Portugalia, kraj wolny od populizmu
Zawrotnie wysokie bezrobocie, spadek dochodów, nieustanne zaciskanie pasa. Do tego korupcja wśród polityków. Mimo tego wszystkiego ugrupowania radykalne i antysystemowe nie rosną w siłę, choć ludzie wychodzą na ulice
Choć rząd Portugalii od czterech lat prowadzi politykę oszczędnościową, której ubocznym efektem jest znaczne zubożenie społeczeństwa, w kraju nie zyskuje poparcia żadna partia protestu. Już sam ten fakt czyni Portugalię wyjątkiem wśród państw strefy euro dotkniętych kryzysem. Co więcej, rządząca centroprawicowa koalicja ma szanse po zaplanowanych na jesień wyborach utrzymać się u władzy.
Przesłanek wskazujących na to, że i w Portugalii powinien powstać miejscowy odpowiednik greckiej Syrizy czy hiszpańskiego Podemos, jest mnóstwo. W 2011 r. kraj musiał się ratować przed bankructwem za pomocą unijnego bailoutu, ale jego efektem było wdrożenie w życie przez rząd Pedra Passosa Coelho ostrego programu oszczędnościowego. Przyniósł on wprawdzie efekty, bo zeszły rok był pierwszym po trzech latach recesji, który portugalska gospodarka zakończyła ze wzrostem PKB, ale ceną tej polityki był spadek poziomu życia. Portugalski PKB liczony w cenach stałych jest dziś o prawie 10 proc. mniejszy niż przed kryzysem, zaś w przeliczeniu na mieszkańca jest niższy o 800 euro niż w roku 2008. Podobnie jak w innych krajach bailoutowych drastycznie wzrosło bezrobocie - z 7,5 proc. w 2008 r. do 16,2 proc. w najtrudniejszym roku 2013. Na koniec zeszłego wynosiło ono 13,9 proc., co jednak i tak było trzecim najgorszym wynikiem w Unii Europejskiej - po Grecji i Hiszpanii. Szczególnie dramatyczna jest sytuacja młodych ludzi - w grupie do 35 lat pracy nie ma co trzeci Portugalczyk. Na dodatek okazało się, że portugalską politykę trawi korupcja, czego najbardziej wymownym dowodem jest skazanie na karę więzienia - i to bezwzględnego - poprzedniego premiera, socjalisty Jose Socratesa.
Tego typu czynniki wystarczyły w innych krajach, by powstały lub mocno zyskały na popularności różnego rodzaju ugrupowania antysystemowe. W Grecji jest to radykalnie lewicowa Syriza, która w styczniu wygrała wybory i przejęła władzę, w Hiszpanii, obok mającego podobny program ugrupowania Podemos, jest także nowy ruch Ciudadanos, który wprawdzie określa się jako centrum, ale jest zarazem przeciwnikiem dotychczasowego dwupartyjnego systemu władzy, we Włoszech - Ruch Pięciu Gwiazd założony przez komika Beppe Grillo. We Francji rolę antysystemowego ugrupowania przejął prawicowy Front Narodowy, zaś w Irlandii na protestach przeciw polityce oszczędnościowej zyskuje poparcie istniejąca od wielu lat partia Sinn Fein.
Tymczasem w Portugalii niczego takiego nie ma. Owszem, gdy rząd Coelho rozpoczynał reformy i oszczędności (m.in. zmniejszył zatrudnienie i wynagrodzenia w sferze budżetowej i zliberalizował prawo pracy), na ulicach Lizbony czy Porto odbywały się wielotysięczne demonstracje przeciwko tym zmianom, ale nie przełożyły się one na powstanie żadnego liczącego się nowego ruchu politycznego czy wzrost popularności istniejących już ugrupowań radykalnych. Według czterech przeprowadzonych od początku maja sondaży przedwyborczych opozycyjna Partia Socjalistyczna ma nad centroprawicową koalicją przewagę - w zależności od ośrodka prowadzącego badanie - albo 3-4 pkt proc., albo niespełna jednego. Ale w żadnym wypadku nie można jednak nazwać socjalistów partią protestu. Brak takiej jest tym dziwniejszy, że w sąsiedniej Hiszpanii zapewne odniosą one spory sukces w grudniowych wyborach, a oba kraje łączy znacznie więcej niż bliskość geograficzno-kulturowa - w obu autorytarne rządy skończyły się w tym samym czasie, w obu istnieje od tego czasu w miarę stały układ polityczny i oba w tym samym czasie dotknięte zostały kryzysem (Hiszpania w odróżnieniu od Portugalii nie musiała korzystać z bailoutu, ale za to bezrobocie jest tam jeszcze większe).
Na dodatek, o ile w rozmowach z Grecją nie dojdzie do katastrofy, która rozleje się na inne kraje strefy euro, nic nie wskazuje, by do czasu zaplanowanych na przełom września i października wyborów taka nowa siła miała się pojawić. Rząd w każdym razie robi wszystko, by jak najbardziej zdystansować się od Grecji, a ewentualne bankructwo tego kraju nie uderzyło rykoszetem w Lizbonę. Podczas gdy Grecja przesunęła na koniec miesiąca raty od pożyczki, które musi oddać Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu, Portugalia zrobiła w zeszłym tygodniu rzecz odwrotną - poinformowała, że zamierza zapłacić 2,2 mld euro przed terminem. - Porównywanie nas z innym krajem w Europie, który zamiast oddawać do MFW pieniądze na czas, spóźnia się z tym, nie jest właściwe. Unijne zasady odnoszą się do wszystkich. Grecy zgodzili się ich przestrzegać - mówiła przy okazji portugalska minister finansów Maria Luis Albuquerque.
A trzeba pamiętać, że Portugalia już w marcu oddała przed czasem funduszowi 6,6 mld euro, a przede wszystkim, że już w zeszłym roku wyszła z programu pomocowego. - Nasz kraj jest dobrze zabezpieczony przed ewentualną niestabilnością związaną z możliwym mniej pozytywnym zakończeniem negocjacji z Grecją - zapewniał na początku czerwca Pedro Passos Coelho. Analitycy nie do końca podzielają ten optymizm, bo w przypadku bankructwa Grecji na pewno trochę się to odbije na innych krajach, ale nie znaczy to, że od razu muszą one podzielić los Aten, a poza tym zanim ewentualne problemy przełożą się na jakieś znaczące zmiany na portugalskiej scenie politycznej, minie jeszcze sporo czasu. Jeśli w ogóle one nastąpią.
Ich PKB jest dziś o prawie 10 proc. niższy niż przed kryzysem
@RY1@i02/2015/113/i02.2015.113.000001300.803.jpg@RY2@
Portugalia wychodzi z kryzysu
Bartłomiej Niedziński
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu