Zdobyła złoto, zrzuciła cały ciężar
Największa gwiazda wśród alpejek Lindsey Vonn zmierzyła się z presją, bolesną kontuzją i wywalczyła tytuł mistrzyni olimpijskiej w zjeździe. - Mam medal, po który tu przyjechałam. Teraz będę atakować bez zahamowań - zapowiada
Zjazd, który zwykle rozpoczyna rywalizację alpejczyków, jest konkurencją królewską. To tylko jeden przejazd po zboczu tak stromym, że u zwykłych śmiertelników samo spojrzenie w dół skończyłoby się atakiem nudności. Jadąc po medal, alpejczyk musi ryzykować. Robi to z pełną świadomością, że najmniejszy błąd może go dużo kosztować, ale drugiej szansy nie będzie. Zwycięstwo od klapy dzielą milimetry. A już z pewnością zwycięstwo na wyboistej, długiej na 3 km i oblodzonej trasie olimpijskiego zjazdu w Whistler.
Szykując się do startu, Lindsey Vonn widziała, jak z trasy wypadają kolejne rywalki, grzebiąc nadzieje na dobre miejsce, czasem odnosząc poważne kontuzje. Jednocześnie wiedziała, że właśnie jej, bardziej niż komukolwiek, nie wolno błędu popełnić. Nie wolno jej też pojechać bezpiecznie.
- Lindsey dźwigała na ramionach cały ciężar świata. Ludzie praktycznie zawiesili jej medal na szyi na długo przed startem. Bardzo trudno poradzić sobie z czymś takim - mówił Thomas Vonn, były narciarz, mąż Lindsey, jej osobisty doradca i trener. Miał z nią być na górze tuż przed startem, żeby wspierać ją psychicznie w tej ekstremalnej sytuacji. Z całej 216-osobowej ekipy USA, najliczniejszej na tych igrzyskach, Vonn ustępuje popularnością tylko megagwieździe snowboardu Shaunowi White’owi. Niektórzy nazwali te igrzyska "Vonncouver". Cała Ameryka jest zakochana w uśmiechu urodziwej 25-letniej blondynki i w jej sukcesach na alpejskich stokach - jest dwukrotną mistrzynią świata, dwa razy zdobyła małą kryształową kulę w zjeździe i Puchar Świata. Ma na koncie 31 zwycięstw w zawodach tego cyklu. Nie miała tylko tego najważniejszego medalu - olimpijskiego. Cztery lata temu w Turynie skończyło się na dramatycznym wypadku podczas treningu do zjazdu. Tym razem mogło być podobnie - goleń stłuczona zaledwie dwa tygodnie przed igrzyskami groziła wyeliminowaniem jej z tego wyczekanego startu. Na szczęście fatalna pogoda pokrzyżowała harmonogram alpejskich zawodów - Vonn zyskała kilka dni na podleczenie urazu. Ale o jej formie nic nie było wiadomo na pewno. Medialny szum nie cichł ani na chwilę. Jednym z powtarzających się wątków był ostatnie wydanie magazynu Sports Illustrated z Lindsey na okładce. Utarło się, że kto osiąga taki sukces w mass mediach przed igrzyskami, wraca z nich bez medalu. Te wszystkie myśli mogły kłębić się w głowie Vonn, kiedy w poniedziałek czekała na swoją kolej w zjeździe - miała numer 16. Ale tuż przed startem Lindsey dała mężowi znak, że może czekać na nią na dole, bo nie potrzebuje jego pomocy. Była gotowa, aby zmierzyć się z klątwą Sports Illustrated i oczekiwaniami całego świata.
- Julia miała fantastyczny przejazd. Prawie perfekcyjny. Musisz atakować od samej góry, bo nie wygrasz. Ktoś inny zdobędzie to złoto - usłyszała przez radiotelefon od męża po przejeździe swojej rodaczki i rywalki jeszcze z czasów juniorskich Julii Mancuso, mistrzyni olimpijskiej w slalomie gigancie z Turynu.
- OK, rozumiem - powiedziała tylko i ruszyła agresywnie w dół. Niemal na każdym pomiarze czasu była szybsza niż Mancuso. Na ostatnim, niebezpiecznym garbie wykonała 45-metrowy skok. Lądując, zachwiała się lekko, ale wpadła na metę - czas 1 minuta 44,19 sekundy, ponad pół sekundy lepiej niż Mancuso. Vonn zobaczyła swe nazwisko przy numerze 1 i padła na śnieg z uniesionymi ramionami.
- Przez następne 20 minut nie mogłam przestać płakać - mówiła mistrzyni olimpijska z Vancouver. - Czuję, jakby ktoś zdjął mi z pleców straszny ciężar. Było tyle oczekiwań i presji, a ja to wszystko wytrzymałam i wywalczyłam zwycięstwo.
Po swoim przejeździe Vonn właściwie nie musiała już obawiać się nikogo. Obserwowała na monitorze, jak jej największe rywalki popełniają błędy (groźny upadek Anji Person, która jechała po srebrny medal) lub nie wytrzymują presji (Maria Reisch miała dopiero ósmy czas). Mancuso zacho-wała 2. miejsce, brąz przypadł Austriaczce Elizabeth Goergl.
Nie było czasu, aby celebrować historyczne, pierwsze złoto olimpijskie dla USA w zjeździe. Już nazajutrz Vonn wzięła udział w drugiej z pięciu konkurencji alpejskich - superkombinacji (zjazd i slalom, rozegrane wczoraj w nocy polskiego czasu). Oczekiwania wobec złotej medalistki mogły jedynie wzrosnąć, a trudna trasa zjazdu nie przysłużyła się kontuzjowanej goleni.
- Mam medal, po który tu przyjechałam. Teraz będę atakować bez żadnych zahamowań. Każde następne osiągnięcie to będzie bonus - mówiła Vonn.
Jeśli pod wielką presją była w stanie wywalczyć jedno złoto, aż strach pomyśleć, na co ją stać bez tego obciążenia.
Nie musi obawiać się upadku na ostatnim garbie przed metą nazywanym Hot Air, bo przed wczorajszą superkombinacją obniżono go. Decyzję spowodowała seria wypadków w zjeździe - w sumie nie ukończyło go aż sześć z 43 zawodniczek. Trasa będzie skrócona, co zmniejszy prędkość - rekordowa zanotowana to 109,3 km/h. Jadąc w takim tempie, zmęczone długą trasą alpejki były szczególnie narażone na błędy.
@RY1@i02/2010/035/i02.2010.035.000.013a.001.jpg@RY2@
Fot. PAP-EPA
Lindsey Vonn była najlepsza w zjeździe. Teraz celuje w kolejne medale w konkurencjach alpejskich
Marta Mikiel
marta.mikiel@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu