Obama miał „nadzieję”. Biden ma „jedność”
Największym problemem zaprzysiężonego wczoraj prezydenta mogą nie być kwestie zdrowotne, ale rozbudzone oczekiwania. Joe Biden w swoim inauguracyjnym przemówieniu starał się je tonować
Jeżeli jest słowo, które ujmuje nastrój początku prezydentury Joego Bidena, to jest to „jedność”. Nowy lokator Białego Domu wielokrotnie odnosił się do niej w swoim pierwszym prezydenckim wystąpieniu. Apelował o zakończenie wojny domowej między zwolennikami obu stron sceny politycznej – ludźmi, którzy „informacje czerpią z innych mediów” – i zmniejszenie temperatury sporów politycznych, bo tylko dzięki jedności Ameryka dotychczas dawała radę wszystkim wyzwaniom.
Jedność ta będzie potrzebna, aby USA stawiły czoła licznym problemom, w tym szalejącej w kraju pandemii, która kosztowała życie już ponad 400 tys. Amerykanów, a także jej konsekwencjom gospodarczym, w tym olbrzymiemu bezrobociu oraz zadłużeniu na rekordowym poziomie. Walka z nimi pokaże, czy – jak mówił wczoraj Biden – w Ameryce to „zawsze dobre anioły brały górę”.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.