Kraj w kolorze ziemi
Białorusini są jak warzywa. Niepozorni, ale fantastyczni. To tak, jak przekrawasz szarego buraka i widzisz karmazynową treść
Z Michałem Aniempadystau rozmawia Mira Suchodolska
Wystawa, którą otworzyłeś w Toruniu pod hasłem "Under Ground", jest bardzo białoruska: to fotografie warzyw bulwiastych popularnych w waszej kuchni. Ale nie tylko na kulinariach rzecz polega.
Każda kultura ma swój styl i klimat. W moich warzywach, masz rację, chodzi o głębszy wymiar. Białorusini są do nich podobni mentalnie i metafizycznie. Zagłębieni w sobie. Indywidualiści, choć na pozór niepozorni, kiedy wejdziesz głębiej, odkrywasz fantastyczne treści. To tak, jak przekrawasz szarego buraka i nagle widzisz karmazynową treść. Albo kartofelka - pod umazaną ziemią skórką czeka złote słońce. Ale oni to wszystko chowają w sobie, nie pokazują na zewnątrz.
Ale też tak na was mówią. Bulbasze (bulba to ziemniak) albo boćwiniarze.
Czekaj, to nie takie proste. Ale też historia Białorusi jest pokręcona. W tym przypadku kuriozalana. Nazwa bulbasz powstała w czasie II wojny. Był taki przywódca UPA Wasyl Borowiec, miał ksywkę Batko Bulba, jego oddziały działały na północnej Ukrainie, nazywali ich bulbaszami. Bulba był skonfliktowany ze Stepanem Banderą i przegrał, musiał odejść na białoruskie Polesie. Potem w Armii Czerwonej na Białorusinów mówiono bulbasze, a na Ukraińców banderowcy. Z kolei Bałtowie to byli Niemcy. W latach 80. XX w. te używane w kręgach wojskowych przezwiska weszły do powszechnego użytku. Przydomek "bulbasz" jest krzywdzący i niehistoryczny, ale jest i co z nim zrobić. Białorusini mają zresztą dystans do siebie i poczucie humoru. Zawsze mówili, że lepiej być bulbaszem niż kacapem (Ruskim).
A Boćwiniarze?
Najpierw były buraki. A raczej buraczki, które sławił ojciec polskiej literatury Mikołaj Rej. Pojawia się u niego Pan Buraczek, podobny z okrągłej sylwetki i karmazynowego stroju do szlachcica, więc w stosunku do szlachty litewskiej później zaczęto używać krzywdzącego określenia "boćwiniarze", że takie młode, niedorosłe buraczki. Sytuacja zmieniła się w końcu XVIII w., kiedy w Koronie popularność zdobyły wpływy francuskie, a zamiast szlachcica-sarmaty pojawił się wyrafinowany arystokrata - kosmopolita. Inaczej było w Wielkim Księstwie Litewskim: to właśnie ono było ostoją konserwatywnych wartości szlacheckich. Dlatego sytuacja z przezwiskami zmieniła się radykalnie: zamiast "boćwianiarzy" staliśmy się "buraczkami".
Jedna kwestia wymaga dopowiedzenia: Wielkie Księstwo Litewskie to głównie dzisiejsza Białoruś i Ukraina, a dzisiejsza Litwa to ówczesna Żmudź.
Przecież mówiłem, że nasza historia jest pokręcona. Ale w tamtym czasie, a także w XIX stuleciu, była związana z Polską. Timothy D. Snyder, amerykański historyk, autor pracy "Rekonstrukcja narodów: Polska, Ukraina, Litwa i Białoruś, 1569-1999", przekonuje, że Korona i Wielkie Księstwo Litewskie były już jako wspólnota przygotowane do tego, aby stać się jednym narodem politycznym. Jak zaczęła się rosyjska ekspansja, litewska szlachta stawała w obronie wartości demokratycznych i broniła wspólnego państwa, które de facto już nie istniało. Wtedy przejawem patriotyzmu stało się mówienie po polsku. Przecież ten stracony świat, tę Litwę, opisuje Adam Mickiewicz w "Panu Tadeuszu" - tę sarmacką fakturę, przemijający, piękny świat.
Polonizacja jako lek na rusyfikację. A gdzie została białoruskość?
Dopiero w XIX w. nasze spolonizowane elity zauważyły, że społeczeństwo białoruskie mówi innym językiem niż one same. Białoruski pisarz i poeta Franciszek Bahuszewicz (nawiasem mówiąc, brał udział w powstaniu styczniowym) przyjął pseudonim "Maciej Buraczok", aby podkreślić więź z białoruskim ludem. I pisał głównie po białorusku. Jego twórczość jest twórczością chłopską, a przesłanie - że biednemu, krzywdzonemu włościaninowi trzeba dać wolę i ziemię - jest głosem uciskanych. Kultura szlachecka tamtych czasów była kulturą polską, ale właśnie w tym szlacheckim polskojęzycznym środowisku powstała literatura białoruska. Potem pojawiają się wybitni poeci, jak Janko Kupała, Jakub Kołas czy Maksim Bahdanowicz. Centrum kultury białoruskiej było wówczas w Wilnie, gdzie ukazywało się zresztą pismo "Nasza Niwa". Szalenie ważne i silne.
Losy obu narodów - wojna, okupacja sowiecka, wcześniej zabory - były niełatwe.
Wy tego nie doceniacie, ale nawet za zaboru rosyjskiego polskość była chroniona, także prawnie. Było Królestwo Polskie, z ograniczoną, ale jednak suwerennością. Nas zawsze traktowali jako "zepsutych Ruskich". Nawet słowo "Białoruś" było zakazane, książki w języku białoruskim nie miały prawa się ukazywać. Bahuszewicz-Buraczok jedną z książek wydał nielegalnie w Krakowie, pomagał mu w tym starszy brat Józefa Piłsudskiego, który czuł się Białorusinem. Zresztą Marszałek także sympatyzował z Białorusinami, ale względy polityczne sprawiły, że musiał zrezygnować z ich demonstrowania.
Do dziś na Białorusi mieszka potężna mniejszość polska. Paradoksalne jest jednak to, że białoruscy Polacy częściej posługują się w domu językiem białoruskim (41 proc.) niż Białorusini (26 proc.).
Język białoruski jest bardziej popularny w zachodniej części kraju, tam też więcej osób uważa się za Polaków z pochodzenia. Choć nie wszyscy są nimi w rzeczywistości. Na przykład moja babcia w zależności od sytuacji politycznej identyfikowała się raz jako Polka, a raz jako Białorusinka, choć w rzeczywistości była szlachcianką litewskiego pochodzenia.
Z tego, co mówisz, wynika, że Białorusini mają problem z tożsamością narodową.
Ona wciąż się formuje. Nie wystarczą język i kultura, potrzebne jest niepodległe państwo i jego aktywny udział. I ostatnie 20 lat to właśnie bardzo intensywny proces formowania się naszej nowej tożsamości, co jest procesem trudnym i bolesnym. Mamy przed sobą dwie drogi i związany z tym konflikt cywilizacyjny: czy pójdziemy w stronę Zachodu, a więc między innymi sięgniemy do historycznych korzeni związanych w Wielkim Księstwem, czy raczej w stronę Wschodu, czyli Rosji. Ta bardziej postępowa, prodemokratyczna część społeczeństwa wybiera Zachód. Większość państw wyrosła na micie, na uładzonej historii, do której można się odwoływać. Nie opowiada się o zdrajcach, tylko o bohaterach, o szlachetnych ludziach. My nie mamy swojego "Pana Tadeusza", on jest wasz. Nie wiem, czy to jest możliwe, ale bardzo bym chciał, żeby nasza tożsamość narodowa wyrosła na prawdzie historycznej. Choć jest dziś tak, że naszą wspólną, wielką przecież część historii, traktuje się w moim kraju jako historię Polski. A my mamy tutaj wielką dziurę.
Ty wykładasz na uniwersytecie latającym, wzorowanym zresztą na polskim z czasów walczącej "Solidarności".
Musi być miejsce i czas, aby porozmawiać, zastanowić się nad przyszłością, drogami, potencjałem. Ja mam wykłady z designu, przy czym chodzi nie tylko o estetykę, ale o - w ogóle - styl Białorusi. Nie ma stylu bez harmonii i etyki. Bez wartości. Więc jeśli burak, to trzeba podrążyć jego wnętrze. Znaleźć to, co dla niego najważniejsze. Są w nas wartości, a jednocześnie kompleksy, wbudowane genetycznie, wynikające z krwi. Białorusin to konserwatysta, nie lubi zmian. I paradoksalnie stąd bierze się wielka popularność Łukaszenki. Nie stąd, że jest genialnym politykiem, ale dlatego, że obiecał, iż nie będzie niczego zmieniał. Nawet jak nie jest dobrze, nie jest źle, pod warunkiem że jest, jak było. Czujemy się bezpiecznie, jeśli reguły gry są jasne. Ma to swoje historyczne uwarunkowanie, system prawny Wielkiego Księstwa Litewskiego był na bardzo wysokim poziomie. To największa rzecz, jaką cywilizacyjnie daliśmy Europie. To jednocześnie powód, dla którego tak łatwo jest Białorusinami kierować. My nie przejeżdżamy na czerwonym świetle, tak mamy. Podobnie, jak stosunek do pracy. Dla przeciętnego Białorusina praca to nie przyjemność, nie sposób na rozwój wewnętrzny. Nawet nie droga do bogactwa. Praca to praca, pracować trzeba, choćby za darmo. Obowiązek. Mamy nawet przysłowie: zbieraj się umierać, ale żyto siej.
Z Rosji, a raczej ze Związku Radzieckiego, nic nie zostało w białoruskiej mentalności?
Sowieckie wartości zostały. Pytanie tylko, co z nimi zrobić. Na ile są silne, na ile nas zmieniły. Co zostawić, co odrzucić? Bałtowie wyrzucili wszystko. Ale czy tak można, czy się da, bo przecież przechodząc taką, a nie inną historyczną drogę, zmieniliśmy się jako naród. Żyją między nami dzieci naszych katów, musimy się jakoś poukładać. I jeszcze, patrząc z drugiej strony, czy wszystko to, co przychodzi z Zachodu, jest wartościowe? Czy takiemu małemu narodowi jak my wszystko stamtąd jest potrzebne? Nie mamy ważniejszych spraw jak małżeństwa homoseksualne, kiedy nasi naukowcy, profesorowie, zarabiają tyle, że im na chleb nie starcza, a nasze dzieci są pałowane przez milicję?
Porozmawiajmy o codzienności. Bo życie narodu to nie tylko wielka polityka, historyczne rozważania, kreślenie przyszłości. To imprezy, dzieci, wielkie miłości i małe zdrady. Jaki jest wasz normalny dzień?
Binarny, tak bym powiedział. Kultura codzienności Białorusi jest jednocześnie katolicka i prawosławna, więc żyjemy jednocześnie w dwóch kalendarzach. Obchodzimy dwa Boże Narodzenia, dwie Wielkanoce, a tam, gdzie jeszcze mieszkają Tatarzy - także muzułmańskie święta. Do tego dochodzą uroczystości - jakby to powiedzieć - genderowe. Mam na myśli Dzień Kobiet (8 marca) oraz Dzień Mężczyzn (23 luty), znany u nas jako Dzień Obrońców Ojczyzny.
Jak te genderowe święta obchodzicie?
Dziś głównie korporacyjnie. Jakiś prezencik, kwiatki, kieliszeczek. Zabawnie jest obserwować, jak 8 marca wieczorem nobliwe panie, z wyglądu nauczycielki lub urzędniczki, uginając się pod naręczami kwiatów, za to trochę podcięte, wracają do domów. Na co dzień na Białorusi bardzo rzadko widzi się pijanych ludzi, ale w tych dniach - owszem.
Co się jeszcze świętuje?
Urodziny, bo imienin nie świętujemy. I jeszcze walentynki, które stały się nawet imprezą polityczną, bo tego dnia organizacje młodzieżowe zrobiły w przeszłości kilka wieców rozgromionych przez milicję. I jeszcze mamy święta państwowe. Oficjalnie Dzień Niepodległości, 3 lipca, który upamiętnia wyzwolenie Mińska przez Armię Czerwoną. Opozycja świętuje Dzień Niepodległości 25 marca, na pamiątkę 1918 r., kiedy ogłoszono powstanie niezależnego państwa Białoruskiej Republiki Ludowej. Co zresztą z prawdziwym świętem nie ma nic wspólnego, bo to głównie pałowanie i zamykanie uczestników do więzienia.
Jest w waszym życiu miejsce na religijną, bardziej metafizyczną sferę?
Podczas pieriestrojki wiele osób przypomniało sobie o wierze. Jak pewnie i u was: zatwardziali komuniści nagle zaczęli biegać do cerkwi. Dziś cerkiew jest silna, ale to nie jest moc wyrastająca z wiary. Należy pamiętać, że to Cerkiew rosyjska, która nie uznaje odrębności Białorusinów. Traktuje ich jako część narodu ruskiego, msze odbywają się po rosyjsku. Cerkiew jest częścią systemu politycznego, tak Rosji, jak i łukaszenkowskiej Białorusi. Mnóstwo świątyń zresztą ostatnio powstało, nie ma osiedla, żeby nie wyrosła choć jedna. W tradycyjnym rosyjskim stylu. Z kolei kościół katolicki jest jedyną instytucją, która konsekwentnie posługuje się językiem białoruskim. Znów paradoks: kiedyś był narzędziem polonizacji, dziś jest ostoją opozycji i białoruskości. Wprawdzie jak ognia unika konfliktów, ale swoim działaniem daje znak, puszcza oko: jesteśmy po tamtej stronie. Z narodem. Są jeszcze Żydzi. Są Tatarzy, to głównie Ifa, jedyne miasteczko, gdzie nigdy nie zamknięto meczetu.
Tatarzy są u was znani jako świetni ogrodnicy, specjaliści od nowalijek. Białorusini uprawiają zaś głównie ziemniaki. I je jedzą.
Faktycznie, zajmujemy pierwsze miejsce na świecie pod względem spożycia ziemniaków na głowę mieszkańca. I to przed Belgami - zjadamy ich dwa razy więcej - którzy szczycą się tym, że są największymi kartoflożercami. To znajduje nawet wyraz w konstrukcji językowej: ja powiem, że na obiad miałem ziemniaki z kotletem, a nie kotlet z ziemniakami. Ale z narodami żyjącymi bliżej Północy tak to bywa, potrzebują prostych, treściwych pokarmów. Potrzebujemy białka i tłuszczów, tutaj sprawdza się wieprzowina. A konkretnie - słonina, która ma szczególne miejsce w naszym jadłospisie. Genialna, lepsza niż masło, zdrowsza. W dodatku pochodząca od wyjątkowych świnek, które mają szczególne miejsce w naszej kulturze. Są traktowane jak domownicy, coś jak psy. Pielęgnowane, hołubione, głaskane. Ale przychodzi taka chwila, że świnkę zabić trzeba. To ma wręcz sakralny wymiar. Nie ma uboju przemysłowego. Takie zwierzątko jest głaskane, mówi się do niego najczulszymi słowami, żeby się nie stresowało, nie bało. I jak najszybciej zabija. I potem jest słonina, którą można długo przechowywać. Kiełbasy, które się je na święta. Aby zneutralizować tłuszcz, zagryza się to wszystko kiszonkami - ogórkami, kapustą, jabłkami. Przyprawia kminkiem, majerankiem, czosnkiem. Oprócz kartofli, które są podstawowym źródłem węglowodanów, jemy chleb, ciemny, bo pszenica jakoś się u nas nie udaje.
W Polsce taką żywicielką rodziny zawsze była krowa.
Krowa i mleko też są bardzo ważne, tyle że krowy się nie zabija, chyba że w ostateczności. Mleko na wsiach bywało i wciąż bywa głównym pokarmem: pije się je zamiast obiadu, kolacji czy śniadania. Można z niego robić sery, twarożki, nastawiać na zsiadłe. U nas je się prosto i konkretnie. Na przykład nie ma tradycji zup, no, poza chłodnikiem litewskim, ale zupa jest pozycją nieobowiązkową. Tak samo jak mięsnych potraw w tradycyjnym białoruskim menu jest mało. Najwięcej kiełbas: salcesony, kaszanki, palcówki. Ale to świąteczne jedzenie. Na przykład biały sos z kiełbasą, tzw. wiereszczanka. Wyjada się to wszystko za pomocą ziemniaków, naleśników lub blinów. Kuchnia białoruska była naturalna, autarkiczna, czyli zjadało się to, co udało się znaleźć lub samemu wyhodować w ogródku. Trudno uwierzyć, ale mamy swoje sposoby i przepisy na wszystkie, nawet wydawałoby się niejadalne czy trujące grzyby. Wszystko jest kwestią przyrządzenia.
A coś takiego bardziej świątecznego, jakieś zbytkowe potrawy?
To te z makiem. Z maku tłuczonego i parzonego mlekiem robimy placki, nadzienie do naleśników. Naszą narodową specjalnością jest żurawina, która ma to do siebie, że można ją przechowywać w chłodzie choćby i okrągły rok. Z innych owoców - choćby jabłek czy śliwek - robimy twarde dżemy, coś jeszcze bardziej konkretnego niż marmolada. Mówimy na to "sery", kiedyś zastępowały słodycze. Są jeszcze klasyczne twory rodem z ZSRR, np. robiona do dziś tradycyjnie na sylwestra sałatka olivie. To znana wam sałatka ziemniaczana, do której dodaje się jeszcze kiełbasy, żeby była bardziej pożywna. Całe misy się tego robi na powitanie nowego roku. A na poranek 1 stycznia śledź pod szubą, czyli kołderką: z marchewką, buraczkami, cebulką, ziemniaczkami, przekładany warstwami i zalany majonezem. Na noworoczne śniadanie nie ma nic lepszego, a do tego kieliszek czegoś mocnego.
A co pijecie?
Sok brzozowy albo kwas z soku. I jeszcze kwas chlebowy. Także piwo. Mamy jeszcze kisiele - owsiany i żurawinowy. Ale pewnie nie o to pytasz. Bimber robimy z czarnego chleba. Nie pije go dla upicia, ale dla smaku, relaksu. Nie mrozi się, jak wódki, żeby nie zabić wyrafinowanego charakteru. I ten trunek nie idzie w głowę, ale w nogi. Samogon z żytniego chleba to specjał, trunek elitarny. Wprawdzie państwo ma monopol na wyroby spirytusowe, ale na taką domową produkcję patrzy przez palce. Byleby nie na zarobek, byleby nie sprzedawać.
Białorusini są imprezowiczami domowymi czy knajpianymi?
Zdecydowanie domowymi. Przez całe dziesięciolecia kawiarni czy restauracji było u nas mało, w dodatku bardzo drogie. Żeby w nich bywać, trzeba było być złodziejem, handlarzem z Kaukazu, wojskowym albo kobietą lekkich obyczajów. Kiedy w 1980 r. była olimpiada w Moskwie, nagle w sklepach spożywczych pojawiły się włoskie ekspresy do kawy. To zmieniło życie towarzyskie - nawet w małych sklepikach gromadziły się tłumy ludzi żądnych tego, żeby wypić troszkę pachnącego naparu, spotkać się z innymi, pogadać. Ale wiesz, my wciąż gadamy o zamierzchłych czasach. Dziś każdy Białorusin znajdzie jakieś pieniądze, żeby wypić na mieście kawę czy piwo. Zamiast ziemniaków ze słoniną zamówi na lunch pastę albo sushi. Jednak jak ma urządzić jakąś imprezę, świętować urodziny, to zaprosi przyjaciół do domu.
A jak już poimprezuje, popije, to jest agresywny czy grzeczny?
Jak za dużo, to różnie to bywa. Ale w naszej naturze nie ma większej agresji. Raczej nieśmiałość i kompleksy. Kiedy do nas przychodzą goście, gospodarz mówi (to takie porzekadło): Lej, bo oni jeszcze nie jedli. Chodzi o to, że Białorusin, zanim nie wypije pierwszego kieliszka, wstydzi się wziąć do jedzenia, normalnie zachowywać przy stole. Alkoholem trzeba zadziałać, żeby otworzyć te nasze białoruskie skorupy.
Zdjęcia autorstwa Michała Aniempadystau
@RY1@i02/2013/178/i02.2013.178.00000180b.803.jpg@RY2@
shutterstock
@RY1@i02/2013/178/i02.2013.178.00000180b.804.jpg@RY2@
Wojtek Górski
Michał Aniempadystau białoruski grafik i poeta, fotograf, eseista, designer. Twórca plakatów, okładek płyt i książek, logotypów, identyfikacji wizualnej. Autor tekstów wielu kultowych piosenek, w tym słynnego "Narodnego Albomu", tłumacz tekstów, m.in. Grzegorza Ciechowskiego, Marka Grechuty, zespołu Perfekt, na język białoruski
Za tydzień Węgry
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu