Dla inwestorów najważniejsze jest bezpieczeństwo
Zygmunt Frankiewicz: Duże podmioty działają pod ogromną presją czasową i organizacyjną. Nie mogą pozwolić sobie na niespełnienie założeń i niewywiązanie się z terminów. Inaczej posypią się głowy menedżerów
Gliwice są w tej chwili jednym z najprężniej działających ośrodków. Czy możecie być przykładem dla innych samorządów, które chciałyby zamienić swój grunt w biznesowo-inwestycyjne eldorado?
W tej chwili nie musimy się już za bardzo męczyć, żeby mieć konkretnych inwestorów. Sami przychodzą. Ale nie zawsze tak było. Dwadzieścia lat temu spośród 10 największych miast w Katowickiem zajmowaliśmy niechlubne dziewiąte miejsce pod względem dochodów na jednego mieszkańca. Był to punkt zwrotny. Uznaliśmy, że z tego impasu może nas wyrwać tylko duża, strategiczna dla miasta inwestycja. W końcu udało się zainteresować naszą ofertą GM Opel.
Jakie bariery napotkaliście w tym czasie?
Byliśmy niesamowicie krytykowani. Zarzuty ogniskowały się wokół tego, że wydajemy nasze – i tak przecież wątłe – środki na zbrojenie terenów. A było to 70 mln zł w 1998 r. Jeszcze w 2002 r. kampania wyborcza opozycji była oparta na tym, że wspieramy „kapitalistów z Zachodu”. Ale bez niepopularnych decyzji nie ma postępu.
A teraz…
Teraz nasza strefa – w sumie ponad 400 ha – jest pełna inwestycji. Wiele z nich w ostatnich latach to de facto reinwestycje, co jest dla nas jasnym sygnałem, że firmy nie chcą tego terenu opuszczać, tylko zmieniają technologie i rozbudowują zakłady. Efekt jest wymierny. Możemy się pochwalić 20 tys. miejsc pracy w nowoczesnym przemyśle. Przynosi nam to powyżej 35 mln podatku od nieruchomości rocznie. I jesteśmy jednym z najbogatszych miast powiatowych. Co ważniejsze, dochód mieszkańca Gliwic jest jednym z największych w Polsce wśród miast na prawach powiatów.
To jaki jest ten przepis na sukces?
Mamy już wyrobioną markę u inwestorów. Nawet jak cała strefa obejmująca też okoliczne miasta ma ponad tysiąc hektarów, to właśnie nasza gliwicka część ma pewną renomę. Ona też nie wzięła się znikąd. Po tylu latach wiemy już, jakie są ich oczekiwania. I wcale nie dostęp do dróg czy twarda infrastruktura jest dla nich najważniejsza.
Ale z wypowiedzi wielu samorządowców można jednak odnieść wrażenie, że bez dobrej siatki połączeń z dużą aglomeracją ani rusz.
Często małe gminy eksponują w prospektach promocyjnych to, że leży na skrzyżowaniu dróg. Ten atut wcale jednak nie sprawia, że są wymarzonymi lokalizacjami dla biznesu. Widzimy też miasta, które dobrze radzą sobie mimo braku dróg i odwrotnie, które nie umieją wykorzystać potencjału związanego z dostępem do infrastruktury.
Może łatwo to mówić Gliwicom, które są na przecięciu A1 i A4?
Jak podpisywaliśmy umowę z GM, to w Gliwicach nie było żadnej autostrady. Oczywiście nie dyskredytujmy wagi infrastruktury. Ona jest potrzebna. Ale samorządy nie powinny rozumieć jej zbyt wąsko, bo to też instytucje, obsługa inwestorów, wiele działań miękkich. Zapewniam z własnego doświadczenia, że to procentuje.
Jak przekonałby pan innych samorządowców, że to właśnie niematerialne podejście do inwestora potrafi przechylić szalę na korzyść gminy?
Podam przykład z własnego podwórka. W trakcie negocjacji z GM doszło do zawieszenia rozmów. Punktem spornym były oczywiście terminy, bo inwestorowi zawsze się spieszy. Przerwa trwała prawie dwa miesiące. GM jednak do nas wrócił. Dlaczego? Okazaliśmy się wiarygodni. Sześć innych samorządów, które firma brała pod uwagę, zapewniło, że wyrobią się na czas. Ale GM sprawdził te zapewnienia z polskimi przepisami i okazało się, że wywiązanie się z terminów było rzeczywiście niemożliwe. Sukces z GM otworzył nam wiele drzwi, bo wszyscy kolejni inwestorzy kontaktowali się później z tą firmą. To od nich czerpali informacje, jak układa się współpraca i jak inwestowanie w Gliwicach wygląda od kuchni.
Dla przedsiębiorców ważny jest także wykwalifikowany personel. W jaki sposób miasto może w tym pomóc?
Często wystarczy nawiązać kontakt z firmą i otworzyć klasy patronackie, wprowadzić kształcenie, które będzie połączeniem największych atutów szkoły i przedsiębiorstwa. Ci pierwsi zapewnią wiedzę teoretyczną, drudzy praktykę. To sytuacja, w której wszyscy wygrywają. Firma ma pracowników wykształconych pod swoje potrzeby. Młodzież ma zatrudnienie, a miasto inwestorów. To przynosi wiele niemierzalnych, ale bardzo wymiernych korzyści. Firmy, które zaczynały się u nas rozwijać jeszcze w latach 90., wprowadziły nową jakość zarządzania, dbania o bezpieczeństwo pracy, organizację produkcji. To doświadczenie przekazywano pracownikom. Wielu z nich przeszło potem do innych prac i wykorzystywali te umiejętności.
Troska o kadry, infrastruktura, dobry kontakt z firmą. Wszystko jest ważne. A jakby miał pan podać jedną, najważniejszą rzecz. Czego przedsiębiorcy potrzebują od samorządowców?
Przede wszystkim bezpieczeństwa. Pamiętajmy, że każdy z nich inwestuje ogromne i – co ważne – nie swoje pieniądze. Dla niego wszystko musi być przewidywalne, żeby nie wyszło nagle coś, czego on nie mógł sprawdzić, co zatrzyma prace. Duże podmioty działają pod ogromną presją czasową i organizacyjną. Nie mogą pozwolić sobie na niespełnienie założeń i niewywiązanie się z terminów. Inaczej posypią się głowy menedżerów. Każdy biznes to też ludzie, którzy osobiście za niego odpowiadają.
Co daje takie bezpieczeństwo?
Plany zagospodarowania przestrzennego, z którymi, jak dobrze wiemy, nie jest w Polsce najlepiej, skoro pokrywają one tylko ok. 30 proc. powierzchni całego kraju. To nasza pięta achillesowa. Musimy jednak przyznać, że uchwalanie planów jest dla samorządów trudne, bo wiąże się z wypłacaniem odszkodowań, które idą w miliony złotych. W przypadku Gliwic i GM miało to zająć pół roku. To był krytyczny warunek inwestora. Udało się.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu