Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Pracujące wakacje

30 czerwca 2018

Ponoć nastolatki na całym świecie są takie same: testują cierpliwość rodziców i cały czas się buntują. Amerykańska młodzież różni się jednak od rówieśników w Europie. Zamiast odpoczywać latem, ciężko haruje

Choć trwały wakacje, z Zachem Reynoldsem z miasteczka Wellington w północnym Kolorado nie sposób było się spotkać. 17-letni licealista, jak wielu rówieśników we wszystkich zakątkach Ameryki, pracował. Już w połowie czerwca dostał posadę w barze sieci Subway i od tej pory spędzał w nim prawie 40 godzin tygodniowo. Nie miał oczywiście etatu, bo i w USA pracodawcy takich jak on zatrudniają na godziny i wyłącznie tak, by nie musieć wypłacać im jakichkolwiek świadczeń. Jeśli dorzucić inne prace, których Zach imał się w wakacje, musiałabym odebrać mu prawo do snu, by spotkać się z nim osobiście.

Chłopak planuje kontynuować pracę w barze także w czasie roku szkolnego, choć zamierza zredukować "etat" do 20 godzin. - Dlaczego pracuję? - na moje pytanie reaguje śmiechem, jakbym pytała o oczywistą oczywistość. - Skończyłem 16 lat i uważam, że rodzice wystarczająco już dla mnie zrobili, powinienem ich odciążyć i zacząć się sam o siebie troszczyć. Czas przygotowywać się do prawdziwego życia. Zresztą to nie jest moja pierwsza praca. W trzeciej klasie dorabiałem w szkole jako woźny i pomocnik na świetlicy przy młodszych dzieciach. Wtedy z pomocą mamy otworzyłem konto emerytalne 401k (odpowiednik polskiego III filara - aut.). Tylko 5 proc. zarobków przeznaczam na wydatki. Resztę oszczędzam. Na przyszłość, na studia, jeżeli się dostanę - wyjaśnił mi przez telefon.

Jeśli wyjazd, to z rodzinką

Przykład Zacha doskonale ukazuje różnice w podejściu do życia amerykańskich i europejskich licealistów. Różnice tym bardziej widoczne, że nowy rok szkolny dopiero się rozpoczął i młodzież żyje wspomnieniami z wakacji.

Dla większości młodych ludzi z Europy to obrazki z wyjazdu, często za granicę, z rodzinami lub z przyjaciółmi, dla sporej liczby obozy oraz inne formy wypoczynku zorganizowanego, który na Starym Kontynencie jest dostępny oraz powszechny. Z sierpniowego badania firmy Challenger, Grey & Christmas z Chicago wynika, że w Europie młodzież w wakacje głównie wypoczywa: pracę latem podejmuje tylko 14 proc. młodych (w Polsce 4,2 proc.). W USA w minione wakacje oficjalnie, czyli na jakiekolwiek umowy, pracowało ok. 30 proc. młodzieży w wieku 16-18 lat. Jednak nikt nie ma wątpliwości, że prawdziwa liczba jest co najmniej dwa razy wyższa. Za tradycyjne formy zarobkowania, jak opieka nad dziećmi lub usługi ogrodnicze, nawet w przypadku, gdy praca ma charakter regularny, a nie dorywczy, pracodawcy - czyli pojedyncze osoby lub rodziny - tradycyjnie płacą pod stołem wedle stawek niższych niż oficjalna minimalna płaca, która wynosi 8 dol. za godzinę.

Do szkoły zdecydowana większość amerykańskich nastolatków wróciła więc ze wspomnieniami związanymi z pracą. Te, które wyjechały poza swoją miejscowość, też nie udały się za granicę, by np. uczyć się obcego języka, a najczęściej wraz z rodziną wybrały się na wycieczkę samochodową do krewnych w innym stanie. Tego typu wypady to bardzo popularny w Ameryce pomysł na wakacje. Raczej każdego na nie stać i jest bardzo praktyczny. Za jednym zamachem zalicza się kilka spraw naraz: spędza czas z dziećmi, odwiedza familię oraz przeżywa przygodę. Według ekspertów badających, jak Amerykanie spędzają urlop, taka podróż trwa zwykle około tygodnia, wliczając w to dni spędzone w samochodzie, a jej trasa często zaplanowana jest tak, by po drodze odwiedzić jakieś ciekawe miejsce, np. park narodowy. Króciutki czas trwania podróży podyktowany jest warunkami pracy rodziców. Ci najczęściej obawiają się, że zniknięcie z biura na dłużej to akt zawodowego samobójstwa. Pracodawca może to bowiem odczytać jako przejaw lekceważącego stosunku do pracy i zwolnić amatora zbyt długiego odpoczynku.

Czy Amerykanie mniej kochają dzieci, czy też może przemawia przez nich skrajne skąpstwo, że zamiast na wypoczynek po całym roku szkoły hurtem wysyłają je w wakacje do pracy? Pytanie staje się tym bardziej zasadne, jeżeli weźmiemy pod uwagę statystki pracy zarobkowej amerykańskich nastolatków także w czasie roku szkolnego. Między szkołą a pracą, w której będą spędzać co najmniej 20 godzin tygodniowo, będzie krążył co szósty z nich.

Odpowiedzi należy szukać w odmiennej po obu stronach oceanu idei pracy i jej miejsca w życiu człowieka, w tym także bardzo młodego. W Polsce prawo zabrania uczniowi pracować zarobkowo więcej niż 7 godzin w tygodniu w roku szkolnym, a na jego pracę muszą wyrazić zgodę lekarz oraz rodzice bądź opiekunowie prawni. Podobnie pracę nastolatków regulują przepisy w większości krajów europejskich. Rodzice ze Starego Kontynentu, w chórze z socjologami i lekarzami, przekonują też, że jeśli już młoda osoba ma łączyć pracę z nauką, to w sposób dorywczy, bo na pierwszym miejscu zawsze stoją obowiązki szkolne. Wreszcie - tu nikt nie kwestionuje opinii, że nastolatki potrzebują czasu na odpoczynek, rozwijanie pasji i zainteresowań oraz życie towarzyskie, bo to elementy niezbędne do ich prawidłowego rozwoju.

Amerykanie wierzą z kolei, że nic tak dobrze nie wychowuje i nie rozwija, jak praca zarobkowa. "Bezczynne ręce są przyjacielem diabła" - głosi jedno z tutejszych popularnych przysłów. Pracujący nastolatek jest wpisany w popkulturę niczym hamburger. Trudno o film czy książkę z młodym bohaterem, w których nie byłby sportretowany jako osoba dzieląca życie między szkołę a jakąś formę pracy - wystarczy obejrzeć znane na całym świecie seriale "90210" oraz "Szalone lata 70.". A debatę na temat pracy nastolatków po dziś dzień kształtują przede wszystkim statystyki zatrudnienia w tej grupie wiekowej. Wysokie, rosnące - to sygnał, że ze społeczną i moralną tężyzną Ameryki wszystko jest w najlepszym porządku. Malejące - z czym mamy do czynienia w ostatnich latach (w 1989 r. pracowało w wakacje aż 80 proc. licealistów, w roku szkolnym zaś połowa) - to powód do alarmu, bo naród zaczyna toczyć robak dekadencji i kryzysu. - Stosunek do pracy definiuje nas jako naród. To jądro amerykańskiej tożsamości wyznaczyli pierwsi osadnicy, którzy postawili wartość pracy ponad wszystko inne. To koncept, że człowiek staje się w życiu tym, na co sobie zapracował. Dlatego nie tylko nie widzimy w pracy nastolatków nic złego, lecz wręcz jej od nich oczekujemy. Pierwsza praca to dla młodego Amerykanina jak przejście przez magiczne drzwi prowadzące do dorosłości i samodzielności - wyjaśnia socjolog prof. Jeylan Mortimer z Universytetu Minnesoty, zajmujący się badaniami rynku pracy młodzieży.

Najbogatsi pracują najciężej

Mortimer należy do grona specjalistów pochwalających wczesne podjęcie pracy. Wyniki jej badań zawarte w książce "Praca i dorastanie w Ameryce" ("Working and Growing Up in America") wykazują, że licealiści, którzy pracują od 14 do 20 godzin tygodniowo, potrafią pogodzić naukę z pracą, a doświadczenie w pracy daje im cenne umiejętności, które procentują w późniejszym życiu. Wyrastają przede wszystkim na ludzi lepiej zorganizowanych - odsetek osób, które w dorosłym życiu znajdują i utrzymują pracę, jest w tej grupie o 20 proc. wyższy niż wśród osób, które jako nastolatki nie zarabiały.

Wreszcie w kraju, w którym człowiek nie może obyć się bez własnych czterech kółek, samodzielnie zarobione pieniądze są dla większości nieletnich jedynym sposobem, by uzbierać na własny samochód i w ten sposób uniezależnić się od dobrej woli, a zwłaszcza grafika coraz bardziej zapracowanych rodziców. Zach Reynolds od kilku miesięcy jest dumnym posiadaczem kupionego za własne 3 tys. dol. forda explorera. W tym roku szkolnym w końcu zwolni rodziców z obowiązku dowożenia jego i dwójki młodszego rodzeństwa do oddalonego o 20 km liceum.

Wychowawczy wpływ pracy najbardziej widoczny jest w grupie dzieci z rodzin najuboższych i patologicznych. Co jednak ciekawe, badania wykazują, że najwięcej pracujących nastolatków wcale nie rekrutuje się ze społecznych nizin. Odwrotnie - najbardziej aktywni zarobkowo są biali chłopcy z rodzin dobrze sytuowanych, o rocznych dochodach między 100-150 tys. dol. Latem pracuje połowa z nich, dla kontrastu - tylko 9 proc. Afroamerykanów i 12 proc. Latynosów.

Można dowodzić, że bogatsi rodzice mają o wiele lepsze kontakty, dzięki którym ich dzieciom łatwiej znaleźć pracę, ale nie sposób nie brać pod uwagę wariantu o wiele mniej politycznie poprawnego, za to aż cisnącego się na usta. Zamożniejsze białe rodziny Amerykanów bardziej identyfikują się z ideologiczną spuścizną po pierwszych, białych przecież osadnikach, dla których praca była sensem życia.

Za obecny spadek zatrudnienia wśród nastolatków Jeylan Mortimer oraz wielu innych badaczy stylu życia i rozwoju amerykańskiej młodzieży obwiniają kryzys. Efektem trwającego załamania gospodarczego jest dyskryminacja licealistów na rynku pracy ze względu na wiek i brak doświadczenia. O niewymagającą żadnych kwalifikacji posadę w McDonaldzie czy na stacji benzynowej nieletni rywalizują dziś z rzeszą bezrobotnych dorosłych, a także z rosnącą liczbą emerytów, którzy są za biedni, by przestać pracować. Mortimer już z obawami zastanawia się nad tym, jak z tego powodu zmieni się amerykańskie społeczeństwo. Bo dorasta pierwsze pokolenie z tak dużym odsetkiem ludzi, którzy do czasu uzyskania pełnoletności nie będą mieli żadnego doświadczenia na rynku pracy.

Jej obaw nie podziela jednak David Palmiter, psychoterapeuta i wykładowca na Uniwersytecie Marywood w Pensylwanii. - Żyjemy w innych czasach niż pokolenia przed nami. Po pierwsze, licealiści mają naprawdę o wiele więcej nauki. Człowiek myślący poważnie o studiach po prostu nie ma czasu na to, by pracować w trakcie roku szkolnego. Komisja rekrutacyjna na studia oczekuje od niego nie tylko jak najlepszych ocen, lecz także doświadczeń przydatnych na kierunku studiów, który wybiera. Smażenie hamburgerów, i owszem, zasili kieszonkowe aplikanta na medycynę czy inżynierię, ale nic nie wnosi do jego CV i nie nabije mu dodatkowych punktów - podkreśla.

David Palmiter sam jest ojcem trójki nastolatków, pole do obserwacji ma więc na co dzień wokół siebie. Uważa, że amerykańskie dzieciaki harują dziś ciężej niż kiedykolwiek, z tym że stacje benzynowe i bary zamieniły na nieodpłatne staże i wolontariat. - Moja najstarsza córka za chwilę rozpocznie studia na Uniwersytecie Cornell. W liceum nie pracowała zarobkowo, za to odbyła staż w biurze senatora i pomagała w kancelarii okręgowego sędziego. Nie mam cienia wątpliwości, że bez tych doświadczeń nie dostałaby się na wymarzony Cornell - podkreśla.

Wreszcie dr Palmiter wskazuje na problem, o którym Ameryka nie za bardzo chce mówić, rozprawiając się z tematem pracy nastolatków: że łączenie szkoły z zarobkowaniem wcale nie jest dla dziecka takie dobre. - W mojej praktyce psychologicznej nie spotkałem jeszcze ani jednego nauczyciela, który powiedziałby, że zna ucznia dobrze łączącego ze sobą wszystkie aspekty szkolno-zarobkowego życia, a więc: że uczęszcza na zajęcia o wyższym poziomie (honor classes, wymagane od aplikantów na studia - aut.), chodzi na przynajmniej jedne zajęcia dodatkowe typu treningi sportowe czy szkoła muzyczna i do tego śpi zalecane w tym wieku 8,5-9,5 godziny na dobę. W tym równaniu pracujące nastolatki rezygnują oczywiście ze snu. I tu zaczynają się kłopoty, o których jako społeczeństwo w ogóle nie rozmawiamy. Naukowcy już wykazali, że brak snu w tym wieku nie tylko obniża wyniki w nauce i zwiększa podatność organizmu na choroby, ale może prowadzić do otyłości nawet przy zdrowym odżywianiu. Sen w tym wieku jest ściśle związany z metabolizmem - wyjaśnia.

Wakacje w ławce

Naprzeciwko pesymistom oskarżającym niepracujące nastolatki o sprzeniewierzanie się narodowym tradycjom wychodzą też autorzy raportów o tym, że lawinowo zwiększa się liczba licealistów uczęszczających w wakacje do szkół.

Programy dokształcające, a nawet umożliwiające uczniom zaliczanie w czasie wakacji regularnych przedmiotów, oferuje coraz większej placówek, w tym w trybie online, jako odpowiedź na rosnące zapotrzebowanie. Eksperci z centrum badawczego After School Alliance donoszą w swoim najnowszym raporcie pt. "Ameryka po trzeciej po południu" ("America After 3PM"), że aż połowa amerykańskich rodzin deklaruje, iż zapisałaby dziecko do wakacyjnej szkoły, o ile tylko byłoby ją na to stać. 86 proc. rodziców apeluje, by wakacyjne szkoły były finansowane ze środków publicznych. W ubiegłe wakacje naukę pobierało o 25 proc. więcej nastolatków niż 5 lat temu.

Nie ma szans na to, że etos pracy, przedsiębiorczości i samowystarczalności spadnie w najbliższym czasie z piedestału amerykańskich wartości. Nie jest jednak wykluczone, że za jakiś czas wypadkowa wielu czynników, w tym łatwość i zakres kontaktów z resztą świata, nie sprawi, że także wśród amerykańskich nastolatków i ich rodziców upowszechni się pogląd, iż nie samą pracą zarobkową człowiek, szczególnie młody, żyje. A wtedy, kto wie, może Amerykanie zaczęliby nawet... podróżować poza granice własnego kontynentu? Formułować opinie na temat reszty świata nie przez pryzmat własnych racji, a na podstawie prawdziwych doświadczeń i zdobytej wiedzy? Jak w związku z tym zmieniłaby się dynamika międzynarodowych relacji politycznych, gospodarczych, kulturalnych? Aż strach marzyć.

@RY1@i02/2014/177/i02.2014.177.00000170d.802.jpg@RY2@

shutterstock

Eliza Sarnacka-Mahoney

korespondencja z USA

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.