To nie jest kraj dla strachliwych
Jedna noc wystarczyła, by Nigeria stała się największą gospodarką Afryki. Obyło się bez magii: władze w Abudży ponownie przeliczyły jej wartość. Wyszło 140 mld dol. więcej
Można by rzec: nic dziwnego. Nigeria to czwarty pod względem wielkości eksporter ropy na świecie, największy przemysł filmowy globu. Tylko tu bank centralny potrafi zgubić 20 mld dol., a prezydent zniknąć na trzy miesiące bez słowa wyjaśnienia. Tu w trakcie ucieczki złodziej zamienia się w kozę, a minister infrastruktury zostawia numer swojego telefonu, by donosić mu o każdej dziurze w drodze. Po orbicie globu krąży kilka nigeryjskich satelitów, podczas gdy w dole, na ziemi rząd zamyka szkoły, obawiając się rajdów rebeliantów na placówki edukacyjne.
Witajcie w krainie krańcowych paradoksów.
Zachód jest haram
Dwie pomalowane w barwy maskujące terenówki wjechały do wioski Warabe dwa tygodnie temu późnym niedzielnym wieczorem. Bojownicy, którzy wyskoczyli z pojazdów, nie bawili się w dyplomację, robiąc użytek z pięści i obcasów wojskowych butów. - Chodzili od drzwi do drzwi, szukając dziewcząt - opowiadał jeden z miejscowych Abdullahi Sani. - Siłą zabrali osiem dziewczynek między 12. a 15. rokiem życia - dodał.
Rebelianci z Boko Haram (nazwę tę można tłumaczyć jako "zachodnia edukacja jest zakazana"), próbującego ustanowić na północno-wschodnich rubieżach kraju państwo islamskie, od połowy kwietnia porwali w ten sposób już ok. 300 uczennic. Dramat porwanych dziewcząt przykuwa uwagę mediów na całym świecie, zwłaszcza odkąd lider Boko Haram - Abubakar Shekau - zapowiedział, co wkrótce je spotka. - Na Allaha, sprzedam je na targu - odgrażał się w trwającym godzinę nagraniu wideo, z akompaniującą jego słowom kanonadą w tle. Zgodnie z tym, co twierdzą rodziny niektórych porwanych, rzeczywiście do tego już doszło: najstarsze z uprowadzonych dziewczynek zostały przewiezione do sąsiedniego Kamerunu i Czadu, gdzie zostały kupione przez przyszłych potencjalnych mężów za kilkaset dolarów od głowy.
Nigeryjscy fundamentaliści, którzy do tej pory byli głównie utrapieniem działających głęboko w dżungli przedstawicieli koncernów naftowych, teraz znaleźli się na celowniku potęg. Na fali oburzenia na porwania pomoc zaproponował m.in. Waszyngton -prezydent Barack Obama potwierdził, że w Nigerii znalazło się już komando mające pomóc w odbiciu dziewczynek.
Ale obrywa się też władzom w Abudży. - Najpoważniejsze i najszybsze działania, jakie podjęto w odpowiedzi na ten kryzys, to aresztowanie liderki demonstracji wzywających prezydenta, by wreszcie coś w tej sprawie zrobił - stwierdza kwaśno komentatorka tygodnika "Spectator" Melanie McDonagh. - Boko Haram udowodnił nam przede wszystkim, że nigeryjski rząd jest skorumpowany i bezużyteczny - konkluduje. I w olbrzymiej mierze ma rację - według rozmaitych szacunków liczba ofiar działającego od 2002 r. ugrupowania sięga od 3,5 do 10 tys. zabitych. Od roku na północy kraju trwa stan wyjątkowy, a armia prowadzi intensywną rzekomo ofensywę, mającą uwolnić kilka tamtejszych prowincji od fundamentalistów.
Tylko rezultatów tych działań jakoś nie widać. - Niektórzy mówią, że jesteśmy świadkiem stopniowego zwycięstwa rebeliantów. Rząd, co oczywiste, powtarza, że jego polityka to sukces. I za każdym razem, gdy wyda takie oświadczenie, efekt jest taki, że następnego dnia, a najdalej w ciągu kilku dni, dochodzi do masakry - komentował wysiłki Abudży były amerykański ambasador w Nigerii John Campbell. Gwóźdź do trumny wbija zaś wojskowy. - Ludzie z Boko Haram są lepiej uzbrojeni i lepiej zmotywowani niż nasi żołnierze - stwierdził bez ogródek gen. Kashim Shettima z północnego stanu Borno. - Biorąc pod uwagę obecny stan spraw, jest absolutnie niemożliwe, by ich pokonać - skwitował.
Choć o fundamentalistach trąbią w ostatnich tygodniach wszystkie media, to nie tylko próbująca się uczyć nigeryjska młodzież jest na celowniku organizacji. W ciągu ostatniej dekady bojownicy z równym powodzeniem polowali na przedstawicieli zachodnich koncernów naftowych, a w momentach gdy dysponowali największą siłą, wkraczali do miast, atakując posterunki policyjne i wojskowe koszary. Tak było choćby po odbudowie sił ugrupowania w 2010 r., kiedy to pełzająca wojna domowa spłoszyła zagranicznych inwestorów - wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych spadła wówczas z 8,9 mld dol. w 2011 r. do 7 mld dol. rok później.
Spadek ten, choć dotyczył przede wszystkim sektora energetycznego - kluczowego dla całej nigeryjskiej gospodarki - odbił się w kraju bolesną czkawką. W ślad bowiem za wysychającym strumykiem inwestycji banki zaczęły zamykać oddziały, a zdane wyłącznie na lokalny rynek miejscowe firmy musiały zwinąć, a przynajmniej ograniczyć, działalność.
Zalety inżynierii finansowej
Trudno się dziwić, że nowe dane makroekonomiczne, które ogłoszono - być może nie przypadkiem - gdy kryzys z uprowadzonymi dziewczętami sięgał apogeum, były dla rządu w Abudży niczym podarunek z niebios. Z dnia na dzień PKB Nigerii niemal podwoiło wartość - zmiana sięgnęła poziomu 89 proc. Księgowa sztuczka? Bynajmniej, to efekt zabiegu metodologicznego znanego jako rebasing - stosowanego przez niemal wszystkie państwa na świecie. Polega on w uproszczeniu na uaktualnieniu kluczowych dla gospodarki wyznaczników tak, by móc odzwierciedlić w statystykach wszystkie nowe formy działalności gospodarczej i uzyskać w ten sposób rezultaty bliższe realiom. Większość państw dokonuje rebasingu co kilka lat, np. Ghana w ten sam sposób dołożyła sobie cztery lata temu 60 proc. PKB. Nigeria ostatni taki update metodologii przeprowadziła w 1990 r.
Zgodnie z nowymi szacunkami Nigeria jest teraz 26. pod względem wielkości gospodarką świata, największą w Afryce), z PKB wartości 509,9 mld dol. W ramach rebasingu liczba poddanych przeglądowi sektorów gospodarki wzrosła z 33 do 46. Doszły nowe branże, statystycy próbowali wejrzeć w szarą sferę nieformalnej gospodarki tego afrykańskiego kraju, ujęto też rozwijające się sektory usług, budownictwa, dystrybucję wody i prądu. W efekcie spadł udział branż, które uznawano do tej pory za filary gospodarki, np. sektora energetycznego opartego na eksploatacji zasobów ropy i gazu - z 32,4 do 14,4 proc. PKB. Udział rolnictwa, wcześniej jakieś 35 proc. PKB, skurczył się obecnie do 22 proc. Jednocześnie rozrósł się sektor usług - z 29 do 52 proc. PKB - oraz telekomunikacji, z 0,9 do 8,7 proc. PKB.
Miejscowi eksperci na tę inżynierię finansową mogą się jedynie żachnąć. - Nigeryjczycy nie będą się mieli jutro lepiej z tego powodu - mówił po ogłoszeniu nowych danych Bismarck Rewane, ekonomista z Abudży. - Od tego nie przybędzie im pieniędzy na koncie ani jedzenia w brzuchach. To nic nie zmienia - ucinał.
I tak, i nie. Przez ostatnią dekadę miejscowa gospodarka rozwijała się w tempie średnio 7 proc. PKB rocznie. Dla rządu w Abudży nowe zestawienie danych oznacza nie tylko triumf w rywalizacji z gospodarką RPA, której prześcignięcie było dotychczas cichym marzeniem największych krajów kontynentu. To również prestiżowe zwycięstwo na szczeblu międzynarodowym: Nigeria może mieć teraz więcej do powiedzenia w sprawach dotyczących całego regionu, na dłuższą metę może zastąpić Afrykę Południową w działających na poły formalnie grupach typu BRICS. A przede wszystkim jest najlepszą wizytówką zmian zachodzących na Czarnym Lądzie: dotychczasowy rezerwuar surowcowy zamienia się w wielki, chłonny rynek nowych produktów i usług.
Wystarczy wziąć pod lupę kilka pierwszych z brzegu przykładów. Sektor telekomunikacyjny ćwierć wieku temu sprowadzał się do jednego operatora oraz ok. 300 tys. linii telefonicznych (w trzykrotnie mniejszej Polsce w tym samym roku było 3,3 mln stacjonarnych linii telefonicznych). Przez długie lata nigeryjskie władze lekceważyły ten rynek: jeszcze dekadę temu urzędnicy szacowali, że na komórkę będzie sobie mogło pozwolić jakieś 10 mln ich rodaków - do dziś Nigeryjczycy wykupili 120 mln abonamentów (na 170 mln mieszkańców - a zgodnie z prognozami demograficznymi w 2050 r. może ich być 440 mln). Biorąc pod uwagę ten trend oraz zaciętą rywalizację operatorów, to dopiero pierwsze rozdanie w tej branży.
Podobnie dzieje się w równie spektakularnym sektorze: produkcji filmowej. Przemysł filmowy - dla którego ukuto już wiele mówiącą nazwę Nollywood - co roku wprowadza na rynek ponad 2500 filmów. W tej liczbie zawierają się co prawda również na poły chałupnicze, niskobudżetowe produkcje oraz krótkie metraże i inne filmowe eksperymenty. Niemniej na ekrany kin trafiają trzy pełnometrażowe produkcje dziennie. To dwukrotnie więcej niż w Hollywood i niewiele mniej niż w największej globalnej fabryce snów - indyjskim Bollywood. Obrót tymi dziełami, a także towarzyszącą im muzyką oraz usługi w zakresie obsługi lokalnych artystów to już 1,4 proc. nigeryjskiego PKB - pobieżnie licząc, ponad 7 mld dol. Nollywood ma już swoje globalne gwiazdy, choćby 36-letnią Omotolę Jalade-Ekeinde. Jej życie - relacjonowane pod postacią reality-show - ogląda codziennie 50 mln widzów w 52 krajach. Jalade-Ekeinde, oprócz tego, że zarabia miliony na planie filmów i reklam, jest też twarzą ONZ-owskiego World Food Programme oraz Amnesty International.
Jeszcze inny przykład to miejscowa branża lotnicza. Dwie dekady temu w barwach Nigerii latał jeden przewoźnik, dziś jest ich kilku. Oczywiście usługi świadczone przez nigeryjskie linie lotnicze wciąż pozostawiają wiele do życzenia, a niektórzy przewoźnicy nie przeszliby unijnych procedur. Rzecz w tym, że branża ta odpowiada już za 0,6 proc. PKB Nigerii, a w 2012 r. na pokładach samolotów od ziemi oderwało się 4,7 mln pasażerów z tego kraju. Międzynarodowi inspektorzy ruchu lotniczego, nie szczędząc Nigeryjczykom krytyki, zastrzegają jednak, że lokalne władze odpowiedzialne za tę branżę coraz poważniej traktują implementację pozostających dotąd na papierze regulacji dotyczących ruchu lotniczego.
Ba, na obrzeżach przemysłu lotniczego kiełkuje przemysł kosmiczny. Za sprawą nigeryjskiej National Space Research and Development Agency (NASRDA) i prywatnej firmy NigComSat na okołoziemskiej orbicie krążą trzy nigeryjskie satelity. Na dłuższą metę mają one zapewnić mieszkańcom nie tylko dopływ kluczowych danych dotyczących pogody i sytuacji w interiorze, ale również bezprzewodowy internet.
Znikający prezydent, znikające miliardy
Potencjał zatem jest. - W tym przypadku nowe liczby tylko potwierdzają, że to kolos na skalę kontynentu - skwitował lakonicznie przedstawione w kwietniu dane brytyjski "The Economist".
Ale przyszłość nie rysuje się wcale w tak różowych barwach, jak chciałaby to przedstawiać Abudża. Nigeryjczycy nadal są społeczeństwem biednym: nawet jeśli dochód per capita zgodnie z nowymi wyliczeniami wzrósł o kilkadziesiąt procent, do 2700 dol., to obywatele RPA wciąż są dwakroć bogatsi. Bezrobocie ciągle jest dwucyfrowe - jak wysokie, dokładnie nie wiadomo, ze względu na fakt, że wiele obszarów kraju pozostaje poza zasięgiem statystyków ze stolicy. Wspomniany wyżej przyrost demograficzny może je wyłącznie pogorszyć, bo nie nadąża za nim rozwój infrastruktury - od dróg począwszy, na liniach elektrycznych skończywszy. Do tego można dołożyć skomplikowaną mozaikę etniczną i religijną, na którą składa się pół tysiąca plemion i grup, dominujący na północy islam (a na południu - chrześcijaństwo), a dodatkowo tradycyjne religie wyznawane choćby przez jedne z najliczniejszych nigeryjskich ludów, plemiona Igbo i Yoruba.
Nie lepiej jest w dynamicznie rozwijającej się milionowej Abudży. Panująca tu kultura polityczna może odstraszać większość potencjalnych inwestorów. Co prawda prezydent Goodluck Jonathan nie ma tendencji do znikania bez wieści - a to przydarzyło się jego poprzednikowi Umaru Yar’Adui, który na przełomie 2009 i 2010 r. nagle opuścił pałac prezydencki i udał się w nieznanym kierunku. Chaos, jaki wówczas zapanował - z kryzysem konstytucyjnym włącznie oraz podejrzeniami o zamach stanu i rozgrywki w elicie władzy - udało się opanować dopiero po kilku miesiącach, kiedy ujawniono, że Yar’Adua leczy się w jednej z saudyjskich klinik. Wiosną 2010 r. prezydent wrócił do ojczyzny w równie konfidencjonalny sposób: ówczesny wiceprezydent - Goodluck Jonathan - nie wiedział nawet, że pryncypał zakończył kurację i wylądował w Abudży. Nigeryjska, nomen omen, telenowela dobiegła smutnego końca kilka tygodni później, kiedy Yar’Adua zmarł, a na stanowisku zastąpił go Jonathan.
Ta swoista nonszalancja nie ogranicza się wyłącznie do pałacu prezydenckiego. Kilka miesięcy temu szef banku centralnego Lamido Sanusi ujawnił, że z państwowej kasy wyparowało - bagatela - 20 mld dol. Szanowany przez międzynarodową finansjerę Sanusi nie ukrywał, że winni zniknięcia pieniędzy zasiadają we władzach państwowej spółki naftowej. - Prawda jest taka, że ktokolwiek rzuca wyzwanie branży naftowej w tym kraju, uderza w serce siatki powiązań, która kontroluje to państwo - skarżył się bankier na antenie stacji BBC. - I musi być gotowy ponieść konsekwencje - dodał posępnie. Zapewne miał rację, bo Goodluck Jonathan niezwłocznie je wyciągnął: zdymisjonował Sanusiego.
Te same prawidła obowiązują w skali mikro: pobór podatków kuleje, ostatnie przepisanie danych pokazało, że pod tym względem sytuacja jest nawet gorsza, niż wcześniej oceniano. Rozrasta się za to biurokracja, a każdy szczebel prowadzenia biznesu - od dostępu do portów, przez własność gruntów, po relacje ze sporą częścią miejscowych partnerów - przypomina drogę przez mękę. Tyle że to nie zraża międzynarodowych koncernów. Nigeryjska komisja ds. promocji inwestycji wymienia w swoim zestawieniu siedemnaście gigantów branży naftowej obecnych w kraju, m.in. firmy: Shell (od 1937 r.), Mobil (od 1955 r.), Elf (od 1962 r.) czy Statoil (od 1992 r.). Na miejscowym rynku obecne są sieci supermarketów Shoprite, koncerny spożywcze Nestle i Cadbury, firma farmaceutyczna GlaxoSmithKline czy producent napojów SABMiller.
Dwa lata temu w nigeryjskie złoża zainwestował około 600 mln dol. również polski potentat Jan Kulczyk. I nie ukrywa on, że to dopiero początek, zwłaszcza że interesy wydają się kwitnąć: pod koniec ubiegłego roku miejscowe władze uhonorowały go tytułem "Przyjaciela Nigerii", podkreślając w ten sposób wkład Polaka w rozwój nigeryjskiej gospodarki. Ten odwdzięczył się tym samym. - Żeby były sukcesy w biznesie, musi być miłość, pasja, fascynacja, ale też zrozumienie i przyjaźń. Jeżeli nie mam w danym miejscu zaufanych partnerów i zaufanych przyjaciół, to tam nie inwestuję - dowodził biznesmen na okolicznościowej ceremonii. Tych najwyraźniej nie brakuje. - Przygotowujemy jeszcze dwa potężne projekty, niestety, nie mogę zdradzić w tej chwili szczegółów. Mówię o faktach, nie marzeniach - dorzucił.
Trudno o lepsze potwierdzenie, że "da się". - Zachodnie koncerny pokazują, że można tam prosperować - przekonują publicyści "The Economist". - Byleby pamiętać, że to nie jest miejsce dla strachliwych - kwitują.
Prawda jest taka, że ktokolwiek rzuca wyzwanie branży naftowej w tym kraju, uderza w serce siatki powiązań, która kontroluje to państwo - skarżył się szef banku centralnego na antenie BBC. - I musi być gotowy ponieść konsekwencje - dodał posępnie. Zapewne miał rację, bo Goodluck Jonathan niezwłocznie je wyciągnął: zdymisjonował go
@RY1@i02/2014/094/i02.2014.094.000001600.803.jpg@RY2@
ap
Mariusz Janik
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu