O poważnych sprawach - poważnie
Trudne jest prowadzenie dyskusji z osobą, która na skutek czytania każdego przepisu z osobna, a nie we wzajemnym ich powiązaniu, wypowiada tezy nieznajdujące żadnego potwierdzenia w treści ustawy nowelizacyjnej
Pan prokurator Jacek Skała kontynuuje na łamach Prawnika z 23-25 maja 2014 r. swój serial, którego trzy pierwsze odcinki zaprezentował w "Rzeczypospolitej" (numery z 2 lipca i 11 listopada 2013 r. oraz z 5 marca 2014 r.). Jego tematyka to kompleksowa reforma procedury karnej, która ma wejść w życie za rok i - według proroctw pana Skały - jak niszczące tsunami zagrozić nie tylko polskiej prokuraturze, ale całemu systemowi wymiaru sprawiedliwości. W poprzednich odcinkach narastanie grozy sygnalizowane było w tytułach (od zgoła neutralnego "Totalna reforma k.p.k", poprzez wartościujące "Dłuższy i droższy proces", aż do alarmującego "Idą po nas", co w wykonaniu prokuratora brzmi przyznajmy groteskowo). Sequel w Prawniku, stanowiący nader subiektywną relację z konferencji zorganizowanej w Prokuraturze Generalnej, buduje napięcie w inny sposób. Ukazano w nim cztery czarne charaktery, obsadzone zresztą w różnych rolach (profesor Piotr Hofmański i minister Michał Królikowski występują jako architekci reformy, natomiast prokurator generalny Andrzej Seremet oraz niżej podpisany jako niewydarzeni jej obrońcy albo nie dość gorliwi krytycy), niemniej wspólnie prowadzące nieświadomy lud prawniczy ku przepaści. A na ich tle, po jasnej stronie mocy, rzecz jasna, pan prokurator Skała jako autor artykułu "Skutki zabawy polityków i profesorów".
Niżej podpisanemu autor ma za złe głównie to, że "...pozwolił sobie na polemikę z tezami wynikającymi z mojej (to jest pana Skały - S.Z.) publicystyki dotyczącej kontradyktoryjnego procesu karnego". To fakt, zuchwałość moja nie zna granic i istotnie na konferencji, która dała asumpt do kolejnego ataku na reformę procedury karnej, "pozwoliłem sobie" na krytyczne uwagi związane z treściami zawartymi w jego poprzednich artykułach. Najwyraźniej przyjąłem błędne założenie, że polemika z prokuratorem Skałą nie jest, póki co, w polskim ustawodawstwie zabroniona. Karcąc mnie za tę śmiałość, pan Skała znajduje dla skromnego sędziego Sądu Najwyższego także i okoliczności łagodzące, twierdząc, że tenże "w swoim polemicznym zapędzie zaplątał się jednak na tyle, że w istocie potwierdził prezentowane przeze mnie tezy". Elementarna logika nakazuje zatem postawić pytanie, dlaczego to, skoro miałem potwierdzić tezy pana Skały, cały dalszy tekst poświęca on zwalczaniu moich zapatrywań? Dość jednak tego lekkiego tonu, o poważnych sprawach należy bowiem dyskutować poważnie.
Osoby, które słuchały mego konferencyjnego wystąpienia ze zrozumieniem, pamiętają z pewnością, że poglądy pana prokuratora Skały podzielam w jednym jedynym punkcie. A mianowicie co do tego, że zmiany, które zawiera ustawa z 27 września 2013 r., są tak głębokie, iż zasługiwały na to, aby wprowadzić je nie w formie aktu nowelizacyjnego, ale jako nowy kodeks postępowania karnego. Zapatrywanie takie wyrażałem zresztą na wielu forach od kilku lat, zanim jeszcze przeniknęło ono do publicystyki. Co więcej, twierdzę, że zmiany te wręcz rewolucjonizują model polskiego procesu karnego, czego nie czynił kodeks z 1997 r., zastępujący poprzednią kodyfikację, tę z 1969 r. Jest dla mnie oczywiste, że reforma tej skali będzie stanowiła dla przedstawicieli wszystkich zawodów prawniczych ambitne wyzwanie, że przyjdzie im zmierzyć się z nowymi, często niełatwymi problemami i zadaniami. Sądzę jednak, że do zadań tych nie można, wręcz nie wolno, podchodzić z korporacyjnym nastawieniem i ważyć tylko to, komu będzie "łatwiej", a komu "trudniej", co "zyskają", a co "stracą" (cudzysłowy nie są użyte przypadkowo, sygnalizują bowiem sposób rozumowania, którego nie akceptuję) prokuratorzy, adwokaci, sędziowie. Jedyną bowiem miarą powinna być ta, która uwzględnia interesy takich podmiotów, jak pokrzywdzeni i oskarżeni, w aspekcie gwarancji ich praw do rzetelnego procesu, w którym obrońca będzie obrońcą, oskarżyciel oskarżycielem, sąd zaś sądem, a nie - na przemian, w zależności od doraźnych potrzeb i stopnia nieznajomości sprawy lub braku zainteresowania nią przez pozostałych uczestników procesu - przysłowiową alfą i omegą. W tej sytuacji niebagatelne znaczenie ma nastawienie poszczególnych korporacji zawodowych wobec tych wyzwań.
W tym miejscu zasygnalizować wypada, że dość trudne jest prowadzenie dyskusji z osobą, która na skutek czytania każdego przepisu "z osobna", a nie we wzajemnym ich powiązaniu, wypowiada tezy nieznajdujące żadnego potwierdzenia w treści ustawy nowelizacyjnej. Przykładowo, pan prokurator Skała alarmuje, że "za niespełna rok prokurator nie będzie mógł opatrzyć swoją pieczęcią policyjnego aktu oskarżenia, jak ma to miejsce obecnie w ponad połowie spraw. Napisze go sam". Starając się dociec źródeł tego nieporozumienia (nie sposób przecież założyć, iż adwersarz świadomie próbuje wprowadzić czytelników w błąd), nasunęło mi się domniemanie, iż wniosek taki wyprowadzony został ze zlikwidowania w ustawie nowelizacyjnej tzw. trybu uproszczonego, z którym tradycyjnie wiązane było prowadzenie dochodzenia i sporządzanie aktu oskarżenia przez policję. Wskażmy zatem, że w tym kontekście normatywnym, który ma obowiązywać od 1 lipca 2015 r. (to jest po uchyleniu przepisów rozdziału 51 k.p.k., a więc także i art. 469), z przepisu art. 331 par. 1 należy wyprowadzić całkowicie inną normę, a mianowicie tę, że nic nie będzie stało na przeszkodzie, aby prokurator zatwierdził akt oskarżenia sporządzony przez policję w każdej ze spraw objętych dochodzeniem (zakres tych spraw określony jest w art. 325b par. 1). Oczywiście wówczas, gdy prokurator nie zechce sporządzić aktu oskarżenia osobiście. To, że dyskusja - chociażby z powodu wskazanych wyżej uwarunkowań - może okazać się niewdzięczna, nie zwalnia jednak z trudu jej podjęcia.
Dominujący akcent w dotychczasowej publicystyce pana prokuratora Skały stanowiło podkreślanie tego, że "kadrowo i organizacyjnie nie podołamy" ("Rzeczypospolita" z 5 marca 2014), i że "aby sprostać wymogom nowego procesu, na rozprawie musiałby być autor aktu oskarżenia, a jeśli nie on, to chociaż osoba znająca akta" (DGP z 22 kwietnia 2014 r.). Radziłbym autorom odwołującym się do takiej argumentacji odrobinę refleksji, co słowa takie oznaczają. Czyż nie to, że za naturalny uważają oni stan, w którym w rozprawie uczestniczy przypadkowy prokurator, nieznający akt? Jeśli zaś supozycja ta jest chybiona, to skąd pretensje, iż jednym z celów, które zakłada nowela, jest znajomość akt przez oskarżyciela? Nic tak nie sprzyja przygotowaniu stron do rozprawy, jak kontradyktoryjność sądowego sporu. Nic tak stron nie demobilizuje, jak przeświadczenie o tym, że ich ignorancja i bierność zostaną usprawiedliwione i zastąpione aktywnością sądu, co uznać należy za szczególnie wadliwe w sytuacji, gdy sędziowie przywdziewają togę oskarżyciela. Jeremiady nad tym, że do nowych rozwiązań procesowych nie zostały dostosowane przepisy o charakterze ustrojowym i organizacyjnym, dotyczące prokuratorów, powinny być zaś kierowane nie wobec Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego, ale pod zupełnie innym adresem. Komisja ta nie może bowiem, z uwagi na zakres swych kompetencji, ingerować w treść ustawy o prokuraturze. Zadziwia też wiara w to, że panaceum mogłaby stanowić prolongata, i tak nietypowo długiego, vacatio legis o kolejny rok. Jedna trzecia z półtorarocznego okresu została już poświęcona nie na dostosowanie rozwiązań organizacyjnych do nowego modelu procesu, ale na pojękiwania, iż "nie podołamy". Równie owocnie mógłby zostać wykorzystany ten dodatkowy rok.
Kolejnym, silnie eksponowanym przez przeciwników nowelizacji argumentem jest to, że jej skutkiem będzie zwiększenie liczby wyroków uniewinniających (pan Skała wieszczy, że "do kilkudziesięciu procent"). Tuż po wejściu w życie ustawy nie można wykluczyć takiego jej (ubocznego jednak, nie zaś pożądanego przez projektodawców, jak sugeruje to pan prokurator, pisząc nawet - horribile dictu - o sabotażu ze strony autorów projektu) efektu. Po okresie przejściowym statystyki powinny ulec stabilizacji na poziomie, który nie będzie wzbudzał niepokoju. Powyższą ocenę uzasadniam tym, że wskazywane są dwa czynniki sprzyjające po 1 lipca 2015 r. zwiększeniu liczby uniewinnień. Po pierwsze ten, że obecnie istotnej "pomocy" w dowodzeniu winy oskarżonego udziela sąd, aktywnie poszukując już w trakcie postępowania jurysdykcyjnego argumentów (czy wręcz dowodów), które powinny być, zgodnie z właściwym podziałem ról i funkcji procesowych, przedstawione przez oskarżyciela. Po drugie ten, że w nowym modelu, przy nowym określeniu celów postępowania przygotowawczego (zmiana art. 297 par. 1 pkt 5) wnoszenie aktów oskarżenia następować będzie "przy mniejszym niż obecnie poziomie udowodnienia okoliczności zdarzenia". Mając na uwadze drugi z tych czynników, pamiętać trzeba o tym, że ustawodawca przewidział jednak możliwość cofnięcia aktu oskarżenia przez oskarżyciela publicznego, w wypadku gdy dojdzie on do wniosku, iż jego tezy nie znajdują dostatecznego potwierdzenia (nowe brzmienie art. 14 par. 2). Mniejszy aktywizm sędziowski w dowodzeniu zasadności oskarżenia może i powinien być zaś zastąpiony solidniejszym niż dotąd przygotowaniem prokuratorów do rozpraw. Mam nadzieję, że to ostatnie założenie nie spotka się znów z rozbrajającym komentarzem: "nie podołamy". Na marginesie, wypada przypomnieć memu adwersarzowi, że to po krytycznej opinii Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego do lamusa został odłożony poselski projekt odpowiedzialności odszkodowawczej państwa ze niesłuszne oskarżenie, co prokurator Skała starannie przemilczał, epatując czytelników grozą zwiększenia - i na tej drodze - kosztów reformy.
Sygnalizowaną już cechą widzenia "wszystkiego z osobna" charakteryzują się wywody pana prokuratora Skały dotyczące tego, w jaki sposób zmiany wprowadzone nowelą z 27 września 2013 r. wpłyną na sprawność postępowania. Swą uwagę koncentruje on wyłącznie na próbie wykazania, iż w modelu zwiększonej kontradyktoryjności "...proces potrwa dłużej". Otóż od samego początku prac wskazywano na to, że zakładane skrócenie postępowań o jedną trzecią dotyczyć ma efektu "całościowego", mierzonego w skali średniej długości postępowania we wszystkich sprawach absorbujących polskie organy ścigania i sądy. Trzeba zaiste złej woli, aby twierdzić, że efekt taki obiecywano w odniesieniu do każdej sprawy z osobna i to mając na uwadze samo postępowanie jurysdykcyjne. W niektórych sprawach, toczących się w sądzie w formule zwiększonej kontradyktoryjności, etap sądowy może potrwać (w szczególności w postępowaniu pierwszoinstancyjnym) nieco dłużej, chociaż wcale nie musi, jeśli uwzględni się oszczędności czasowe, związane z - wymieńmy tylko przykładowo - zwięzłym przedstawieniem przez oskarżyciela zarzutów oskarżenia w miejsce odczytywania niejednokrotnie rozwlekłych aktów oskarżenia (nowelizacja art. 385 par. 1), rezygnacją z odczytywania tasiemcowych protokołów przesłuchań z postępowania przygotowawczego (nowelizacja art. 389-392), rozszerzeniem możliwości ujawniania dowodów bez odczytywania (m.in. z rezygnacją z odczytywania całymi dniami słynnych billingów, jeśli grający na czas oskarżony sobie tego zażyczy - nowelizacja art. 394 par. 2), rezygnacją z odczytywania zarzutów oskarżycielskich podczas ogłaszania wyroku (nowy art. 418 par. 1a).
Rozumiem, że takich "drobiazgów" można nie dostrzec. Ale jakże można zapomnieć o oszczędnościach, które niesie za sobą rezygnacja ze zbędnego paternalizmu wobec oskarżonego i urealnienie prawa do obrony (prawo a nie obowiązek), wiążące się m.in. z eliminacją totalnego obowiązku obecności oskarżonego na rozprawie i odcięciem tym samym możliwości najbardziej typowych działań obstrukcyjnych ze strony oskarżonych (nowelizacja art. 374 par. 1). Jakże można ignorować całkowicie nową konstrukcję instytucji tzw. posiedzenia przygotowawczego (nowelizacja art. 349 k.p.k.), znakomicie ułatwiającą dążenie do rozstrzygnięcia sprawy bez zbędnej zwłoki, w szczególności w sprawach o obszernym materiale dowodowym, złożonych podmiotowo i przedmiotowo (wielość osób oskarżonych, wielość zarzutów). Jest, wreszcie, w uchwalonych zmianach taki nurt, którego w aspekcie usprawniania postępowania przecenić wręcz nie sposób. Mam na uwadze zarówno nowe (nieznana dotąd instytucja tzw. umorzenia kompensacyjnego - art. 59a k.k.) możliwości wygaszania sporów w tzw. trybach konsensualnych, jak i rozszerzenie trybów dotąd funkcjonujących, zarówno jeśli uwzględni się spectrum spraw, które są nimi objęte (nowelizacja art. 335 par. 1 i art. 387 par. 1), jak i etap postępowania, na którym sprawa może ulec zakończeniu (art. 338a w zw. z art. 343a).
Poszerzenie instrumentów konsensualizmu w noweli styczniowej z 2003 r. w znakomity sposób przyczyniło się do skrócenia wielu postępowań i obecnie blisko połowa spraw jest załatwiana w tzw. trybach skróconych (w sądach rejonowych odsetek ten dochodzi nawet do 60 proc.). Symulacje pokazują, że zmiany wprowadzone w noweli z września 2013 r. pozwolą na dalsze zwiększenie tego odsetka, być może nawet do 80 proc. Nie powinno się też zapominać o tym, w jaki sposób ułatwi sędziom pracę przedmiotowe ograniczenie obowiązku uzasadniania wyroku wydanego w trybie konsensualnym (nowy art. 424 par. 3). Tego ostatniego źródła usprawniania postępowań przeciwnik nowelizacji nie mógł już zignorować. Postanowił zatem obwieścić, że nadzieje z nim związane są zawodne, bowiem storpeduje je nielojalna postawa adwokatów, którzy będą namawiać swych klientów, aby nie korzystali z trybu skróconego, powodowani tym, że "kwota otrzymana od państwa za szybkie zakończenie sprawy będzie niższa niż ta uzyskana w wyniku długiego, spokojnego, niezakłócanego przez sąd kontradyktoryjnego procesu". Tę ostatnią metodę argumentacji można byłoby porównać do równie eleganckiej supozycji, zgłoszonej np. przez adwokata, że nowela i tak nie osiągnie założonych celów, bowiem storpeduje ją instrumentalna postawa prokuratorów, powodowanych tym, że wprowadzone przepisy stawiają przed nimi wymagania większe od tych, w których przez lata przyzwyczaili się funkcjonować.
Nie można także zgodzić się z tezą, że zwiększenie elementów reformatoryjności wydłuży proces, bowiem "postępowanie dowodowe przeniesie się do sądu odwoławczego". Wypada postawić kilka prostych pytań. Czy autor tego twierdzenia nie dostrzegł ograniczeń, jakie stawia nowela stronom w zakresie odwoływania się do dowodów, których nie zgłosiły one przed sądem I instancji (znowelizowany art. 427 par. 3), a także co do kwestionowania stopnia aktywności dowodowej sądu a quo (nowe art. 427 par. 4 i art. 447 par. 5)? Czy nie rozumie tego, iż aktywność dowodowa sądu odwoławczego ujawniać się powinna - co do zasady - dopiero wówczas, gdy dostrzeże on takie braki dowodowe, które w dotychczasowym modelu zmuszały go do uchylenia orzeczenia i przekazania sprawy do ponownego jej rozpoznania w pierwszej instancji?
Jeśli zaś postrzega tę relację, to czy rzeczywiście uważa, że sprzyja sprawności i szybkości postępowania wydawanie orzeczenia o charakterze kasatoryjnym i w konsekwencji przenoszenie procesu (czasem wielokrotne) na forum sądu niższej instancji, a nie ewentualne uzupełnienie postępowania dowodowego przed sądem odwoławczym i definitywne zakończenie procesu ? Wspomnieć też trzeba o uchyleniu tej reguły ne peius, która de lege lata określona jest w art. 454 par. 2 k.p.k. i której obowiązywanie w tysiącach spraw wpływa w klasycznie dysfunkcyjny sposób na tok procesu.
Wreszcie kilka zdań w związku z twierdzeniem, że nowela wrześniowa generuje znaczne koszty. Temu, iż nie zgadzam się z twierdzeniem, że "drożej będzie także dlatego, że proces potrwa dłużej", poświęciłem dwa poprzednie akapity. Mój adwersarz nie może jednak pogodzić się także z tym, że "proces będzie droższy, bo państwo finansować będzie przestępcom obrońców na życzenie" (chodzi mu o rozwiązanie przewidziane w znowelizowanym art. 80a) i nie uspokaja go to, że jeśli oskarżony przegra proces, wówczas państwo sięgać będzie do kieszeni przestępcy i egzekwować zwrot wyłożonych kosztów (przypomnijmy, że w wypadku wydania wyroku uniewinniającego także i obecnie oskarżony ma prawo, co do zasady, do zwrotu od Skarbu Państwa kosztów obrony z wyboru - art. 632 pkt 2).
Mam zatem dla pana Skały przykrą wiadomość, że z rozwiązaniem takim lub zbliżonym przyjdzie nam się pogodzić niezależnie od tego, czy rozwiązania noweli zwiększające kontradyktoryjność postępowania weszłyby w życie, czy też nie, a to ze względu na kształtujący się nurt orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka dotyczący dostępu do obrońcy, a już bardzo wyraźnie z uwagi na konieczność implementacji w prawie polskim dyrektyw Parlamentu Europejskiego i Rady. Pierwsza z nich, z 22 października 2013 r., 2013/48/UE, wprawdzie nie zobowiązuje do zapewnienia obrońcy na żądanie, a jedynie do zapewnienia dostępu do obrońcy, natomiast kolejna, będąca w fazie negocjacji, dyrektywa o prawie do tymczasowej pomocy prawnej dla podejrzanych lub oskarżonych, COM/2013/824, wymusi już wprowadzenie takiego standardu dostępu do obrońcy, jaki zawarto w noweli, a zapewne nawet i dalej idący, bowiem odnosi się ona nie tylko do postępowania jurysdykcyjnego, ale także i do przygotowawczego. Alternatywą byłoby, oczywiście, wystąpienie ze struktur Rady Europy oraz ze struktur unijnych, ale tego na razie pan prokurator Skała nie zaproponował.
Na koniec warto powrócić do generaliów i postawić pytanie, czy obecny model polskiego procesu karnego sprawdza się w praktyce. Powszechne są głosy, że, niestety, nie. Oczywiście, nawet przy tej ostatniej diagnozie, najwygodniejszym wyjściem jest niepodejmowanie żadnego ryzyka. Pamiętając o zaletach zachowawczej postawy "pozwalam sobie" (by powrócić do retoryki zaproponowanej przez prokuratora Skałę) przypomnieć jednak, że gdyby nie zdrożne nowatorstwo, proces karny tkwiłby zapewne w pełni inkwizycyjnej formule, zapewniającej jego zdecydowanie większą szybkość i skuteczność niż ta, z którą mamy do czynienia przy przepisach już dziś obowiązujących. Skuteczności i szybkości postępowania nic nie sprzyjało lepiej od formuły, iż przyznanie się oskarżonego do winy jest koroną dowodów, zaś temu ostatniemu założeniu wychodziły, z kolei, naprzeciw tak skuteczne, a i znacznie potaniające proces, metody pozyskiwania dowodów, jak łamanie kołem czy włóczenie końmi. Może zatem jednak warto poszukiwać nowych rozwiązań, tym bardziej w sytuacji, gdy per saldo - a nie widząc "wszystko z osobna" - zwiększenie gwarancji procesowych stron i traktowanie poważnie kontradyktoryjności nie musi wcale prowadzić do przewlekłości postępowań.
To fakt, zuchwałość moja nie zna granic. Najwyraźniej przyjąłem błędne założenie, że polemika z prokuratorem Skałą nie jest, póki co, w polskim ustawodawstwie zabroniona
Nic tak nie sprzyja przygotowaniu stron do rozprawy, jak kontradyktoryjność sądowego sporu. Nic tak stron nie demobilizuje, jak przeświadczenie o tym, że ich ignorancja i bierność zostaną usprawiedliwione i zastąpione aktywnością sądu
@RY1@i02/2014/114/i02.2014.114.070000400.801.jpg@RY2@
fot. Shutterstock
@RY1@i02/2014/114/i02.2014.114.070000400.802.jpg@RY2@
fot. igor morye
sędzia Stanisław Zabłocki przewodniczący wydziału zagadnień prawnych w Izbie Karnej Sądu Najwyższego, członek Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego
sędzia Stanisław Zabłocki
przewodniczący wydziału zagadnień prawnych w Izbie Karnej Sądu Najwyższego, członek Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu