Sudan dzieli się na dwa państwa
STABILNOŚĆ NOWEGO KRAJU zależy od porozumienia między Dżubą a Chartumem w sprawie podziału dochodów z eksploatacji ropy naftowej. Większość złóż znajduje się na południu, ale rurociągi i terminal są na północy
Rozpoczynające się w niedzielę i trwające tydzień referendum niemal na pewno doprowadzi do podziału Sudanu na dwa państwa. Prezydent Omar al-Baszir zapowiedział, że jeśli taka będzie wola wyborców, uzna secesję południa. Szefowa dyplomacji USA Hillary Clinton obawia się dokładnie odwrotnego scenariusza. Jej zdaniem plebiscyt zakończy się krwawą wojną.
- Byłbym smutny, gdyby okazało się, że nie uda nam się zachować jedności, ale jednocześnie byłbym szczęśliwy, jeśli w ten sposób zbudujemy trwały pokój - powiedział oskarżany o zbrodnie ludobójstwa w prowincji Darfur al-Baszir w trakcie wizyty w Dżuba, stolicy południowego Sudanu.
Senator John Kerry, który poleciał tam w ramach misji obserwacyjnej, zapowiedział, że jeśli rzeczywiście władze w Chartumie uznają niepodległość południowej części kraju, to "prezydent Obama rozważy zniesienie sankcji" wobec reżimu Baszira. Mimo takich deklaracji to jednak nie Stany Zjednoczone grają kluczową rolę w Sudanie, tylko Chiny.
Stabilność nowego państwa zależy przede wszystkim od tego, czy dojdzie do porozumienia między Dżubą i Chartumem w sprawie podziału dochodów z eksportu ropy. Większość złóż surowca znajduje się na południu, jednak ropociągi i terminal naftowy w Port Sudan są już na północy. Umowa z 2005 roku zakładała podział po połowie dochodów z eksportu surowca. Teraz jednak obie strony wzajemnie oskarżają się o złamanie jej postanowień. Sędzią w tym sporze są Chińczycy.
Państwowy koncern China National Petroleum Corporation ma 40 proc. udziałów w konsorcjum, które wydobywa ropę w Sudanie (pozostałymi, udziałowcami są Hindusi, Brazylijczycy i Malezyjczycy). Chińskiemu inwestorowi, który od lat uprawia surowcowy kolonializm w Afryce, zależy na stabilności i dlatego Pekin będzie wszelkimi środkami dążył do zapobieżenia przemocy po referendum.
Aby referendum zostało uznane za ważne, musi wziąć w nim udział 60 procent zarejestrowanych wyborców. Do tej pory udział w głosowaniu zapowiedziały prawie 4 miliony wyborców z południowej części kraju (tylko oni mają prawo głosować). Dżuba nie zdecydowała jeszcze, jaka będzie nazwa nowego państwa. Wiadomo, że dołączy ono do grona najbiedniejszych na świecie. Gospodarka - jeśli można w ogóle o niej mówić - jest w katastrofalnym stanie. Na 8 milionów mieszkańców pracuje tu tylko 3 chirurgów, prowincja ma zaledwie 60 km asfaltowych dróg, a 95 proc. mieszkańców żyje za mniej niż 1 dolara dziennie.
Eksperci twierdzą, że wynik niepodległościowego głosowania jest z góry przesądzony. Południe Sudanu od północnej części kraju różni niemal wszystko. Prowincja o powierzchni przeszło 600 tys. km kw. jest zamieszkana przez chrześcijan i animistów, podczas gdy na północy żyją wyznawcy Islamu.
Antagonizm między obiema częściami kraju zaostrzyły także twarde rządy Chartumu, które doprowadziły do całkowitej marginalizacji południowej części kraju. Od uzyskania w 1956 roku niepodległości rząd północy starał się zdusić rebelię na południu. Najdłuższa wojna domowa Afryki zakończyła się dopiero w 2005 roku porozumieniem, które zakładało m.in. przeprowadzenie w ciągu 4 lat referendum w sprawie podziału kraju.
@RY1@i02/2011/004/i02.2011.004.000.009a.001.jpg@RY2@
Fot. East News
Zdaniem Hillary Clinton referendum w Sudanie może się zakończyć krwawą wojną
Jędrzej Bielecki
jedrzej.bielecki@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu