To system zepsuł sprawę Papały
Mimo wszystko nie tracę nadziei, że zabójcy generała Papały zostaną wcześniej czy później zidentyfikowani i osądzeni - nie ma wszak zbrodni doskonałej, choć mordercom czasami się udaje. Kiedy jednak ginie w wyniku ewidentnej zbrodni generał policji, ba, ktoś, kto do niedawna był jej komendantem głównym, wydawać by się mogło, że błąd w śledztwie jest wykluczony, że zrobiono w tej sprawie wszytko co w ludzkiej mocy, aby prawdziwych sprawców wykryć.
Historia zakończonego wyrokiem uniewinniającym procesu świadczy raczej jednak, że nie mam chyba racji. A mimo to nie opuszcza mnie przekonanie, że służby państwowe uporają się z tą sprawą, choć liczba znaków zapytania nad profesjonalizmem aparatu ścigania jest w tym wypadku wyjątkowo duża.
Zustnego uzasadnienia wyroku sądu I instancji wynika, że zawiodła, i to na całej linii, współpraca dwóch prokuratur - warszawskiej i łódzkiej. Trudno bez dokładnej znajomości akt toczących się śledztw powiedzieć cokolwiek rozsądnego na temat przyczyn braku tej współpracy. Nie da się przecież wykluczyć, że jej brak był podyktowany jakimiś racjonalnymi przesłankami, a nie tylko niezdrową ambicją, która w tym przypadku zasługiwałaby na najwyższe potępienie.
Sprawa ta od początku miała najwyższy priorytet i najwyższe zainteresowanie mediów, które w tym przypadku trudno byłoby oskarżać o tanią sensację. Bo sensacja oczywiście była i to w najwyższej cenie, a to oznacza, że sprawa cały czas była także w centrum uwagi polityków. Natura rzeczy jest taka, że dla polityka wszystko może stać się przyczyną sukcesu lub porażki - dosłownie wszystko, co ma bezpośredni lub tylko pośredni związek z jego aktywnością.
Młody, niedoświadczony polityk będący ministrem sprawiedliwości, a zarazem prokuratorem generalnym mógł w realiach zabójstwa gen. Papały poczuć się kimś obdarzonym wręcz dziejową misją. Śmiertelne strzały z rąk złodziei samochodów z pewnością nie były na miarę takiej misji - zbrodnia zlecona przez ustosunkowanego zagranicznego biznesmena, którego dałoby się powiązać z kimś ważnym w polityce, na dodatek przeciwnika politycznego, to było to...
I wyglądało na to, że będzie. Do czasu twardego lądowania przed amerykańskim sądem, który poprosił po prostu o dowody. Do podjęcia decyzji o odmowie ekstradycji domniemanego zleceniodawcy morderstwa wystarczyło tamtemu sądowi - jeśli dobrze pamiętam - właściwie kilka miesięcy. Dlaczego polski wymiar sprawiedliwości mieli tę sprawę piętnaście lat?
Przyznam się szczerze, że cały absurd polskiego postępowania karnego zrozumiałem właściwie dopiero u schyłku swojej kariery zawodowej. Projektodawcy nowego procesu karnego przyczyn zapaści wymiaru sprawiedliwości upatrują w modelu postępowania i samych przepisach proceduralnych. Jesteśmy przekonywani, że jeśli sędzia zamieni się w bezstronnego arbitra jedynie oceniającego przedstawione mu dowody, bez niejako twórczej ingerencji w procedurę ich poszukiwania, to tym samym wszystko już pójdzie gładko - jak za oceanem.
Nie wierzę - i to z kilku powodów. Po pierwsze, wcale tam gładko wszystko nie idzie, ale główna różnica to ta, że amerykański sędzia nie decyduje o winie - może więc sobie takim bezstronnym arbitrem być. Nasz sędzia nie ma ławy przysięgłych biorących wyłącznie na siebie obywatelską odpowiedzialność w imieniu wszystkich za najważniejsze ustalenie w sprawie: winien, nie winien.
Po drugie, nie wierzę w zmianę mentalności sędziów wychowywanych do ukształtowanego na trwale w latach 30. XX w. modelu procesu, zakładającego aktywność przede wszystkim sędziego.
Po trzecie, i to jest moim zdaniem najważniejsze, w latach 90. całkowicie rozmontowaliśmy system odpowiedzialności za wstępną fazę postępowania karnego, tworząc swoisty trójkąt bermudzki w postaci policji, prokuratury i sądu nadzorującego najważniejsze fazy śledztwa. Postępowanie przygotowawcze ma zatem, mówiąc obrazowo, trzech panów, z których żaden nie jest za efekt śledztwa odpowiedzialny w pełni. Policji przeszkadza prokurator, do którego z kolei nie należy ostatnie słowo w kwestii aresztu, bo o tym decyduje sąd. To musi rodzić patologię i rodzi.
A najmniej winny, jeśli w ogóle można mu coś zarzucić w tej sprawie, jest prokurator Seremet. Słychać głosy, że powinien przynajmniej doprowadzić do uzgodnienia stanowiska przez dwie podlegle mu prokuratury, by uniknąć kompromitującego prokuratorów rozdźwięku. A jak niby miał to zrobić, skoro prokuratorzy są u nas ustawowo niezależni.
Część patologii, polegającej na połączeniu stanowiska ministra z funkcją prokuratora generalnego, została na szczęście zlikwidowana. Politycy przynajmniej ustrojowo trzymani są z dala od czynności śledczych. Pora teraz na dokończenie reformy prokuratury, która powinna być ograniczona do funkcji oskarżycielskich przed sądami. Następny krok to ustrojowe uporządkowanie wstępnej fazy śledztwa i dobre rozpisanie poszczególnych ról procesowych.
Tu nic nie powinno się krzyżować, a granice odpowiedzialności wyłącznie za własne działania powinny w końcu zostać wyraźnie rozgraniczone.
@RY1@i02/2013/149/i02.2013.149.183001000.802.jpg@RY2@
Jerzy Stępień prawnik, były prezes Trybunału Konstytucyjnego
Jerzy Stępień
prawnik, były prezes Trybunału Konstytucyjnego
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu