Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Referenda są za mało przejrzyste. Jest szansa, aby to zmienić

29 czerwca 2018

Obniżenie progu frekwencyjnego albo wręcz zniesienie tego wymogu pomogłoby rozwinąć demokrację na szczeblu lokalnym

Ubiegłoroczna fala referendów lokalnych ujawniła wiele problemów z przepisami, na podstawie których są organizowane. Wątpliwości pojawiły się m.in. wokół przejrzystości ich finansowania czy wyśrubowanych wymogów stawianych inicjatorom plebiscytów.

Nad zmianami pracuje zespół ds. ustrojowych przy resorcie administracji i cyfryzacji. To dopiero początek prac, ale nawet jeśli tylko część z nich znajdzie się w projekcie ustawy reformującej ustrój samorządów, zmiany mogą być rewolucyjne. Opisywany już przez nas w wydaniu z 22 kwietnia br. pomysł obowiązkowych referendów przed każdą wielką inwestycją planowaną przez gminę to - jak się okazuje - element większej układanki. Pomysłów jest bowiem dużo więcej.

Jedna z propozycji, która według naszych ustaleń ma spore szanse na realizację, dotyczy wprowadzenia zasady jawności finansowania referendum lokalnego. Z takim postulatem wyszli członkowie zespołu reprezentujący Instytut Spraw Publicznych. Chodzi m.in. o to, by z wpływów i wydatków związanych z referendum sporządzane było sprawozdanie finansowe. O ile przy kampaniach wyborczych jasno trzeba wskazać źródła finansowania i są obostrzenia (np. zakaz wpłat gotówkowych czy anonimowych darowizn), o tyle przy referendach lokalnych takich ograniczeń nie ma. Nie ma nawet limitów wydatków. "Można przypuszczać, że ustawodawcy [...] przyświecała chęć nieutrudniania za bardzo działalności nieformalnych grup, które często inicjują referenda. Niemniej jednak w obecnej formie przepisy takie zmniejszają przejrzystość finansowania kampanii referendalnej, a więc tym samym utrudniają głosującym ocenę, kto i dlaczego wspiera finansowo dane referendum" - czytamy argumentację ISP.

Kolejne rewolucyjne pomysły dotyczą ustalenia na nowo progów. Jeden dotyczy zniesienia wymogu frekwencji. To wniosek płynący z referendum odwoławczego przeprowadzonego w Warszawie w 2013 r. "Aby pozostać na swoim stanowisku, w przypadku braku progu frekwencyjnego prezydent m.st. Warszawy musiałaby przekonać do zagłosowania przeciwko jej odwołaniu tyle samo osób, ile zagłosowało za jej odwołaniem, czyli 322 017. Tymczasem przy ustawowym wymogu 3/5 frekwencji z ostatnich wyborów, zważywszy liczbę oddanych głosów w 2010 r. na poziomie 649 049, Hannie Gronkiewicz-Waltz wystarczyło dysponować poparciem 2/5 + 1 głosujących w 2010 r., czyli 259 620 osób. Oznacza to, że głos nieoddany miał wartość 1,31 głosu oddanego przeciw odwołaniu (322 017/259 620)" - argumentują pomysłodawcy z Instytutu Spraw Obywatelskich. Inny pomysł dotyczy zróżnicowania progów w zależności od rodzaju referendum. Warunkiem przeprowadzenia referendum merytorycznego powinno być zebranie o połowę mniej podpisów wymaganych pod wnioskiem o referendum odwoławcze (obecnie oba rodzaje referendów wymagają zebrania 10 proc.).

Doktor Rafał Chwedoruk, politolog z UW, do propozycji podchodzi ostrożnie. - Mimo fali referendów przed ubiegłorocznymi wyborami lokalnymi jeszcze nie jesteśmy na etapie, w którym ta forma demokracji bezpośredniej działa paraliżująco na władze gminne. Lepiej rozwijać inne formy partycypacji obywateli, niekoniecznie robiąc to w sposób rewolucyjny - wskazuje ekspert.

Tomasz Żółciak

tomasz.zolciak@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.