Albańczyk kręci głową
Stosunek większości Albańczyków do islamu jest letni. Traktują go bardziej obrzędowo-obyczajowo-świątecznie niż ideologicznie
Rigelsem Halilim
@RY1@i02/2013/188/i02.2013.188.00000160a.803.jpg@RY2@
wojtek górski
Dr Rigels Halili, antropolog kultury, filolog i historyk zajmujący się Bałkanami. Stypendysta rządu RP, od 1995 r. mieszka w Polsce. Studiował antropologię i animację kultury na Wydziale Polonistyki UW oraz stosunki międzynarodowe na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Studia doktorskie ukończył w Szkole Nauk Społecznych PAN. Wykłada na UMK w Toruniu i na UW w Warszawie. Opublikował książkę "Naród i jego pieśni. Rzecz o oralności, piśmienności i epice ludowej wśród Albańczyków i Serbów"
Wie pan, że Albania to kraj, którego nie ma? A w każdym razie w świadomości wielu Polaków. Zrobiłam małą sondę, pytając przypadkowe osoby, gdzie leży ojczyzna Skanderbega, i usłyszałam, że w Afryce.
Wiem, ludziom myli się Albania z Abisynią i Algierią. Przestałem się tym przejmować, tylko cierpliwie tłumaczę. Przez ostatnie lata moja ojczyzna nie miała dobrego PR-u. Ale Polacy też się wściekają, kiedy Amerykanie kojarzą ich kraj z Rosją, zwłaszcza z tymi regionami, gdzie biegają białe niedźwiedzie. I kiedy artykuły o polskich osiągnięciach są ilustrowane fotografiami furmanek albo jadących zygzakiem rowerzystów. O Albanii też się zebrało sporo stereotypów.
One rządzą naszym myśleniem. Ale nawet osobom, które poznały Albanię, trudno się od nich uwolnić. Byłam w Tiranie i przeżyłam szok, gdy na głównej stołecznej ulicy ujrzałam piętrzące się worki ze śmieciami. A domy Albańczyków, które mi było dane odwiedzić, wycacane, czyściutkie, jeść można było z podłogi.
Cóż, czasem mam podobne odczucia w Polsce. Właśnie wróciłem z Mazur i jestem przerażony tym, w jaki sposób ludzie traktują te piękne tereny: idzie kobieta, pije piwo, rzuca puszkę w krzaki. Ale ma pani rację, że w Albanii śmieci są wielkim problemem. Komunizm zaburzył ludziom normalne postrzeganie świata, inicjatywę i poczucie odpowiedzialności za to, co wspólne. Babcia opowiadała, że przed II wojną był taki zwyczaj, że z koleżankami co tydzień wychodziły przed swoje domy, żeby posprzątać. A na wsiach czy w miasteczkach ludzie składali się na utrzymanie ulic. Potem przyszedł czas przymusowych czynów społecznych i zabił ducha tej wspólnoty. Ludzie nienawidzili tego i zamykali się w intymnej przestrzeni domu. Do dziś tak zostało: to, co publiczne, to nie moje. Państwo ma się tym zająć. Ale czy w Polsce nie jest podobnie?
Coś w tym jest, choć nie aż w takim natężeniu. Może z tego powodu, że komunizmu w naszym wydaniu nie sposób porównać z tym, jaki wam zafundował Enver Hodża. To była istna albańska masakra za pomocą mechanicznej piły.
Trudno porównywać ten reżim z jakimkolwiek w Europie. Może tylko z rumuńskim, choć Ceausescu nie był takim świrem jak Hodża. W dodatku w większości demoludów terror komunistyczny - z mordowaniem ludzi i wsadzaniem ich za byle co do więzienia - trwał może jedno pokolenie, u nas przez cztery. Takie traumatyczne przeżycia muszą się odbić na kondycji psychicznej narodu.
I nawet biorąc pod uwagę to, że kocioł bałkański zafundował wszystkim żyjącym tu narodom krwawą historię, Albania jest jedyna w swoim rodzaju. My mieliśmy trudną przyjaźń polsko-radziecką, a wy przechodziliście od jednego ultrakomunistycznego sojuszu do drugiego.
Albania to mały i słabo rozwinięty kraj o powierzchni nieco mniejszej niż wasze województwo wielkopolskie. W takiej sytuacji trzeba sobie jakoś radzić. Po II wojnie Albania została potraktowana jako państwo koalicji hitlerowskiej, choć została zagarnięta przez Włochy Mussoliniego. O tym, w jaki sposób Albańczycy podchodzili do tego wymuszonego paktu, może świadczyć jeden przykład: pułk wojska albańskiego został wcielony do armii włoskiej jednego dnia, a na drugi dzień zdezerterował. Grecja wciąż uważa, że byliśmy agresorami, dopiero w 1983 r. zniosła stan wojny z Albanią. Cóż, mały ma niewiele do powiedzenia. W Jałcie na nasz temat dyskusja trwała niespełna pięć minut.
Dlatego szukaliście silnego sojusznika.
Sojusz z Jugosławią miał zabezpieczyć Albanię przed zakusami terytorialnymi Grecji. Hodża spotkał się z Titą, ale nigdy między nimi nie zaiskrzyło. Nie mam wątpliwości, że dla Hodży wzorem był Stalin. Ale też kiedy po śmierci Stalina w różnych krajach w siłę urosły ruchy reformatorskie, musiał coś wykombinować, gdyż jego władza była zagrożona. Więc kiedy w 1959 r. Chruszczow siedział w maleńkiej Albanii przez 12 dni i namawiał na rezygnację z industrializacji, Hodża wysłał go na drzewo. Sowieci w zemście wstrzymali kredyty i dostawy zboża. Pojawiły się kartki, głód i panika, że ZSRR zaatakuje.
Dlatego zbudowaliście tysiące bunkrów i uciekliście pod skrzydła ludowych Chin?
Czekałem na pytanie o bunkry... Faktycznie zbudowaliśmy tego dużo, ponad pół miliona. Szczyt paranoi totalitaryzmu. A sojusz z Chinami był wyborem bardziej pragmatycznym niż ideologicznym. Mieliśmy kiepskie stosunki z sąsiadami, stan wojenny z Grecją... To był początek tego, co nazywam wielką albańską izolacją, której skutki odczuwamy po dziś dzień. Ale też trzeba spojrzeć chłodno na ówczesne realia. Albańska państwowość wykuwała się w wielkim trudzie. Tak było od czasów osmańskich.
Wasz bohater narodowy Skanderbeg nie był nawet czystej krwi Albańczykiem. I zanim przeszedł na waszą stronę, walczył pod sztandarami Osmanów i od nich dostawał ordery.
Uczyniono go albańskim bohaterem w XIX w., kiedy rodziła się nasza myśl narodowa. Każdy naród potrzebuje mitu założycielskiego i wojowników, o których można układać pieśni. Gjergj Kastrioti Skënderbeu, Skanderbeg, miał ojca Albańczyka, jego matka była Słowianką, za żonę wziął Albankę, uważał się za księcia Albanii. Trudno mówić w XV w. o narodach. Bardziej istotny był inny podział: na chłopstwo i na szlachtę. Skanderbeg był wojownikiem i politykiem. Urodził się w rodzinie katolicko-prawosławnej, wzięto go jako zakładnika na dwór sułtana i wychowano na muzułmanina, a po wszczęciu powstania nawrócił się na katolicyzm, bo liczył, że papież da mu koronę króla Albanii.
Jednak Albania do dziś jest muzułmańska - większość źródeł podaje, że 70 proc. ludności wyznaje islam. Stąd też nieufność reszty Europy.
Spis z 2011 r. wykazał, że mamy 57,12 proc. muzułmanów (sunnici i bektaszyci), 10,11 proc. katolików, 6,8 proc. prawosławnych, 0,1 proc. ewangelików. Ateiści to 2,52 proc. Ta wielowyznaniowość to chyba najtrwalsze dziedzictwo pięciowiekowego panowania osmańskiego. Moi studenci mówią czasem "okupacja turecka", ale to nie była okupacja, lecz przynależność do wielkiego imperium z całym dobrobytem i, przepraszam za neologizm, złobytem inwentarza. Proces islamizacji zaczął się już przed powstaniem Skanderbega, ale największe natężenie osiągnął pod koniec XVII w. Jako pierwsza na islam przeszła część szlachty, zachowując tym samym swoje przywileje. Albańczycy byli traktowani w imperium osmańskim trochę jak Gurkhowie w wojsku brytyjskim. Waleczni, bezwzględni, wierni żołnierze. Przy czym wojny dla albańskich górali były też okazją, żeby zdobyć łupy i się bogacić. Ale dopiero przejście na islam zapewniało awans społeczny. Jednak w odróżnieniu od sąsiednich narodów współczesna tożsamość albańska nie opiera się na silnym przywiązaniu do wyznania.
Enver Hodża ogłosił Albanię pierwszym całkowicie ateistycznym krajem na świecie, ale po transformacji życie religijne zaczęło się odradzać. A najwięcej pieniędzy na jego odbudowę dają kraje znad Zatoki.
Po 1991 r. wszystkie wspólnoty religijne były szalenie osłabione, np. w całym kraju było zaledwie trzech księży katolickich. Tak samo z prawosławiem. Do dziś głową Albańskiej Cerkwi Autokefalicznej jest Grek. Podobnie rzecz się miała z islamem. Wszystkie kościoły dostawały i dostają dużą pomoc finansową z zewnątrz. Wiem, o co pani naprawdę pyta: czy jest zagrożenie terrorem. Mówiąc szczerze - wątpię. Stosunek większości Albańczyków do islamu jest letni. Traktują go bardziej obrzędowo-obyczajowo-świątecznie niż ideologicznie. To tak jak w Polsce: nie zawsze ci, którzy się łamią opłatkiem, idą potem do kościoła i przyjmują komunię, prawda? W związku z tym jest duża tolerancja religijna i często w jednej rodzinie miesza się kilka wyznań. Sam pochodzę z takiej mieszanej religijnie rodziny, prawosławno-bektaszycko-laickiej. Bektaszyci to nieortodoksyjny odłam islamu: piją wino i rakiję, a ich pojmowanie świata ma dużo wspólnego z nauką św. Franciszka.
Więc nie ma się czego bać.
Wszędzie znajdzie się jakieś ekstremum, więc i w Albanii pewnie można usłyszeć tu czy tam pohukiwania jakiegoś imama kształconego w Egipcie, Jordanii czy Indonezji. Ale albańskie państwo stanowczo walczy z terrorem. Wiadomo, że CIA miała swoje bazy w Albanii, służące po 11 września jako więzienia, i nikt się z tego powodu nie burzy. Dowodem niech będzie fakt, że podczas wojny w Kosowie mudżahedini oferowali swoją pomoc, jednak UÇK (Armia Wyzwolenia Kosowa) nie pozwoliła im walczyć. Proszę mi wierzyć - Albania nie jest państwem muzułmańskim. W całej Tiranie widziałem parę sklepów z jedzeniem halal, a w Londynie dziesiątki. To nie my mamy się martwić, choć w Albanii nie brakuje głosów, że powinniśmy.
Takie, a nie inne postrzeganie Albanii może mieć jednak wpływ na to, czy i kiedy zostanie przyjęta do UE. Najwięksi optymiści albańscy mówili o grudniu tego roku.
A gdzie tam. Jeśli Bruksela uzna, że wprowadziliśmy niezbędne reformy, w grudniu Albania może dostać status kandydata i rozpocząć negocjacje. Pewnie minie z dziesięć lat, zanim będzie na akces gotowa. Może pomóc to, że jest nowy rząd, który - podobnie jak ludzie - jest zdeterminowany, by Albanię do Unii wprowadzić. Poprzedni tylko mówił, na tym się kończyło. A trzeba wiedzieć, że Albańczycy już nie są tacy sami jak 20 lat temu: zjeździli świat wszerz i wzdłuż, wiedzą, jak można żyć. I domagają się, żeby wreszcie zrobić porządek w kraju: zlikwidować korupcję czy naprawić drogi.
Kolejną przeszkodą w akcesji może być idea Wielkiej Albanii wciąż obecna w wielu gorących głowach. A i tak nie macie wokół zbyt wielu przyjaciół: Grecy was nie cierpią, Macedończycy mają powody, żeby się was obawiać, Serbowie - wiadomo - nigdy wam nie darują Kosowa.
Znów kłania się historia. Albania sąsiaduje z terenami, na których żyli i wciąż żyją Albańczycy. Z wyjątkiem Grecji, bo stamtąd Albańczyków wyrzucono w 1945 r. Zostawili tam majątki, za które nigdy nie dostali odszkodowania. Temat został odłożony na półkę właśnie ze względu na albańskie unijne starania, żeby nie drażnić Aten, choć partia Czamów (bo tak się nazywała ta grupa) jest obecna w parlamencie. Ale wracając do Wielkiej Albanii - to koncepcja wymyślona w XIX w. mówiąca o zjednoczeniu wszystkich ziem, na których żyją Albańczycy. Jak inne bałkańskie "wielkie idee" brzmi atrakcyjnie, ale jest również nierealna. Nie oderwiemy ćwiartki Macedonii, nie najedziemy Czarnogóry, nie zjednoczymy się z Kosowem w jeden państwowy organizm i nie wypędzimy stamtąd tych innych żyjących obok. Albańczycy nie wrócą do Grecji, tak samo jak Polacy nie wrócą do Lwowa, a do Wrocławia Niemcy. Powiem jeszcze, że partia, która otwarcie głosiła idee zjednoczenia narodowego, czyli Wielkiej Albanii, zdobyła w czerwcowych wyborach 0,59 proc. głosów.
Jeśli już o Kosowie mowa: jego mieszkańcy różnią się od Albańczyków, którzy mieszkają w kraju. Doświadczeniem, kulturą, ale także językiem. Trudno więc byłoby się im porozumieć.
Te różnice się spłaszczają. Być może moja babcia z Gjirokastry miałaby problem, aby dogadać się z kimś stamtąd, ale między młodymi różnice językowe się zacierają. W końcu oglądają te same programy w telewizji, słuchają tej samej muzyki. Jest inna sprawa: żaden polityk z Albanii nie zdobyłby w Kosowie wyborczych głosów. Tak jak polityk z Prisztiny nie miałby czego szukać w Tiranie. Jest zbyt wielkie przywiązanie do społeczności lokalnych, do tych małych ojczyzn.
Wszyscy wiedzą, że Albańczycy mają klanową mentalność, całują starszych w rękę, a ich życiem rządzi kanun, który nakazuje się mordować do dziesiątego pokolenia w ramach zemsty rodowej.
Postanowiła mnie pani zdenerwować, ale się nie dam. Do niedawna albańskie społeczeństwo było typowo wiejskie, stąd silniejsze więzi rodzinne. Dziś więcej niż połowa Albańczyków mieszka w miastach. Sama Tirana urosła pięciokrotnie od 1991 r. - z 200 tys. do ponad miliona mieszkańców. Mimo to wciąż częste są nepotyzm i korupcja. Z drugiej strony zmienia się styl życia. I nikt nie całuje starszych osób po rękach. W policzki tak, lubimy się w ten sposób witać, nawet facet z facetem.
Ciekawa jestem, czy gdyby do pana do Warszawy przyjechał kuzyn, siódma woda po kisielu, z żoną i piątką dzieci, musiałby go pan przyjąć i gościć miesiącami?
Jeśli o mnie chodzi, to zależy od kuzyna. Po paru dniach powiedziałbym chyba "do widzenia". Co nie zmienia faktu, że Albańczycy są bardzo gościnni. Z perspektywy polskiej może aż nadto.
Z albańskiej wendetty jednak już się pan nie wykpi.
Dziennikarze uwielbiają o tym mówić. Ale tak, to palący problem społeczny. Po upadku komunizmu kanun, czyli, upraszczając, zbiór praw zwyczajowych, zaczął być ponownie punktem odniesienia dla części Albańczyków, głównie na północy kraju. To nie tylko wyraz przywiązania do przeszłości, ale głównie odpowiedź na pustkę prawną i brak praworządności. Zniesiono karę śmierci, w Albanii decyzja ta wciąż budzi zastrzeżenia. Bo jak to, ktoś zabija mi ojca, brata, jakąś bliską osobę, dostaje niski wyrok, a po paru miesiącach wychodzi na wolność, bo przekupił sędziego? Ale zemsta rodowa to tylko ułamek tego, co zawiera kanun. Kiedyś regulował on całe życie społeczne wiejskich wspólnot, normy obyczajowe na całych Bałkanach. Tyle że w Albanii przetrwał najdłużej.
Ludzie przypominają sobie, czasem po kilkudziesięciu latach, że mają wobec kogoś niewyrównany dług. I zaczyna się polowanie na męskich członków takiej wrogiej rodziny. Niektórzy całymi latami nie wychodzą z domów, żeby uniknąć śmierci.
Zgadza się. To prawdziwa trauma. Organizacje pozarządowe, które pomagają takim osobom, szacują, że zagrożonych zemstą jest 1,4 tys. rodzin, a 2 tys. dzieci nie chodzi z tego powodu do szkoły. Ale jak powiedziałem - to odpowiedź na bezradność państwa. Podam inny ważny przykład. Pod rządami komunistów całą ziemię znacjonalizowano, jednak demokratyczne państwo nie przywróciło jej dawnym właścicielom. Wie pani, co ludzie zrobili? Wzięli i podzielili pola, tak jak kiedyś biegły miedze. I uprawiają ziemię. Niemniej formalnie ona wciąż nie jest ich.
Nie boi się pan, że Albania w ogóle zniknie z mapy? Jest was coraz mniej, przyrost naturalny spada. W kraju żyje 2,8 mln ludzi, za to ponad milion pracuje za granicą. W kraju oficjalne bezrobocie to ponad 13 proc., ale podobno realnie jest 50 proc.
Niech pani nie wierzy statystykom. Ludzie pracują, ale na czarno, żeby nie płacić podatków. Mój tata razem z kolegami remontuje domy, ale nie ma zarejestrowanej działalności gospodarczej. Pieniądze idą z ręki do ręki, bo w Albanii liczy się gotówka. Kart płatniczych jest niewiele, mało kto decyduje się na kredyt, co pozwoliło nam uniknąć kryzysu. I faktycznie, gdyby nie pieniądze płynące od emigrantów, byłoby kiepsko - stanowią one jedną trzecią budżetu państwa.
To się nazywa elastyczne podejście do prawa. Widziałam zresztą na własne oczy, jak dwóch panów na skrzyżowaniu w Tiranie nie mogło dojść do porozumienia, który z nich ma pierwszeństwo. Wygrał ten, który wyjął z bagażnika kałacha i wypuścił serię w powietrze.
Ale to było w 1999 r., prawda? Dziś już takie rzeczy się nie dzieją, a z karabinami chodzą tylko policja i wojsko. Ale z tego, co wiem, bandyci przestali się też już codziennie mordować na ulicach Warszawy.
Ha, ha. W każdym razie zdarza się to coraz rzadziej. A proszę mi powiedzieć, czy dalej każdy Albańczyk jeździ mercedesem.
Nie da się ukryć, że to ulubiona marka moich rodaków. Jednych stać na stare strupy, ale coraz więcej po ulicach jeździ nowych. Kiedyś przed nocnym klubem w stolicy widziałem, jak parkują obok siebie nowiutkie: mercedes SL R 231, range rover 4.6 HSE i wypasiony bentley.
Gdybym była złośliwa, powiedziałabym, że to albańska mafia.
Proszę spojrzeć na dane Eurostatu. Pod względem przestępczości Albania nie wypada wcale gorzej niż Słowacja, Cypr czy Łotwa. Mimo to o albańskiej mafii krążą legendy. Tak, jest w Albanii przestępczość zorganizowana, a od 2009 r. nastąpił wzrost jej aktywności. Tylko proszę zauważyć, że nie działa ona w próżni. Gangi są powiązane z innymi, przede wszystkim we Włoszech. Dziwię się, kiedy trafiam na opinie, że Albania to ważne ogniwo w szlaku narkotykowym, skąd heroina z Turcji trafia do Europy. A niby jak tu trafia, spada z nieba? Musi przejechać przez obszar Unii Europejskiej, Grecję czy Bułgarię.
Narkotyki można przemycać drogą morską.
Czym? Albańczykom zabroniono posiadania łodzi dłuższych niż 1,5 m. To efekt moratorium poprzedniego rządu - chodziło o nielegalną emigrację do Włoch i o przemyt narkotyków właśnie. Albańczycy są cennymi kurierami dla włoskiej mafii i trudno te grupy rozpracowywać.
Porozmawiajmy o rolach społecznych mężczyzn i kobiet. Albańczyk jest zwolennikiem patriarchatu i seksistą. Ci, którzy tak twierdzą, na dowód opowiadają o kawiarniach, w których całymi dniami siedzą sami mężczyźni.
Albania jest pod tym względem podobna do Włoch czy Grecji. Ci panowie mają zwykle po sześćdziesiątce, a kawiarnie pełnią rolę emeryckich klubów, do których przychodzą, żeby spotkać się z kolegami, ponarzekać, powspominać dawne czasy. Faktycznie, dla mojego dziadka wyjście z babcią do kawiarni byłoby czymś niecodziennym, ale już moja mama pójście na kawę z koleżankami uważa za rzecz normalną. Młode pokolenie - to już całkiem inna sprawa, kawa, WiFi w smartfonach i namiętne pocałunki. Nie ma jeszcze w Albanii urlopów ojcowskich, ale nurt feministyczny upomina się o poprawę sytuacji kobiet. Wiąże się to z przemianami gospodarczymi. Ważną rolę w ostatnich latach odgrywa zaś emigracja. Kobietom było łatwo emigrować i znaleźć pracę, i często stawały się jedynymi żywicielkami rodziny. To moja mama pierwsza wyjechała do Grecji i ściągnęła potem ojca, dzięki temu ja mogłem spokojnie czytać Mickiewicza i Szymborską na studiach. W latach 30. większość kobiet w Albanii chodziło w chustkach lub czadorach, pod koniec lat 60. bikini stało się czymś powszechnym na albańskich plażach, a dziś na tych samych plażach, jak obliczono, 65 proc. dziewczyn ma tatuaż na ciele.
Wie pan co, nie bardzo czytam pańską mowę ciała. Raz jak kręci pan głową, to wydaje mi się, że na nie, a innym razem - na tak.
To proste, jeśli nią kręcę - o tak - znaczy nie. A jeśli tak bardziej kiwam na boki, mówię tak. Chyba że zmarszczę brwi i pocmokam językiem, tak wyrażam negację.
Teraz już wszystko jasne.
@RY1@i02/2013/188/i02.2013.188.00000160a.804.jpg@RY2@
Panos/Czarny Kot
Za tydzień: Bułgaria
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu