Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Samorząd terytorialny i finanse

Partycypacja: ważna edukacja, ale i praca samorządu

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 0 minut

PROBLEM Budżet partycypacyjny to swoisty wytrych. Ma mieszkańców zachęcić do zadbania o swoją lokalną społeczność. Bo może potrzebny jest plac zabaw, nowa droga przez wieś, wybieg dla niedźwiedzi w stolicy, ale też latarnia w małej gminie. To przykładowe pomysły w gminach, gdzie taki budżet się pojawił. Powstał nie wszędzie, choć doświadczenia europejskie są dobre. Np. w niemieckim Weyanr seniorom udało się, w ramach lokalnego samorządu, stworzyć Centrum Pomocy Seniorom, które nieodpłatnie udziela wsparcia w zakresie usług dla starszych osób. A w Danii i we Francji organizowano spotkania aktywizujące mieszkańców choćby w sprawach klimatycznych i ekologicznych. Ale jest i druga strona medalu. Przecież o dobru lokalnej społeczności powinien decydować samorząd. To radni, ale też włodarze powinni wiedzieć, co jest mieszkańcom potrzebne. Zdania co do budżetu partycypacyjnego są podzielone. A kwoty przeznaczane na społeczne projekty nie są duże.

Pierwsza przygoda z samorządnością

Budżet partycypacyjny to sposób na aktywizację lokalnej społeczności - mówi Oktawiusz Chrzanowski z Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych. Dodaje, że w żaden sposób nie kłóci się to z ideą samorządności. - Przeciwnie, budżety partycypacyjne są kompatybilne z zarządzaniem gminy przez rady. Samorządowcy nie zawsze wiedzą, co jest potrzebne mieszkańcom. Często zdarza się, że wybory są polityczne. Głos mieszkańców, którzy chcą rozwoju swojego miejsca zamieszkania, często ginie, zwłaszcza w dużych jednostkach samorządowych. Pierwsza przygoda z samorządnością - tak określa budżet partycypacyjny Filip Pazderski z Instytutu Spraw Publicznych.

To także działanie edukacyjne, budowanie społeczeństwa obywatelskiego. Paradoksalnie taki budżet nie jest tzw. graniem tylko na siebie, na swoją ulicę, podwórko. Jest swoistą edukacją, jak mądrze i kompleksowo rozwijać gminę, czy będzie ona wielka, czy malutka wiejska. I nie kwoty są najważniejsze. Istotne jest to, by zaangażować mieszkańców w decydowanie o kształcie, klimacie miejsca, w którym mieszkają.

- Najlepszą inspiracją i motywacją do działania są ludzie, którzy wierzą w sens partycypacji. Ważne są także przykłady przedsięwzięć, które zakończyły się sukcesem - uważa Karolina Dopieralska z Fundacji Funduszu Współpracy, partnera projektu "Decydujmy razem". A takie są choćby w Warszawie, gdzie w ramach budżetu partycypacyjnego uda się zrewitalizować wybieg dla niedźwiedzi. "Miśki" widoczne są z każdego autobusu i tramwaju jadącego w kierunku mostu Śląsko-Dąbrowskiego. Bo to przecież nie zoo. Koszt tej rewitalizacji to niespełna 200 tys.

Ludzie władzy często nie dostrzegają małych lokalnych problemów - mówi prof. Jerzy Regulski, współtwórca reformy samorządowej. - Dlatego te budżety obywatelskie są ważne. One budują demokrację. Od podstaw. Takie narzędzia przyciągają ludzi do formułowania swoich potrzeb. Może ta ławeczka w parku, latarnia czy boisko są dla ludzi najważniejsze. Przecież tutaj żyją.

Są radni... i wystarczy

Jednak nie wszyscy są zwolennikami formy dysponowania gminnymi środkami w ramach budżetów partycypacyjnych. W małych gminach zazwyczaj funduszy na budżet partycypacyjny nie ma. Radni są bliżej mieszkańców, łatwiej zauważają ich potrzeby, które potem umieszczają w budżecie inwestycyjnym gminy. - U nas cały budżet gminy jest właściwie partycypacyjny - mówi wójt gminy Komorniki Jan Broda. - Mieszkańcy zgłaszają swoje propozycje radnym, piszą listy, zostawiają informacje w urzędzie. Często przychodzą też do mnie. W ubiegłym roku przyszło np. kilku chłopaków, nastolatków. Wymyślili sobie, że dobrze byłoby, gdyby w gminie był skatepark. To tacy trochę zapaleńcy. No i wygenerowaliśmy środki z budżetu inwestycyjnego. Przecież po to jest samorząd, by reagował na potrzeby mieszkańców. Inwestycja jest w toku. Podobnie uważa Stanisław Kruszewski, burmistrz Józefowa nad Świdrem, laureat Pereł Samorządu. - Tu wszyscy mnie znają i zgłaszają pomysły w sklepie czy na ulicy - mówił. - Poza tym mieszkańcy dobrze wiedzą, kiedy się uchwala budżet miasta, i wtedy z pomysłami przychodzą do urzędu.

Można więcej

- To ludzie dzielą pieniądze, a nie pieniądze dzielą ludzi - deklarują członkowie Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej. Opowiadają się za zwiększaniem kwot na budżet partycypacyjny w kolejnych latach. W 2015 r. w stolicy było to 25 mln zł. - Może w kolejnym budżecie trzeba tę kwotę pomnożyć co najmniej przez dwa - proponują samorządowcy. I powołują się na to, że w dojrzałych demokracjach to bardzo popularne narzędzie kształtujące wizerunek małych ojczyzn. Nie musi to być nawet efekt natychmiastowy, dotyczący szczegółów tego, co ma być we wsi czy w mieście. Z danych publikowanych przez FISE wynika, że w kanadyjskim Halifax liczącym 385 tys. mieszkańców przez dwa lata wspólnie wypracowywano studium zagospodarowania przestrzennego. Autorami byli radni, ale też mieszkańcy i przedsiębiorcy.

Wieś - nie tylko fundusz sołecki

Formą budżetu partycypacyjnego są fundusze sołeckie, o których mówi ustawa z 21 lutego 2014 r. o funduszu sołeckim (Dz.U. z 2014 r. poz. 301). Gminy, które taki fundusz ustalą, mogą liczyć na dofinansowanie z budżetu państwa, w zależności od liczebności mieszkańców nawet do 30 proc. kwoty, którą samorząd przekaże na dany fundusz. Skorzystało z tego w 2013 r. 57 proc. gmin. Jednak nie wszystkie sołectwa chcą korzystać z tej formy dofinansowania. - Jest mocno obwarowana, musi zgadzać się z polityką inwestycyjną gminy i wymaga mnóstwa dokumentów. Dlatego i we wsiach pojawiła się partycypacja. Nie mamy funduszu sołeckiego. Ale mamy fundusz obywatelski, czyli tzw. partycypację - mówi Mariusz Poznański, przewodniczący Związku Gmin Wiejskich, wójt 26-tys. gminy Czerwonak pod Poznaniem. - 800 tys. zł przeznaczyliśmy na budżet partycypacyjny - mówi wójt. - Ale już dużo wcześniej w latach 90., przeznaczaliśmy i nadal przeznaczamy ok. 15-25 tys. dla sołectw i osiedli w naszej gminie. Pomysły oczywiście były i są różne. Ostatnio największe potrzeby związane są z integracją społeczną: świetlica, spotkania. Ale był też pomysł wyjazdu na grzyby. Tego ostatniego nie możemy sfinansować, bo dotyczy terenu poza naszą gminą.

@RY1@i02/2014/175/i02.2014.175.088000200.804.jpg@RY2@

Odsetek władz samorządowych deklarujących, że często:

@RY1@i02/2014/175/i02.2014.175.088000200.805.jpg@RY2@

fot. wojtek górski

Mieszkańcy warszawskiej Pragi na rewitalizację wybiegu dla niedźwiedzi przeznaczyli 200 tys. zł

Oprac. MC

Sopot był pierwszy i nadal przeciera szlaki

Rozmowa z KATARZYNĄ ALESIONEK z Biura Promocji i Komunikacji Społecznej Urzędu Miasta Sopotu, koordynatorką Sopockiego Budżetu Obywatelskiego

@RY1@i02/2014/175/i02.2014.175.088000200.806.jpg@RY2@

Fot. Jerzy Bartkowski/Fotobank.PL

Katarzyna Alesionek z Biura Promocji i Komunikacji Społecznej Urzędu Miasta Sopotu, koordynatorka Sopockiego Budżetu Obywatelskiego

Sopot jako pierwsze miasto w Polsce zdecydowało w 2011 r. o wprowadzeniu instytucji budżetu obywatelskiego. Czy ten ostatni na stałe wkomponował się w tkankę miasta?

Zdecydowanie tak. Niezwykle korzystnie wpływa na budowanie świadomości obywatelskiej. To jest ciekawy mechanizm. Gdy mieszkaniec sam zgłosi jakąś inicjatywę, która następnie jest przegłosowana i przyjęta do realizacji, to zauważamy, że uczy się doceniać dobro publiczne. Sprzyja to obywatelskiemu dbaniu o to, żeby chodnik był czysty, a plac zabaw zadbany. Jeżeli dzieje się cokolwiek niedobrego, np. z ławkami postawionymi w parku, mieszkańcy szybko informują o tym odpowiednie służby, bo mają świadomość, że oni też uczestniczyli w kreowaniu danego projektu. To nas najbardziej cieszy.

Jaka jest recepta na sukces w tworzeniu budżetu obywatelskiego?

Liczy się przede wszystkim kontakt z mieszkańcami. Trzeba im dawać poczucie, że mają wpływ na rozwój tej inicjatywy, że ich projekt nie jest odłożony na półkę. Ważne jest raportowanie, co dzieje się z projektem. W internecie zamieszczamy informacje, które inicjatywy zostały już wykonane, a które na to czekają. Nawet jeżeli projekt został zweryfikowany negatywnie, to podajemy pełną informację, dlaczego został niekorzystnie oceniony. Po kilku latach nauczyliśmy się, że warto mieszkańców zapraszać do etapu realizacji. Kiedy np. zarząd dróg i zieleni ma już gotowy projekt na wykonanie chodnika wybranego do sfinansowania w ramach budżetu obywatelskiego, to zaprasza mieszkańca, który zgłosił pomysł, żeby zapytać go, czy dokładnie o to chodziło. Komunikacja jest najważniejsza i ona pozwala dostosować budżet obywatelski do tego, czego oczekują mieszkańcy.

Czy miasto modyfikowało mechanizmy budżetu obywatelskiego?

Tak. Najpierw nastawialiśmy się na prowadzenie akcji informacyjnej, w ramach której wyjaśnialiśmy, czym w ogóle jest budżet partycypacyjny. Teraz jesteśmy na takim etapie, że nie musimy tłumaczyć podstaw. Możemy więc skupić się, jak rozwijać instytucję budżetu. W tym roku uprościliśmy głosowanie internetowe przez stworzenie aplikacji mobilnej, a także wdrożyliśmy konsultacje z ekspertami. Mieszkaniec, który miał pomysł, mógł z nim przyjść do konkretnego urzędnika czy pracownika miejskich jednostek organizacyjnych z pytaniem, czy dana inicjatywa miałaby w ogóle sens, choćby od strony technicznej. Dzięki temu, gdy projekt jest formalnie zgłaszany do sfinansowania w ramach budżetu partycypacyjnego, jest dopracowany.

Ale efektywniej wydaje się pieniądze, gdy działania są skoordynowane i prowadzone na większą skalę.

Mamy w Sopocie mechanizmy zabezpieczające przed nieracjonalnym wydawaniem publicznych pieniędzy. Chodzi przede wszystkim o wieloletnie plany inwestycyjne, których się trzymamy. Na etapie weryfikacji wniosków urzędnicy nie dopuszczają do realizacji tych, które zaburzałyby wspomniane plany. Na przykład gdy wniosek dotyczy remontu nawierzchni, a w planach w ciągu najbliższych lat zakładamy wymianę instalacji wodno-kanalizacyjnej pod tą ulicą, odrzucamy wniosek, wyjaśniając mieszkańcom powód odrzucenia.

Jakich zmian wymaga jeszcze budżet partycypacyjny?

Zastanawiamy się, jak mniejsze społeczności mogą zrealizować swoje projekty. Obecne zasady nieco faworyzują duże osiedla. Z racji liczby osób zamieszkujących na takich osiedlach, mogą oni łatwo przegłosować wniosek korzystny dla mieszkańców danego osiedla. Tymczasem interesy w osiedlach domków jednorodzinnych, gdzie mieszkańców jest mniej, są również ważne. Myślimy nad modelem budżetu obywatelskiego, w którym oddzieli się projekty dla dużych skupisk ludzi od tych adresowanych dla mniejszych.

Niektórzy eksperci sugerują, żeby stworzyć rozwiązania ustawowe dla budżetów partycypacyjnych. Czy rzeczywiście są potrzebne?

Uważam, że sztywne regulacje na poziomie ustawy nigdy nie będą dopasowane do specyfiki miasta, tak jak są uchwały rady gminy. Nie da się modelu, który sprawdza się w Sopocie, automatycznie przełożyć np. na Łódź czy inne większe miasto.

Rozmawiał Piotr Pieńkosz

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.