Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Kiedyś pokolenie Golfa. Dziś dżihadyści spod znaku 4M

28 czerwca 2018

Opinia

Już kolejnego dnia po zamachach Państwa Islamskiego na Paryż minister spraw wewnętrznych Niemiec Thomas de Maiziere pomiędzy kondolencjami i wyrazami współczucia dla Francuzów stwierdził wprost: "Niemcy są na celowniku terrorystów". Nie był to rytualny frazes podkreślający wspólnotę cierpienia. De Maiziere doskonale zdaje sobie sprawę, że bomby i strzały w Paryżu mogą być spustem, który uruchomi zradykalizowanych islamistów w Niemczech.

O tym, jaki potencjał i gotowość walki drzemie w środowisku muzułmańskich ekstremistów w Niemczech, świadczy liczba tych, którzy walczą w szeregach Państwa Islamskiego. Od 2012 r. ok. 720 młodych muzułmanów wyjechało z Niemiec do Syrii i Iraku. Jest to liczba oficjalna podawana przez Urząd Ochrony Konstytucji (BfV), odpowiednik polskiego ABW. Faktyczna liczba dżihadystów z Niemiec nie jest znana. Jak przyznają służby, rzeczywista liczba ochotników może być znacznie wyższa, a tendencja w tym aspekcie pozostaje wzrostowa. Do tej pory w Syrii i Iraku zginęło ok. 85 dżihadystów z Niemiec, a ok. 230 wróciło do RFN. O 50 spośród nich wiadomo, że mają doświadczenie bojowe. Radykałowie z Niemiec to w 89 proc. mężczyźni. Większość osób, które zdecydowały się na wyjazd, mieści się w przedziale wiekowym między 15 a 25 lat. Więcej niż połowa ochotników urodziła się w RFN, a 60 proc. posiada niemieckie obywatelstwo. Konwertyci stanowią 12 proc. z całej liczby. Niemieckie służby nazywają profil typowego dżihadysty z RFN "4M" - od czterech cech, które są dla niego charakterystyczne i po niemiecku zaczynają się na literę "m": muslimisch (muzułmanie), maennlich (płci męskiej), Migrationshintergrund (pochodzący z rodzin imigranckich), Misserfolg (nieradzący sobie w życiu).

Jednocześnie niemal wszyscy bojownicy pochodzący z Niemiec byli związani ze środowiskiem salafitów (tak samo zresztą jak wszystkie zidentyfikowane dotychczas w RFN muzułmańskie komórki terrorystyczne). Tych kilkaset osób oraz salafickie środowisko, z którego się wywodzą, są uważane przez BfV za jedno z największych zagrożeń dla bezpieczeństwa wewnętrznego RFN. Mimo że nie udało im się dotychczas dokonać zamachu na taką skalę jak w Madrycie czy Londynie, to po 2001 r. udaremnionych zostało jednak siedem analogicznych prób. A jedyna, która się powiodła - 2 marca 2011 r. we Frankfurcie nad Menem - kosztowała życie dwóch amerykańskich żołnierzy.

Wyjazdy młodych muzułmanów z Niemiec w rejony konfliktu z zamiarem pomocy dla "braci w wierze" nie są zjawiskiem nowym. Po zamachach z 11 września 2001 r. media wciąż informowały o obywatelach RFN szkolących się w obozach talibów w Afganistanie i Pakistanie oraz walczących z siłami ISAF pod Hindukuszem. Dla Niemców uosobieniem dżihadystów z sąsiedztwa stali się bracia Yassin i Mounir Chouka - obywatele Niemiec marokańskiego pochodzenia, którzy przedostali się do Afganistanu, przyłączyli się w prowincji Kunduz do oddziału bojowników podporządkowanego Islamskiemu Ruchowi Uzbekistanu i walczyli m.in. przeciwko żołnierzom kontyngentu Bundeswehry. "Abu Ibrahim" i "Abu Adam" znani byli jednak głównie z krótkich filmików propagandowych, w których nawoływali muzułmanów w Niemczech do dokonywania zamachów i zapraszali ich do wspólnej walki z "niewiernymi" w Afganistanie i Pakistanie. Mimo sporej uwagi, jaką media poświęcały rodzeństwu pochodzącemu z Bonn, ilościowo było to jednak wciąż zjawisko marginalne. Od początku interwencji na wojnę w Afganistanie wyjechało ok. 100 mieszkańców RFN (wliczając w to żony i dzieci).

Notabene niemieckie służby nie traktowały raczej tych wyjazdów jako potencjalnego zagrożenia dla RFN. Dostrzegały natomiast korzyści wynikające z pozbycia się radykalnych islamistów z kraju. W związku z tym przymykały oko na podróżujących dżihadystów. Albo wręcz ułatwiały im podróż. Ujawnił to w październiku 2014 r. Ludwig Schierghofer z bawarskiego Landowego Urzędu Kryminalnego (LKA). Powołał się przy tym na tajną instrukcję federalnego MSW z maja 2009 r. Logika tego podejścia była następująca: jeśli mamy do czynienia z radykalnym islamistą, który jest gotów dokonać zamachu na terytorium RFN, to lepiej pozbyć się go z kraju. Postępowano zgodnie z tym założeniem do jesieni 2013 r. Wtedy stało się już oczywiste, że głównym celem dżihadystów z Niemiec nie jest Afganistan, tylko Syria. Natomiast liczba wyjeżdżających doprowadziła do nieuniknionej konkluzji, że ryzyko, jakie mogą stanowić wracający bojownicy, którzy zdobyli doświadczenie w walce, przeważa korzyści wynikające z ich tymczasowej nieobecności na terytorium RFN.

Niemieckie służby zdają sobie jednak sprawę, że największym zagrożeniem nie są ci, którzy wrócili z Syrii (część z nich jest zresztą rozczarowana Państwem Islamskim) i przebywają pod stałym nadzorem BfV. Ani tym bardziej migranci uciekający obecnie z Bliskiego Wschodu przed wojną, lecz miejscowi salafici nieobecni jeszcze w kartotekach policji. Obecnie według szacunków na terytorium RFN mieszka ok. 7 tys. zwolenników "źródłowego" islamu - salafizmu - i jest on najbardziej dynamicznie rozwijającą się ekstremistyczną ideologią (w 2011 r. było ich zaledwie 3800). I chociaż, jak mówił w 2011 r. ówczesny szef Urzędu Ochrony Konstytucji Heinz Fromm: "Nie każdy salafita jest terrorystą", to "prawie każdy terrorysta, którego znamy, jest salafitą lub utrzymuje z nimi kontakty". Są oni zatem nie tylko grupą ryzyka, której członkowie najłatwiej się radykalizują. Stanowią przede wszystkim konspiracyjne zaplecze, bez którego dokonanie zamachów jest niemożliwe. Dlaczego mikroskopijne w skali Niemiec środowisko wywołuje taki ból głowy u służb? Właśnie m.in. ze względu na niską liczebność. Sprawia to, że infiltracja środowiska jest trudna. Dodatkowo więzy łączące członków salafickich wspólnot są znacznie mocniejsze niż np. neonazistowskich "ferajnów" - salafici zastępują swoim "braciom" rodziny, psychologów i przyjaciół. Nie bez znaczenia jest też to, że salafizm (czy raczej pewien zewnętrzny styl, z którym się kojarzy) jest coraz bardziej modny wśród młodych muzułmanów, prowadzi do wzrostu sympatii dla tego środowiska i wręcz powstania popkultury młodzieżowej zwanej turbodżihadem.

W takiej sytuacji przedstawiciele służb bezpieczeństwa pytani o to, czy są w stanie zapobiec zamachom w Niemczech, zapewniają, że mają sytuację pod kontrolą. Jednak już w drugim zdaniu dodają, że są na granicy mocy przerobowych. A kryzys migracyjny wcale nie pomaga, ponieważ wiąże spore siły.

* Autor przedstawia opinie prywatne, a nie reprezentuje oficjalne stanowisko OSW

@RY1@i02/2015/224/i02.2015.224.000000600.802.jpg@RY2@

Artur Ciechanowicz

analityk działu niemieckiego Ośrodka Studiów Wschodnich

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.