Kontrolowane bankructwo USA?
REPUBLIKANIE TWIERDZĄ, ŻE CZASOWA NIEWYPŁACALNOŚĆ miałaby zmusić administrację Baracka Obamy do większych cięć. Ale inwestorzy uważają, że to bardzo niebezpieczna taktyka, która spowodowałaby panikę na rynku
Pomysł czasowej niewypłacalności USA, o którym jeszcze niedawno mówili tylko przedstawiciele najbardziej radykalnego skrzydła ugrupowania, jak choćby ruchu Tea Party, teraz wchodzi do partyjnego mainstreamu.
O tym, że niewypłacalność nie byłaby - jak przekonuje prezydent Barack Obama - gospodarczą katastrofą, mówił ostatnio ubiegajacy się o prezydenturę były gubernator Minnesoty Tim Pawlenty. Takie rozwiązanie popierają także najważniejsi przedstawiciele partii w komisjach budżetowych Senatu i Izby Reprezentantów - Jeff Sessions i Paul Ryan. Inny senator, Pat Tooney, złożył nawet projekt ustawy zmuszający Departament Skarbu do tego, by w razie niepodwyższenia przez Kongres limitu wydatków spłata długów miała priorytet przed pozostałymi zobowiązaniami. Pod wnioskiem podpisało się już 22 senatorów i 98 kongresmenów.
Perspektywa ogłoszenia niewypłacalności przez Stany Zjednoczone stała się realna w połowie maja, gdy kraj osiągnął maksymalny dopuszczony przez Kongres poziom zadłużenia - 1,4 biliona dolarów. Dzięki kreatywnej księgowości Departamentu Skarbu administracja może dalej działać jeszcze do 2 sierpnia.
Po tej dacie zabraknie pieniędzy na jej funkcjonowanie - w praktyce oznacza to, że nie będą działać żadne służby federalne poza najbardziej niezbędnymi, jak wojsko, policja czy straż graniczna - lub na spłatę długów. Chyba że Kongres zgodzi się na podwyższenie limitu zadłużenia, ale jak na razie negocjacje w tej sprawie nie przynoszą rezultatów.
Republikanie uzależniają zgodę na zwiększenie długu od przyjęcia bardziej zdecydowanego planu walki z deficytem. Obie partie przedstawiły w maju swoje wersje cięć, ale w tej sprawie też nie mogą się dogadać.
W tej sytuacji część Republikanów jest zdania, że kontrolowane bankructwo - czyli zatrzymanie np. na kilka dni urzędów federalnych - jest dobrym środkiem nacisku. - Nie spotkałem jeszcze ani jednego Republikanina, który by powiedział, że brak porozumienia w sprawie podniesienia limitu go przestrasza. To bardzo, bardzo niepokojące, że wielu, z którymi rozmawiałem - w tym prominentnych - uważa, iż techniczne bankructwo jest rozwiązaniem - mówi Reutersowi David Frum, były autor przemówień George’a W. Busha i zwolennik zwiększenia limitu.
Inwestorzy w większości też nie są przekonani do tego pomysłu. Wprawdzie zgadzają się, że amerykański deficyt jest groźny, ale sama wzmianka o niewypłacalności największej gospodarki świata może spowodować panikę porównywalną do tej po upadku Lehman Brothers w 2008 r. i nową falę kryzysu. - To bardzo niebezpieczna taktyka. Może ona spowodować ucieczkę inwestorów z USA na inne rynki, gdyż stracą zaufanie do naszego systemu finansowego - uważa Mirko Mikelic zarządzający funduszem Fifth Third Asset Management.
Do tego dochodzi spadek wartości dolara i wzrost rentowności obligacji, co z kolei spowoduje, że spłacanie długu będzie jeszcze trudniejsze. Wall Street - podobnie jak Demokraci - liczy, że groźba bankructwa jest raczej republikańską taktyką negocjacyjną niż faktyczną groźbą.
@RY1@i02/2011/112/i02.2011.112.000.010a.001.jpg@RY2@
Fot. AP
Zwolennikiem ogłoszenia czasowej niewypłacalności Stanów Zjednoczonych jest były republikański gubernator Minnesoty Tim Pawlenty (z prawej), ubiegający się o prezydenturę w wyborach 2012 r.
Bartłomiej Niedziński
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu