Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka komunalna

Komary powodziowe. Zalane gminy będą je teraz zwalczać z ziemi i z powietrza

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Woda, która z powodziowych rozlewisk cofa się do koryt rzek, zostawia po sobie kolejną plagę - komary. Gminy, przez które przepłynęła w ostatnich tygodniach wielka fala, szacują, że na ich terenie wylęgnie się dwukrotnie więcej krwiopijnych owadów niż zwykle. Już się szykują do walki z nimi.

W podwrocławskich Siechnicach trwają właśnie gorączkowe obliczenia. Jeden komar składa 300 jaj. Z ilu wylęgną się owady rodzaju żeńskiego, a więc te kąsające? - Po powodzi mają doskonałe warunki do rozwoju, komarzyce mogą się wylegnąć nawet z 75 proc. jaj - mówi Łukasz Klęg z urzędu gminy Siechnice. To dwukrotnie więcej niż zazwyczaj. Z kolei dr Krzysztof Szpila z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, który na zlecenie miasta obserwuje liczebność owadów krwiopijnych w okolicach Torunia, szacuje, że do jesieni populacja zwiększy się kilkukrotnie. - Pierwsze pokolenie złoży po kilkaset jaj, z nich wyrosną młode, które znowu złożą po kilkaset jaj - mówi.

Dlatego część gmin walczy z plagą komarów. Wrocław wyda na ten cel 400 tys. zł. Podwrocławskie samorządy stworzyły natomiast koalicję, która ruszy na komary ze zmasowanym atakiem z powietrza i z ziemi. W okolicach Siechnic do opryskania z powietrza jest 2 tys. hektarów, a 200 hektarów przemierzą ludzie ze specjalnymi urządzeniami do rozpylania środka, który wytruje larwy i dorosłe osobniki. W gminach sąsiednich spacyfikowany zostanie podobny obszar. Koszt akcji z powietrza to 80 - 120 zł za hektar.

Operacja jest nie tylko kosztowna, lecz także precyzyjna. - Z odkomarzaniem jest jak ze skalpelem - jeśli człowiek spóźni się dwa dni, jest już po wszystkim - mówi Bogdan Łukaszewicz z wrocławskiego urzędu miejskiego. - Dlatego obserwujemy rozwój komarów, zwłaszcza w okolicach Kozanowa.

Polskie komary nie roznoszą chorób. Powodem, dla którego muszą zginąć, jest ich uciążliwość. Na szczęście z ponad czterdziestu gatunków tylko kilka pije krew ludzką i odradza się w ciągu sezonu w kilku pokoleniach.

Najgorsze to komary renne, czyli powodziowe, lęgnące się w małych jeziorkach, które pozostają po cofających się rzekach. Są mniejsze niż popularne gatunki, jednak wyjątkowo silne. Migrują po kilkanaście kilometrów, żerują nawet w dzień. Istnieją także odmiany żyjące w trawie - lęgną się w kroplach wody gromadzącej się na wysokich źdźbłach.

Akcje tępienia krwiopijców z powietrza nie są jednak stuprocentowo skuteczne. I nie wygonią komarów z przydomowych ogródków. Do tego, już bez użycia samolotu, muszą wziąść się specjaliści. - Bierzemy 600 zł za tysiąc metrów kwadratowych - mówi Janusz Gierusz, właściciel jednej firm, którą można wynająć do oczyszczenia terenu przed domem.

Jest też dobra wiadomość. - W tym roku nie będzie dużo meszek - mówi Krzysztof Szpila. Owady te lęgną się w wodzie, a potem płyną do brzegu, gdzie się rozwijają. Ponieważ rzeki były szerokie, wiele meszek nie dopłynęło do brzegu. A te, które dopłynęły, wyginęły, bo maj był dla nich za zimny.

@RY1@i02/2010/107/i02.2010.107.000.002a.001.jpg@RY2@

Fot. FotoChannels/Corbis

Komar powodziowy w akcji

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin

katarzyna.skrzydlowska@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.