Czas gniewu. Świat wyszedł na ulicę
J u ż dawno nie mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której protestowaliby jednocześnie mieszkańcy tak wielu krajów. Takiej fali świat nie widział od czasów kryzysu finansowego w latach 2007–2008. Lista zrewoltowanych państw jest długa: Algiera, Boliwia, Chile, Ekwador, Etiopia, Francja, Gwinea, Haiti, Honduras, Hongkong, Irak, Kazachstan, Katalonia, Liban, Pakistan, Sudan Południowy, Wenezuela, Wielka Brytania.
Co łączy protesty? Przede wszystkim to, że do ich wybuchu wystarczy często niewielka iskra. W Chile punktem zapalnym była podwyżka cen biletów na metro w stolicy kraju Santiago. Ekwador wybuchł przy okazji próby zniesienia dopłat do paliwa. Pretekstem dla mieszkańców Hongkongu była próba wprowadzenia przepisu umożliwiającego ekstradycję z metropolii do Chin. Hindusi wyszli na ulicę, kiedy w kraju zaczęła drożeć cebula. W Libanie czarę goryczy przelała próba wprowadzenia podatku od połączeń przez komunikatory internetowe takie jak WhatsApp.
Podatnym gruntem są: wysokie bezrobocie, rosnące koszty utrzymania, zmęczenie brakiem perspektyw, coraz głębsze nierówności i skorumpowana władza. Młoda populacja zderzająca się z kiepskimi warunkami na lokalnym rynku pracy to praktyczna gwarancja problemów, czego przykładem są Liban, Pakistan i Irak. Władze tego ostatniego z rozbrajającą szczerością przyznały, że nie były przygotowane na tak liczne roczniki wchodzące na rynek pracy.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.