie systemu prezydenckiego. To oznacza, że Recep Tayyip Erdogan może rządzić do 2034 r.

Mariusz Janik

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.