Rewolucja śmieciowa jako okno na świat
Patrząc z perspektywy Warszawy na wciąż trwające tu zamieszanie z wdrażaniem nowego systemu zarządzania odpadami komunalnymi, można by stwierdzić, że szeroko omawiana rewolucja śmieciowa to kompletna porażka. Tak też można wnioskować z wypowiedzi polityków opozycji, zarówno tej centralnej, jak i samorządowej.
Obraz i ocena sytuacji zupełnie się zmieniają, gdy docieramy do Polski lokalnej. W tym przypadku sprawdza się bowiem stare porzekadło, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Gdyby nie rewolucja śmieciowa, dużo wsi, szczególnie tych mniejszych, nadal tkwiłoby w ekologicznym zacofaniu. Przypuszczam, że ten stan trwałby jeszcze długo, ze szkodą dla środowiska. Na szczęście to ostatnie trzeba w myśl Konstytucji RP chronić, więc ustawodawca doszedł do wniosku, że coś należy zmienić. I rzecz dokonała się 1 lipca tego roku.
Pomijając problemy organizacyjne z wdrażaniem nowego systemu, krytycy zarzucają, że zmiany dławią konkurencję, bo wolny rynek w skali danej gminy, na którym działały różne podmioty odbierające śmieci, zostaje zastąpiony wyborem jednej, góra kilku firm, które opanowują całość i tylko one uczestniczą w konsumpcji tortu. Z kolei mieszkańcom odbiera się możliwość postawienia na dowolną firmę i zawarcia z nią umowy. Naczelnym krytykiem tego segmentu zmian pozostaje nie byle kto, bo Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Warszawscy urzędnicy nie zauważyli jednak, że do tej pory mieszkańcy wielu wiejskich gmin również nie mieli wyboru. Wszystko dlatego, że firmom śmieciarskim nie opłacało się tam działać. Na wsiach większość mieszkańców stosownych umów nie zawierała, więc obsługiwanie garstki tych, którzy chcieli je podpisać, nie kalkulowało się ekonomicznie. Przedsiębiorcy mieli rację, bo dojechać raz na dwa tygodnie do jednego gospodarstwa w danej wsi to koszty paliwa, eksploatacji śmieciarki i pracy, których nie pokrywała miesięczna kilkunastozłotowa zapłata.
Co innego teraz, gdy w gminach wiejskich wygrana w przetargu gwarantuje obsługę wszystkich obywateli. Każde gospodarstwo domowe musi uiszczać stosowną opłatę za gospodarowanie odpadami. Mieszkańcy, którzy już wcześniej chcieli być eko, ale dotychczasowa praktyka ograniczała ich zapędy na rzecz zgodnego z prawem pozbywania się odpadów, obecnie zyskali szansę, by to robić. Sytuacja ze śmieciami na wsiach zaczyna się normalizować, a ludziom chcącym dbać o środowisko ułatwiono życie. Rewolucja niczym kaganek oświaty zaczyna również wpływać na świadomość mieszkańców wsi. Ludzie, którzy wcześniej nawet nie wiedzieli, że ze śmieciami można zrobić coś więcej, niż spalić je w piecu, teraz uczą się segregacji, bo chcą płacić mniej. I choć na razie zdarza im się to robić nieporadnie, to obrany kierunek jest jak najbardziej właściwy i za to należą się pochwały. Znowelizowana ustawa z 13 września 1996 r. o utrzymaniu czystości i porządku w gminach (t.j. Dz.U. z 2012 r. poz. 391 z późn. zm.) wymusiła na lokalnych urzędnikach dotarcie do mieszkańców z informacją o konieczności racjonalnego postępowania z wytworzonymi resztkami, czego wcześniej jakoś nie chciało im się zrobić. Okazuje się więc, że rewolucja śmieciowa, jeśli odejmiemy od niej przeszkody organizacyjne, z perspektywy czasu wypada całkiem pozytywnie. Doskonale widać to już teraz w małych gminach wiejskich, gdzie ze względu na mniejszą skalę rynku łatwiej było przejść przez wszystkie procedury i usprawnić działanie systemu.
@RY1@i02/2013/152/i02.2013.152.08800020b.802.jpg@RY2@
Piotr Pieńkosz dziennikarz Dziennika Gazety Prawnej
Piotr Pieńkosz
dziennikarz Dziennika Gazety Prawnej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu