Olimpiada poprawna politycznie
Vancouver 2010 dzielnie walczy o miano najbardziej poprawnych politycznie igrzysk w historii. Haseł jest wiele: "gay-friendly", "aboriginal-friendly", "atheist-friendly". Każde jest równie istotne dla organizatorów.
Departament Dziedzictwa Kanadyjskiego i Statusu Kobiet przekazał z własnego budżetu 20 mln dol. na ceremonię otwarcia igrzysk. I urzędnicy dali organizatorom (VANOC) jasno do zrozumienia, kto ma w niej uczestniczyć. Narodową flagę niosło sześcioro oficerów Kanadyjskiej Królewskiej Policji Konnej - wśród nich kobieta, biały mężczyzna, czarnoskóry oraz gej. W dalszej części ceremonii skupiono się na mniejszościach narodowych - byli szamani oraz indiańscy wojownicy w swoich kanu pokazujący, że Vancouver to nie tylko biali, czarni i żółci, ale też czerwonoskórzy. "To było tak poprawne polityczne, jak tylko się dało" - napisze potem dziennikarz Vancouver Sun.
Jednak już podczas prezentacji olimpijczyków doszło do małego zgrzytu (świadczącego zresztą o poprawności Kanadyjczyków). Podobno czarnoskóra gubernator generalna Kanady Michaelle Jean wyraziła zdziwienie, że niemal wszyscy kanadyjscy sportowcy są biali. Delikatnie jej wytłumaczono, że czarnoskórzy - generalnie - mniej garną się do sportów zimowych. Skrytykowano również fakt, że podczas ceremonii za rzadko obecny był język francuski - jeden z dwóch języków urzędowych w Kanadzie. - Powinno być więcej francuskiego. Prawie cały koncert był po angielsku, z jedną francuską piosenką - kręcił głową minister dziedzictwa James Moore. I znów delikatnie wytłumaczono, że widowiskowy występ dali akrobaci z Ecole national de cirque z Montrealu, a dwóch dyrektorów ceremonii pochodziło z Quebecu. Poza tym w ceremonii brał udział Garou. Zaproszono również Celine Dion. Tylko nie mogła przyjechać.
Waga oskarżeń oraz gorliwość, z jaką tłumaczyli się z nich organizatorzy, świadczy o dużej wrażliwości działaczy VANOC na kwestie poprawności. Zresztą to widać choćby na ulicach Vancouver. Służby porządkowe były szkolone, aby unikać używania w stosunku do turystów słowa "nie". Preferowane wyrażenie to "tak, ale...". Żaden funkcjonariusz nie może traktować protekcjonalnie kogoś, kto ma na przykład symbole komunizmu na koszulce. A już na pewno nie może nosić widocznych symboli religijnych.
Nikt w wiosce olimpijskiej nie może doświadczyć "strat moralnych". Powoływano się na przykład pochodzącej z Finlandii obywatelki Włoch, która domagała się zdjęcia krzyża w jednej z włoskich szkół. Oficjalne wioski posług religijnych w Vancouver (Villages Religious Services) owszem są, ale nie mogą się zbytnio rzucać w oczy. Obecne są strefy dla przedstawicieli pięciu największych religii, jednak duchowni, według zaleceń VANOC, nie powinni przebywać w wiosce olimpijskiej, nie mogą również posiadać żadnych świętych ksiąg.
Departament Dziedzictwa partycypował również w kosztach sztafety z ogniem olimpijskim (25-milionowy wkład). Łatwo się domyśleć, jakie wydano dyrektywy. Pochodnię mieli nieść Alwyn Morris, reprezentant Mohawków, oraz Shirley Firth, powszechnie kojarzona ze społecznością Inuitów. Nie zapomniano też o przyjaciołach z USA (Arnold Schwarzenegger) oraz lobby palaczy marihuany (Ross Rebagliati).
Jednak chyba najbardziej zadowolone ze swojego statusu są mniejszości seksualne. Aktywiści ze środowisk gejowskich zauważają, że homoseksualiści podczas olimpiady w Atenach byli ostentacyjnie pomijani przez duże stacje telewizyjne, czego najlepszym przykładem jest złoty medalista w skokach do wody Matthew Mitcham, którego życie prywatne w ogóle nie interesowało telewizji NBC (mimo że innych, heteroseksualnych sportowców - już tak). W Vancouver wszystko się zmieniło. NBC użyło piosenki lesbijki Melissy Etheridge jako podkładu muzycznego pod transmisję z ceremonii otwarcia. Ten sam utwór słyszeli widzowie, gdy złoty medal odbierał Kanadyjczyk Alexandre Bilodeau. Poza tym stacja nie stroni od materiałów na temat Johnny’ego Weira (i jego ubrań) - łyżwiarza figurowego, który otwarcie opowiada o swojej seksualności i o tym, że sprzeciwia się głosom, aby jego dyscyplinę uczynić nieco mniej "gejowską".
Organizatorzy zadbali o to, aby mniejszości seksualne czuły się na olimpiadzie w miarę komfortowo. Podczas ceremonii otwarcia jeden z utworów na żywo wykonała K.D. Lang, zadeklarowana lesbijka. Ponadto VANOC, jako pierwszy komitet organizacyjny w historii igrzysk, przyczynił się do stworzenia na czas igrzysk tzw. pride house’ów, w których homoseksualni sportowcy, trenerzy czy ich rodziny mogą czuć się swobodnie. Jeden pride house stanął w Vancouver. Jego pracownicy skupiają się na informowaniu, edukowaniu i propagowaniu. Drugi znajduje się w Whistler i z założenia jest bardziej rozrywkowy.
Były mistrz olimpijski z Barcelony Mark Tewksbury stwierdził, że na tego typu przedsięwzięcie nie miałoby miejsca w czasach, gdy on jeszcze startował. - Występ na olimpiadzie był jak przebywanie w okupowanym kraju, w którym nie wiedziałeś, co komu można powiedzieć - twierdzi Tewksbury. - Vancouver jest pod tym względem wyjątkowe. VANOC poprosił mnie, abym przemówił do kanadyjskich sportowców i powiedział coś o sobie, o byłym zawodniku, który otwarcie przyznaje się do swojego homoseksualizmu.
VANOC cieszy się również, że na igrzyskach startują cztery kobiety, które publicznie stwierdziły, że są lesbijkami i w Vancouver czują się bardzo dobrze. Pojawiły się jednak obawy, co będzie za cztery lata, gdy olimpiada odbędzie się w rosyjskim Soczi.
@RY1@i02/2010/033/i02.2010.033.000.017a.001.jpg@RY2@
Fot. AP
Weir w Vancouver swobodnie mówi o swojej seksualności
Daniel Rupiński
daniel.rupinski@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu