Miłosierdzie biznesmena
Kiedy walczyła o prawa inwalidów, usłyszała, że nie należy przejmować się głupkami
Sprawa Witolda S. i Pawła M., którą obecnie prowadzi warszawska prokuratura na Woli, dowodzi, że do rozkręcenia działalności gospodarczej niekoniecznie potrzebne są pieniądze. One przyjdą same, wystarczy tylko dobry pomysł. Ot, choćby zgłoszenie zamiaru zatrudnienia osób niepełnosprawnych. W ten sposób udało się wyciągnąć z państwowej kasy 6,5 miliarda złotych.
Zakład poligraficzny z Babicach Starych budził zastrzeżenia specjalisty z Państwowej Inspekcji Pracy nawet jako miejsce zatrudnienia ludzi zdrowych. O przyjęciu do pracy ludzi chorych przy takich warunkach nie mogło być mowy. Kiedy inspektor PIP uslyszał, że pracowało tam 60 inwalidów, a docelowo planowano zatrudnienie 270, uznał to za ponury żart.
Witold S. nie należał do osób, ktorym drobiazgi spędzają sen z oczu. Inwalidzi bardzo ddziałali mu na nerwy. - Ja bym ich wszystkich
wypieprzył do szamba
- powiedział jednemu z pracowników. W Babicach pracowali ludzie z niedorozwojem umysłowym, padaczką, ze schorzeniami kręgosłupa.
Chorzy musieli pokonywać wysokie wąskie schody z jedną poręczą. Dla kilkudziesięciu osób były tylko dwa sanitariaty - męski żeński, bez umywalek, nie dostosowali mleka ani napojów chłodzących. Siedzieli na twardych taboretach, bez oparcia. Nie organizowano im, jak wymagają tego przepisy, półgodzinnych przerw na gimnastykę. Wbrew prawu zatrudnioano ich w godzinach nadliczbowych, tzw. pokój socjalny sprawiał przygnębiające wrażenie: stolik, przy którym może się zmieścić najwyżej 6 osób, okna zasłonięte papierem. Wszędzie duszno, ponuro i szaro.
Na stanowisku psychologa pracowała orientalistka. Jedyną osobą, która naprawdę zajmowała się zatrudnionymi, była pani R., także inwalidka. Kiedy jednak usiłowała wywalczyć dla podopiecznych godzi we warunki, usłyszała od pana S., że "nie należy przejmować się głupkami". W czasie ubiegłorocznych upałów schorowana pani R. chciała iść na urlop, nie pozwolono jej. Nieco później została zwolniona z pracy. Od tamtej pory nie wolno było nawet brać wody do zrobienia herbaty. Kiedy przyjeżdżał prezes M., musieli myć jego samochód.
Paweł M. był prezesem Fundacji Wspierania Edytorstwa i Czasopiśmiennictwa w Polsce "Myśl". Witold S. posiadał drukarnię w Babicach koło Warszawy. Dał ogłoszenie do prasy, że chce sprzedać nieruchomość, w ten sposób obaj panowie nawiązli znajomość. Zerwali porozumienie, w myśl którego prezes M. miał odkupić od pana S. budynek. Postanowili wspólnie
uruchomić mały biznes poligraficzny.
Kapitał uzyskali niewiarygodnie łatwo z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Za utworzenie jednego miejsca pracy dla inwalidy Fundacja "Myśl" dostawała 115 milionów zł.
Pieniądze rytmicznie płynęły na konto Fundacji. W kwietniu 1992 r. prezes M. kupił od Witolda S. maszyny poligraficzne za 1,2 mld zł. W czerwcu Wójewódzki Ośrodek ds. Zatrudnienia i Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych zwrócił tę sumę Pawłowi M., choć maszyn nie wyceniał żaden biegły i nikt nie sprawdzał, czy faktycznie zostały wykorzystane z przeznaczeniem. Następnie Fundacja przedstawiła dokumety dotyczące zakupu 13 komputerów, które miały "stanowić wyposażenie 6 stanowisk pracy". Jak stwierdził potem kontroler NIK, Fundacja w ogóle nie kupiła komputerów. Jednak refundację, w wysokości 337,5 mln zł. otrzymała.
Jak to się stało, że żadna osoba z wojewódzkiego ośrodka, dającego pieniądze, nie pofatygowała się, by na miejscu sprawdzić warunki i rzetelność pracodawcy, tego nie wie nikt. A chodziło przecież o ludzi słabych, bezbronnych, a także o niebagatelne sumy państwowych pieniędzy. Refundacja kosztów powinna nastąpić dopiero po zaakceptowaniu stanowisk pracy przez specjalną komisję. Nikt nie wymagał od prezesa M. takich dokumentów.
Kiedy zatrudnieni skarzyli się, że dostają pensje z dużym opoźnieniem, Wojewódzkie Biuro Pracy nadesłało tylko informację, że pieniądze są przekazywane Fundacji w terminie. Pracownicy musieli walczyć o każdą złotówkę. Niepełne pobory za listopad 1992 otrzymali dopiero w marcu tego roku. Wynagrodzenia za grudzień nie dostali w ogóle. Od maja do października 1992 Fundacja zalegała z regulowaniem składek wpłacanych do ZUS. Nie zgłaszano imiennie pracowników do ubezpieczenia społecznego, ZUS nie mógł więc wypłacać zasiłków chorobowych i rodzinnych. Zawierano umowy o pracę na okres próbny dłuższy niż 2 tygodnie, co wobec osób niepełnosprawnych jest niedozwolone.
Toeretycznie od 2 maja 1992 r. w Babicach zatrudniono 60 inwalidów. Faktycznie pracowało 12 osób, resztę wysłano do domów. Figurowały one w charakterze martwych dusz. Dla Fundacji oznaczało to pieniądze "za stworzenie miejsca pracy". Lekką ręką zwalniano ludzi z obowiązku przychodzenia do roboty, ponieważ pensje i tak płacił skarb państwa. We wrześniu 1992
wszyscy stracili pracę.
Zostali na lodzie: bez wynagrodzenia, zasiłków, upokorzeni i rozgoryczeni.
Przepisy mówią, że można otrzymać z budżetu państwa dofinansowanie za tworzenie miejsc pracy dla niepełnosprawnych, trzeba jednak zatrudniać ich przez trzy lata. W przeciwnym razie otrzymane kwoty należy zwrócić. Prezes M. tego nie zrobił.
Obecnie w Babicach nie ma już Fundacji "Myśl". Działa tam spółka o nazwie "Firka", jej przedstawiciele twierdzą, że nie mają z poprzednikami nic wspólnego. W marcu 1993 prezesem "Firki" był Witold S., teraz jest ktoś inny.
Pod koniec maja br. prokurator postawił Witoldowi S. i Pawłowi M. zarzut z art. 190 kodeksu karnego: Kto będąc w zakładzie pracy odpowiedzialnym za sprawy związane z zatrudnieniem, złośliwie lub uporczywie narusza prawa pracowników wynikające ze stosunku pracy lub z przepisów o ubezpieczeniu społecznym i przez to naraża pracownika na poważną szkodę, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. Prokuratura gromadzi dowody, które być może staną się podstawą do oskarżenia także o inne przestępstwa.
Katarzyna Dolińska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu