Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Zamówienia publiczne

Umowy o koncesje prawie jak przetargi. Po zmianach firmy łatwiej wyręczą samorządy

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

"Tak, ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic... To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę... - mówią bohaterowie "Ziemi obiecanej" Reymonta. I wcielają słowa w czyn. Warto, by do takiej postawy zachęcać także samorządowców narzekających na pustki w gminnej czy powiatowej kasie. Zwłaszcza że są narzędzia pozwalające łączyć samorządowe czy szerzej - publiczne, środki z prywatnymi. Jedno z nich to umowa koncesji na roboty budowlane lub usługi. Oczywiście położenie stron nie jest takie samo jak w XIX-wiecznej powieści. Bo gmina czy powiat mają potrzeby, na których zaspokojenie brakuje pieniędzy, przedsiębiorca zaś rozgląda się za możliwościami zarobku.

Co więc konkretnie daje taka koncesja? Wynagrodzeniem jest w niej prawo przedsiębiorcy do eksploatacji obiektu budowlanego albo do wykonywania usługi będących przedmiotem umowy (zamawiający może, ale nie musi do tego dopłacać). Koncesjonariusz używa obiektu lub usługi w celu osiągnięcia korzyści dla siebie, a gmina ma kłopot z głowy.

Wydawałoby się więc, że warto podejmować takie działania. Jednak umowy koncesji mają wciąż marginalne znaczenie. Dotychczas, pod rządami starych regulacji, sfinalizowano ich kilkadziesiąt. Może więc nowe przepisy o umowie koncesji na roboty budowlane lub usługi staną się impulsem do zmian? Zwłaszcza że zdaniem ekspertów sporo w nich poprawiono. Zbliżono też poszczególne rozwiązania do tych, które sprawdziły się w powszechnie wykorzystywanym prawie zamówień publicznych.

Podpisana przez prezydenta ustawa w dniu, w którym oddawaliśmy tygodnik do druku, czekała już tylko na publikację. Powinna wejść w życie jeszcze przed Nowym Rokiem. Może więc w 2017 r. zamiast kolejny raz utyskiwać na brak funduszy, warto dobrze wczytać się w tę regulację i... zaryzykować. Wiem, to trudniejsze niż zaciągnięcie kolejnej pożyczki w parabanku, a nawet niż sięgnięcie po unijne środki. Trzeba bowiem przezwyciężyć niechęć lokalnej społeczności do działań faworyzujących jednego przedsiębiorcę. I przekonać mieszkańców doszukujących się w takich działaniach korupcji. A za nieumyślne błędy oberwać można też od instytucji nadzorujących.

Trzeba jednak pamiętać o korzyściach. Ryzyko działania bierze na siebie przedsiębiorca. Nie jest on kamikadze i nie zabierze się do inwestycji niedającej szans na zwrot kapitału. Uchronić może więc lokalną społeczność od postawienia wspaniałej, nietrafionej inwestycji, do której przez dziesięciolecia trzeba będzie dopłacać z naszych podatków.

Z pewnością warto przynajmniej poznać nowe przepisy i związane z tym nowe możliwości. Zachęcam do lektury.

@RY1@i02/2016/228/i02.2016.228.183000100.801.jpg@RY2@

Zofia Jóźwiak

redaktor prowadząca dział samorząd i administracja

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.