Rozmowa o budżecie obywatelskim została sprowadzona do procentów
Patryk Słowicki: Budżet partycypacyjny powinien być pierwszym krokiem do rzeczywistego włączenia obywateli w partycypację i refleksję nad całym budżetem gminy
Jak pan ocenia funkcjonowanie budżetów partycypacyjnych?
Moje doświadczenia ograniczają się do budżetu warszawskiego, sytuację z innych miejscowości znam tylko ze słyszenia. Budżet partycypacyjny dla wielu osób na pewno był okazją do przyjrzenia się temu, jak funkcjonuje miejska machina wydająca nasze wspólne pieniądze – jakie ma ograniczenia, problemy, a często absurdy i dysfunkcje.
A więc jakie? Co według pana jest najbardziej niedorzeczne?
Zrealizowanie przegłosowanego projektu postawienia kilkunastu koszy na śmieci wymaga spotkania na szczycie dwóch ważnych dyrektorów. Przesunięcie w projekcie jednego kosza na śmieci o pięć metrów – rzekomo nowelizacji budżetu Warszawy. Pieniądze na posadzenie drzewa za 1500 zł są, ale 200 zł na jego podlewanie w kolejnym roku, żeby się przyjęło – już nie ma. Na betonowym, nagrzanym placu nie można posadzić paru drzew, bo beton położono pięć lat temu i jeszcze się „nie zwrócił”. To parę przykładów tylko z moich projektów, i to w większości zakończonych sukcesem. Lista ułożona przez innych wnioskodawców byłaby dużo barwniejsza.
Podziela pan pogląd, że przy składaniu projektów i ich realizacji jest zbyt dużo biurokracji, w efekcie czego wiele sensownych pomysłów przepada, a te wykonywane okazują się zbyt drogie?
Zgłoszenie projektu jest stosunkowo proste, a formularze nie są zbyt skomplikowane. Jednak w praktyce to, co stanie się z trudniejszym projektem, w dużej mierze zależy od podejścia konkretnej komórki urzędu. Można odnieść wrażenie, że niektóre projekty odpadają tylko dlatego, że nie są zgodne z wizją konkretnego urzędnika, który ma wpływ na akceptację projektu i zatwierdzenie go pod względem formalnym, czyli dopuszczenie do głosowania. Spora liczba odrzuconych pomysłów skutkuje tym, że mieszkańcy mają mniejszą chęć na zaangażowania się w kolejnych latach. Niektórzy mówią wprost: po co mamy coś proponować, skoro urzędnicy to z góry skreślą?
Czy urzędnicy zmieniają projekty mieszkańców, czy wykonują je tak, jak wynikało to z przedstawionego pierwotnie przez obywateli założenia?
Większość jest realizowana zgodnie z pierwotnym planem. Jednak w Warszawie wciąż są projekty z pierwszej edycji (rok budżetowy 2015), które do dziś nie zostały zrealizowane i są zawieszone. Z innych władze się wycofywały, argumentując to ich kontrowersyjnością. Zmienianie projektów bez uzgodnienia tego z ich z autorami to też nierzadka praktyka. Ewidentnie brak jest instytucji sprawującej z ramienia prezydenta miasta nadzór nad tym procesem. Jest to niestety przyczyna zmniejszająca zaangażowanie mieszkańców w kolejne edycje.
Uważa pan, że powinna być określona minimalna suma, jaką gmina ma przeznaczać na budżet partycypacyjny?
W Polsce rozmowa o budżecie obywatelskim została sprowadzona do procentów i głosowań. Nazwa „budżet obywatelski” dla wielu włodarzy stała się pretekstem do powiedzenia – „obywatelski jest ten ułamek procenta, a ponad 99 proc. budżetu gminy to budżet prezydenta i radnych, niech mieszkańcy się tym nie zajmują”. Dlatego lepsza jest trudna nazwa „budżet partycypacyjny”, bo podkreśla, że o tej części budżetu miasta obywatele współdecydują w sposób „partycypacyjny”, a nie – że tylko ta część jest „obywatelska”.
Budżet partycypacyjny – będący już standardem w większych polskich miastach – powinien być pierwszym krokiem do rzeczywistego włączenia aktywnych obywateli w partycypację i refleksję nad całym budżetem gminy. Inaczej stanie się zasłoną dymną przesłaniającą obywatelom funkcjonowanie całości finansów danej gminy. A obecnie nawet radni często dostają dokumenty dotyczące uchwały budżetowej przedstawione w taki sposób, że nie są np. w stanie się zorientować, jakich zasadniczych zmian dokonał prezydent czy burmistrz w porównaniu z budżetem z poprzedniego roku. Nie ma też przejrzystego określenia, dlaczego na listę inwestycji trafiają np. remonty konkretnych ulic (gdy inne w okolicy są w dużo gorszym stanie). Kluczem do rzeczywistej partycypacji jest rzeczywista transparentność całych finansów gminy w formie przystępnej dla obywateli.
Zgodnie z nową ustawą budżet obywatelski jest „szczególną formą konsultacji społecznych”. Czy nie powinien być po prostu elementem procesu decydowania o wydatkowaniu środków?
Mowa jest o konsultacjach, ale jednocześnie ustawa zobowiązuje radę gminy do wpisania wybranych projektów do uchwały budżetowej i zakazuje ich usuwania lub istotnego zmieniania. Jednak tą ustawą w gruncie rzeczy wyważono otwarte drzwi. Ograniczono obowiązek budżetów do miast na prawach powiatów, gdzie w większości wypadków taki mechanizm już obowiązuje od paru lat. Być może zamiast tego trzeba było wykonać śmielszy krok – czyli wprowadzenie budżetu partycypacyjnego także w mniejszych gminach.
Wprowadzenie obowiązku głosowania nad projektami to ograniczenie ryzyka patologii czy może dodatkowy wymóg formalny, z którego niewiele dobrego wynika?
Z jednej strony głosowanie wydaje się dość przejrzystym sposobem podjęcia decyzji, z drugiej może prowadzić do prostego plebiscytu, bez refleksji nad rzeczywistymi potrzebami gminy. Dlatego niektóre gminy poszły w innym kierunku – uzgadniania przez mieszkańców w poszczególnych rejonach miasta, które projekty są najbardziej potrzebne i najpilniejsze. Na przykład w Gorzowie Wielkopolskim udało się ostatnio tak wybrać projekty w 9 z 10 rejonów. Warto też pamiętać, że w wielu gminach to głosowanie stało się patologią – łącznie z tym, że kontrolę nad systemem informatycznym do głosowania oddaje się firmom zewnętrznym bez żadnego nadzoru, a wyniki są podważane lub wręcz unieważniane z powodu oczywistych nieprawidłowości.
Jakie widzi pan jeszcze zagrożenia w związku z tą ustawą i ujednoliceniem zasad pracy nad budżetem partycypacyjnym?
Wydaje się, że cały czas jesteśmy na dość wczesnym etapie rozwoju budżetu partycypacyjnego. Warto dać szansę rozwoju różnym jego modelom. Tymczasem wiele gmin może uznać, że przepisy ustawowe to minimum, poza które nie wychodzimy. Widać to już w Warszawie, gdzie władze wycofują się z możliwości zgłaszania projektów na najniższym szczeblu (subdzielnicowym), zostawiając tylko zapisane w ustawie szczeble dzielnicowy i miejski. Czyli to, co było dla wielu mieszkańców najprostsze i zachęcało ich do uczestnictwa – poprawianie swojej najbliższej okolicy, nagle znika. Dlatego trzeba pamiętać, że poza ustawowym minimum cały czas obowiązuje art. 5a ust. 1 ustawy o samorządzie gminnym, dotyczący ogólnie konsultacji społecznych w bardzo różnych formach. Daje on gminom duże możliwości aktywizowania obywateli i partycypacji mieszkańców w zarządzaniu gminą, z których powinno się korzystać, nie ograniczając się do wąsko pojmowanego budżetu obywatelskiego.©℗
fot. Wojtek Górski
Patryk Słowicki Stowarzyszenie Ochocianie
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu