Kryzys wyraźnie dodaje smaku posiłkom przyniesionym z domu
Urzędnicy, którzy w zwykłych warunkach stanowiliby klientelę Pret albo EAT, odkrywają uroki własnoręcznego robienia kanapek. Świecące niegdyś pustkami biurowe lodówki dziś są zapchane po brzegi domowymi daniami. Wobec coraz gorszych perspektyw gospodarczych modny staje się lunch przyniesiony z domu.
Lynn Bailey, szefowa pionu badań rynkowych w PwC, twierdzi, że zastępując kupne kanapki przygotowanym w domu posiłkiem, można zaoszczędzić znaczne kwoty. Ona sama stara się przynosić z domu lunch przynajmniej trzy razy w tygodniu.
- Skąd takie poważne oszczędności? Stąd, że kiedy człowiek wyciąga z portfela 20 funtów, kupuje kanapki na lunch - a reszta się jakoś rozchodzi - mówi.
To trafna uwaga. W tym tempie, w ciągu liczącego 200 dni roku pracy można wydać 4 tysiące funtów (4420 euro). Nawet jeśli potrafimy narzucić sobie dyscyplinę finansową i ograniczyć się do 5 funtów, w skali roku daje to 1000 funtów.
Raport „Leaner times: the lunchbox” (Chude lata: lunch z pudełka), sporządzony przez firmę badań rynkowych NPD, stwierdza, że z powodu problemów finansowych coraz więcej urzędników w USA przygotowuje własnoręcznie lunch.
- Konsumenci zaczęli liczyć się z groszem, a paczka z drugim śniadaniem to sposób na oszczędzanie - wyjaśnia prezes NDP, Harry Balzer.
Względy finansowe są istotne, ale za domowym drugim śniadaniem przemawia - oprócz kryzysu kredytowego - także wiele innych argumentów.
W Indiach zalety domowych lunchów są znane od dziesięcioleci. W Bombaju, gdzie funkcjonuje chyba największy na świecie system dostawy posiłków z domu do pracy, codziennie 5 tysięcy posłańców przywozi do biur 200 tysięcy pudełek z przygotowanym w domu wczesnym obiadem, złożonym z mięsa, warzyw, ryżu i pieczywa.
Paul Harding, szef produkcji w wydawnictwie Duncan Baird Publishers, nie lekceważy kwestii gastronomicznych i odżywczych. W ciągu tygodnia dwukrotnie na lunch dostaje to, co zostało z obiadu, natomiast w pozostałe trzy dni wraz z żoną przygotowują specjalne potrawy.
- Moja żona jest Włoszką, więc czasem robimy sałatkę albo frittatę, albo którąś z piemonckich potraw. Eksperymentujemy. Trzydaniowy lunch, złożony z kanapki, chrupek i batonika - to nie dla nas - mówi.
Paul Harding lubi dobrą kawę. Kupił włoską elektryczną maszynkę do parzenia mokki, z której korzysta wspólnie z czterema kolegami-kawiarzami.
Jego współpracowniczka Ilaria Rovera, szef marketingu na USA i od dawna zaprzysiężona zwolenniczka domowych lunchów - dodaje: - Te kupne dania to okropne świństwa, zwłaszcza w supermarketach - ani to świeże, ani domowe, a w dodatku nie wiadomo, z czego zrobione. Poza tym tam, gdzie pracuję, przy Oxford Street, w sklepach z kanapkami bywają kilometrowe kolejki.
Ilaria Rovera i jej chłopak ustalili kanapkowe dyżury. To wprowadza element niespodzianki, bo często nie wie, co będzie jadła.
Dietetyczka Anita Bean, autorka książki „Slim Secrets” (Tajemnice szczupłej sylwetki), głęboko wierzy w odżywcze walory domowego lunchu. - Największym problemem pracowników jest to, że w porze lunchu wprowadzają do organizmu zbyt wiele kalorii. Lekko licząc, typowa kanapka na wynos zawiera 400-500 kalorii, podczas gdy człowiek, który pracuje za biurkiem, spala najwyżej 70 kalorii na godzinę. Poza tym na ogół zjada się też chrupki, a może i czekoladowy batonik - i tak dorabiamy się nadmiaru kalorii.
Poza tym podkreśla, że lepiej spokojnie spożyć lunch przy własnym biurku, niż spieszyć się i połykać ostatnie kęsy w drodze. - Generalnie, to jest mniej stresujące i bardziej korzystne dla systemu trawiennego.
Anita Bean poleca cienkie kromki pełnoziarnistego pieczywa (najlepsza jest pitta), przełożone dużą ilością sałaty, ze stosunkowo obfitym dodatkiem produktów zawierających chude białko (tuńczyk, szynka albo kurczak).
- Przekładając takie danie sałatą, zjadamy znacznie więcej warzyw, niż zawiera kupna kanapka. Dobre, chude białkowe nadzienie zapewni na dłużej poczucie sytości. Oczywiście, ludzie wykonujący pracę fizyczną mają inne zapotrzebowanie.
Niektórzy zabierają z domu lunch z powodów innych niż wartość odżywcza, walory smakowe czy względy finansowe.
- Przynoszę zamrożoną zupę jarzynową, przygotowaną według przepisu mamy. Codziennie ją jem - mówi Eloise Aspinall, doradca do spraw rekrutacji pracowników w firmie Law Absolute. - Dzięki temu, robiąc zakupy żywnościowe, nie ulegam różnym pokusom. Ale najważniejsze jest to, że nie muszę podejmować decyzji. Jem codziennie to samo i nie muszę się zastanawiać nad wyborem. Nie ma zawracania głowy - zjadam, i już.
Eloise Aspinall kilka tygodni temu była na wakacjach. - Na lunch podawali wspaniałe potrawy, naprawdę urozmaicone - wspomina - ale, szczerze mówiąc, tęskniłam za moją zupką.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.