Wszystkie kolory Bodego Millera
iedy Bode Miller przyjechał do Vancouver, nikt nie wiedział, czego się po nim spodziewać. Z pewnością jednak nie medali we wszystkich pięciu konkurencjach alpejskich, które zapowiadał. Dziś do wypełnienia planu zostały mu już tylko dwa.
Pięć miesięcy temu 32-latek znów na poważnie wziął się do trenowania i wrócił do narciarskiej reprezentacji USA po fatalnym sezonie startów w Pucharze Świata we własnym, niezależnym teamie. O tym, na co stać w Vancouver gwiazdora po przejściach, pisano sporo - w końcu to jednak Bode Miller - ale raczej bez entuzjazmu. Może wyjdzie mu jakiś niezły finisz, jeśli się postara, może urwie swoim grzeczniejszym rywalom jeden medal. A może skończy się tak jak w Turynie, dokąd Amerykanin pojechał jako najlepszy, najbardziej wszechstronny narciarz na świecie, a wrócił bez medali, za to z masą knajpianych anegdot do opowiadania w telewizyjnych talk-show. Komentatorzy nie zostawili na nim suchej nitki.
W Vancouver Bode ma za sobą trzy starty i tyle samo medali. Po srebrze w zjeździe, brązie w supergigancie w niedzielę zdobył swój pierwszy tytuł mistrza olimpijskiego - w superkombinacji. "Zrobił to jakby od tyłu, wygrał dopiero w slalomie, bo w zjeździe był dopiero siódmy" - napisał dziennik Daily News o najlepszym alpejczyku w historii USA. Marnotrawny syn tamtejszej ekipy narodowej w dużej części odpowiada za jej niewiarygodny sukces w Vancouver. Amerykanie zdobyli osiem medali z osiemnastu rozdanych jak dotąd w konkurencjach alpejskich. Tak udanych zimowych igrzysk jeszcze nie mieli. Miller też nie (osiem lat temu z Salt Lake City przywiózł dwa srebrne medale, w gigancie i kombinacji).
- Bode ma bardziej udane igrzyska niż Lindsey Vonn - nie mogą się nadziwić w dzienniku Daily News. - Tyle się mówiło o jej kontuzji, a potem o złotym medalu. Okazało się, jeśli to kogoś interesuje, że Bode też miał swoje problemy. Tyle że nie zwołał na ten temat konferencji prasowej.
Kostka skręcona w czasie grudniowego meczu siatkówki wciąż jest spuchnięta. Do tego w zeszłym tygodniu nieźle się poturbował - popełnił błąd podczas treningu do slalomu i sturlał się kilkadziesiąt metrów po oblodzonym zboczu. Uniknięcie tego samego w niedzielnej superkombinacji dużo go kosztowało.
- Byłem wykończony, przez ostatnie sto metrów nie widziałem nawet bramek. Jechałem na oparach - przyznał Miller, który slalom pojechał niemal perfekcyjnie i z siódmego miejsca wyskoczył na prowadzenie, wyprzedzając Chorwata Ivicę Kostelicia o 0,33 sekundy (miał łączny czas 2 min 44,92 s).
Miller zdobył już wszystko: cztery tytuły mistrza świata, wiele kryształowych kul, medale olimpijskie we wszystkich kolorach. Dziś wystartuje w gigancie.
Marta Mikiel
marta.mikiel@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu