Jak żyć bez węgla?
Ruhra walczy o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. To pomysł władz na nowe życie regionu. Licząca 53 miasta i 5,3 mln mieszkańców aglomeracja musi znaleźć sposób na czasy, gdy z wydobycia nie da się już żyć.
- Podobno w XIX w. było tu ponad 3000 kopalń. Ja pamiętam jeszcze 200 pracujących, dziś pozostały cztery. Ale Berlin nie chce już dokładać - mówi Ruediger Steinborn. Ubrany w czerwony pulower i staromodny kaszkiet sześćdziesięcioparoletni górnik oprowadza mnie po Zeche Zollverein, niegdyś największej kopalni w 500-tysięcznym Essen, czyli samym sercu regionu. Założony w 1864 r. kombinat był przez dekady najnowocześniejszą koksownią Europy. W latach 60. wydobywał i przerabiał 10 tys. ton węgla dziennie. Budowla jest imponująca. Zajmuje powierzchnię 140 boisk piłkarskich i wyrasta nad ziemią na wysokość 55 metrów.
Alew Zeche Zollverein ostatnią tonę węgla wydobyto w grudniu 1986 r. Już wówczas zatrudnienie w kopalniach Ruhry było o 80 proc. niższe niż 20 lat wcześniej. - To był koniec jednego z niemieckich mitów: wiary, że siłę gospodarki można mierzyć w tonach wydobywanego węgla - mówi mi Ulrich Borsdorf, znawca historii regionu.
Do wybuchu wielkiego kryzysu ruhrskie kopalnie wydobyły rekordowe 7 mld ton węgla, którego Niemcy bardzo potrzebowali. Węgiel i stal napędzały też zbrojenia.
Od 1958 r. niemieckie państwo musiało jednak wpompować w Zagłębie Ruhry prawie 120 mld euro. Osłony socjalne uspokoiły nastroje tracących pracę górników, którzy mogli pozwolić sobie na wcześniejszą emeryturę. - Pozostał problem, gdzie będą pracowały ich dzieci czy wnuki. Jakie perspektywy czekają nas w węglowym regionie, który musi nauczyć się żyć bez węgla - mówi wychowany w górniczej rodzinie 58-letni Helmut Lierhaus z Gelsenkirchen. - Dzięki dotacjom z Bonn udało się stworzyć ok. 300 tys. miejsc pracy w usługach - mówi. Ale wiele strukturalnych problemów regionu pozostało. Główny to rosnące z roku na rok zadłużenie, które szczególnie daje o sobie znać w czasie kryzysu. Dortmund musi co roku oszczędzić 80 mln euro, bo inaczej zbankrutuje. A 200-tysięczne Oberhausen wyda w tym roku o 1,8 mld euro więcej, niż zarobi.
Od kilku lat władze 53 miast regionu już ze sobą nie konkurują, lecz starają się wspólnie nadać mu nową twarz. - To dlatego ubiegamy się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Chcemy pokazać, że nie pachniemy węglem, ale możemy przyciągać turystów - mówi nam Katharina Jarzombek z komitetu organizacyjnego Ruhr 2010. Wzorem jest angielski Liverpool, miasto o podobnej przemysłowej historii, które było Europejską Stolicą Kultury dwa lata temu i zarobiło na tym pięć razy więcej, niż zainwestowało. Niemcy podeszli do zadania ambitnie: międzynarodowa gwiazda architektury David Chipperfield przebudował muzeum Folkwang w Essen, a Norman Foster - centrum Duisburga. Gwoździem programu są takie miejsca jak Zeche Zollverein, która od 2001 r. jest na liście UNESCO. Pomniki industrialnej historii Europy zmartwychwstały jako lofty, urządzone w nieczynnych zajezdniach tramwajowych knajpy czy przerobione na kina hale produkcyjne. Czy to wystarczy? Zdaniem mieszkańców Ruhry tym razem musi.
@RY1@i02/2010/055/i02.2010.055.000.012b.001.jpg@RY2@
Fot. Reuters/Forum
Kopalnia Zeche Zollverein
Rafał Woś
korespondencja z Zagłębia Ruhry
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu