Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawo karne i wykroczeniowe

Pokrzywdzeni poza procesem

Ten tekst przeczytasz w 42 minuty

Ustawodawca nie może nie dostrzegać, że art. 49 k.p.k. krzywdzi część ludzi, którzy padli ofiarą przestępstw - mówi dr Łukasz Chojniak

Lepiej być sprawcą czy ofiarą przestępstwa?

Najlepiej nie być ani jednym, ani drugim.

Kiedy jednak los tak sprawi, to kto ma wtedy lepiej w procesie?

Patrząc na uprawnienia, jakie przysługują podejrzanemu i pokrzywdzonemu, można dostrzec, że od dłuższego już czasu ustawodawca zwiększał uprawnienia, które przysługiwały pokrzywdzonym, a następnie - na etapie sądowym - oskarżycielom posiłkowym, czyniąc z nich pełnoprawną stronę procesu karnego. Te uprawnienia, w mojej ocenie, są obecnie absolutnie wystarczające do realizowania głównych praw pokrzywdzonego w toku postępowania.

Wystarczające, ale mimo to jest pan autorem skargi konstytucyjnej, w której kwestionuje pan definicję pokrzywdzonego zawartą w art. 49 k.p.k.

Tak, ale problem, którego skarga dotyczy, polega na czymś innym.

Na czym?

Nie na tym, ile uprawnień ma pokrzywdzony, tylko na tym, jak kodeks postępowania karnego definiuje pokrzywdzonego. Tutaj następuje bowiem pewien rozdźwięk. Definicja pokrzywdzonego jest za wąska, choć zdaje się, że ustawodawcy zależy na maksymalnie szerokiej ochronie osób dotkniętych przestępstwem. Przez to wiele osób faktycznie pokrzywdzonych nie jest, w myśl tej definicji, uznawanych za pokrzywdzonych na gruncie postępowania karnego. Chodzi tu np. o przestępstwo fałszerstwa dokumentu, w którym pokrzywdzonym nie jest konkretna osoba. Innymi słowy, ochronie podlega nie człowiek, tylko abstrakcyjne dobro w postaci wiarygodności dokumentu. I to nawet w przypadku, jeżeli na skutek tego przestępstwa dana osoba faktycznie poniosła szkodę, ponieważ dokumentem sfałszowanym ktoś inny się posłużył. Problem polega więc na tym, że takie osoby, które poniosły straty na skutek popełnienia tego, czy innych czynów skierowanych przeciwko dobrom o charakterze ogólnym, nie mogą otrzymać statusu pokrzywdzonego.

Co takim osobom dała nowelizacja art. 306 k.p.k., która weszła w życie w lipcu 2013 r.?

Tylko tyle, że umożliwiła im składanie zażaleń na postanowienia kończące postępowanie przygotowawcze. Jeżeli to zażalenie zostałoby jednak uwzględnione i sprawa toczyłaby się dalej, to osoba, która poniosła szkodę na skutek przestępstwa skierowanego przeciwko dobrom ogólnym, wciąż nie będzie jeszcze uznana za stronę postępowania. Nadal pozostanie jedynie świadkiem, patrząc na swoją sprawę z boku. I takie rozwiązanie jest niespójne z założeniami procesu karnego.

Czyli pokrzywdzony ma w procesie pełne i odpowiednie uprawnienia, tylko - w przypadku niektórych przestępstw - nie sposób nim zostać...

Niestety tak. Obecnie pokrzywdzony ma duże możliwości działania w procesie. Może składać wnioski dowodowe czy zapoznawać się z aktami sprawy. Jeżeli zostanie oskarżycielem posiłkowym, będzie brał udział w rozprawie i może zadawać pytania świadkom, czy złożyć apelację. Trudno wyobrazić sobie, co jeszcze można by pokrzywdzonemu przyznać w ramach jego uprawnień. A przecież w systemie common law pokrzywdzony jest tak naprawdę jedynie świadkiem w postępowaniu karnym. Nie ma zatem szczególnych uprawnień. Realizuje je bowiem w postępowaniu cywilnym. Dlatego właśnie często w amerykańskim systemie równolegle toczy się proces karny i cywilny, w którym ofiara domaga się odszkodowania za szkody doznane na skutek przestępstwa.

To dobre rozwiązanie?

Nie jest złe, ponieważ proces karny ma służyć przede wszystkim ustaleniu sprawcy przestępstwa i jego winy. Rozumiem więc intencje, które przyświecają ustawodawcy, sprowadzające się do ochrony interesów pokrzywdzonych, ale z drugiej strony zbytnie rozszerzenie ich kompetencji może spowodować, że proces karny stanie procesem pokrzywdzonego. Nawet jeżeli jest to pod względem etycznym i moralnym godne pochwały, to jednak może utrudniać orzekanie w kwestii sprawstwa i winy oskarżonego. Nie przypadkiem zatem kodeks postępowania karnego np. przy powództwie cywilnym określa, że sąd może je rozpoznać, ale jeżeli materiał potrzebny do rozstrzygnięcia w tym zakresie nie jest jeszcze wystarczający, zaś wystarcza do wyrokowania w sprawie karnej, to można pozostawić powództwo cywilne bez rozpoznania. Wówczas pokrzywdzony może walczyć o odszkodowanie na drodze cywilnej.

Wróćmy do statusu pokrzywdzonego i skargi konstytucyjnej. Trybunał Konstytucyjny w pierwszym odruchu odmówił przyjęcia jej do rozpoznania, a jednym z argumentów było to, że jej uwzględnienie spowodowałoby paraliż prokuratur i sądownictwa. Sprawy organizacyjne mają przesłonić sprawiedliwość?

Postępowanie wstępne jest cały czas w toku. Zaskarżyłem postanowienie o odmowie przyjęcia skargi i dlatego, do czasu jego rozpoznania, nie chciałbym szeroko komentować skargi. Ale rzeczywiście, taki motyw pojawił się w uzasadnieniu pierwszego stanowiska TK. Nie zgadzam się z tym argumentem. Poszerzenie kręgu pokrzywdzonych zwiększy co prawda liczbę uczestników postępowania, jednak nie do końca wiadomo, jak bardzo. Są to jedynie pewne spekulacje. Nie powinny jednak wzbudzać obaw, choćby z tego względu, że liczba przestępstw, gdzie występują osoby faktycznie pokrzywdzone, a czyny są skierowane przeciwko dobrom ogólnym, nie jest aż tak przytłaczająca w stosunku do wszystkich przestępstw.

Załóżmy jednak - tak jak TK - czarny scenariusz.

To nawet jeżeli tych pokrzywdzonych będzie wielu, to bez względu na tę liczbę konstytucyjna zasada równości wobec prawa nakazuje, żeby osoby pokrzywdzone przestępstwami miały takie same możliwości funkcjonowania w procesie, jak wszyscy inni pokrzywdzeni. Nie powinni być wyłączani z postępowania tylko dlatego, że ustawodawca arbitralnie zawęził krąg zdefiniowanych pokrzywdzonych.

Ale przecież ma prawo.

Ma prawo, ale powinien kierować się jasnymi kryteriami. Różnicowanie sytuacji prawnej podmiotów jest dopuszczalne o ile wskaże się czytelne kryteria takiego działania. Ja w tym przypadku nie dostrzegam uzasadnienia dla takiego podziału.

Przeciwnicy zmian definicji mówią, że pokrzywdzeni nie zyskają na takiej zmianie prawa, ponieważ znikną w tłumie pieniaczy, którzy nagle poczują się pokrzywdzonymi. Co pan na to?

To nietrafny argument. Jest wiele przestępstw, w związku z którymi ktoś może uważać się za pokrzywdzonego, choć nim de facto nie jest, a czasem nawet okazuje się, że w ogóle nie doszło do popełnienia czynu zabronionego. Organy ścigania i sądy dają sobie z tym radę. Poza tym znowu wkraczamy w kwestię niezbadanych liczb. Nie chodzi przecież o połowę przestępstw kodeksowych ani nawet o jedną trzecią, a jedynie o kilka czynów, które z uwagi na kształt definicji zawartej w art. 49 k.p.k., są poza zasięgiem możliwości nabycia uprawnień pokrzywdzonego.

Jakich więc przestępstw głównie dotyczy problem?

Moim zdaniem, fałszowania dokumentów i składania fałszywych zeznań. A są one istotne z punktu widzenia ewentualnego pokrzywdzenia. W przypadku składania fałszywych zeznań, które jest przestępstwem przeciwko wymiarowi sprawiedliwości, osoba, która ma poczucie, że ktoś złożył w jej sprawie fałszywe zeznania, bardzo często doznaje wymiernej szkody i krzywdy, ponieważ wyrok, który zapada na podstawie tych zeznań, może być dla niej niekorzystny. W postępowaniu karnym dochodzi zatem do takiej sytuacji, że osoba ta musi skierować się z zawiadomieniem do prokuratora, który często przed chwilą ją oskarżał, a ten musi zweryfikować, czy dowody, na których się opierał, popierając oskarżenie były przekonujące, tzn. czy świadek nie kłamał będąc pouczony o odpowiedzialności karnej. Jeżeli prokurator, z jakichś powodów, niekoniecznie zawinionych, nie będzie realizował swoich obowiązków, to pokrzywdzony faktycznie jest całkowicie pozbawiony możliwości działania. Uderza głową w mur. A przecież od tego postępowania może zależeć los jego sprawy.

Jaki los czeka pokrzywdzonych w nowym modelu procesu karnego?

Trudno stwierdzić, czy pokrzywdzony coś zyska na tej zmianie. Dalej prokurator, jako strona procesu, będzie zobowiązany do tego, żeby popierać oskarżenie. Pokrzywdzony nadal będzie miał te same uprawnienia, więc dalej będzie mógł być oskarżycielem posiłkowym. Na tym polu niczego nie straci, jednak będzie musiał być aktywny, ponieważ sąd nie powinien za bardzo angażować się w proces, pozostawiając kwestie zgłaszania dowodów i ich przeprowadzania stronom. Z drugiej strony ustawodawca pozostawił wyjątek w postaci możliwości prowadzenia przez sąd dowodu z urzędu w szczególnie uzasadnionych przypadkach. Tak więc istnieje możliwość, aby sąd asekurował pokrzywdzonego. Nie powinien tego czynić zgodnie z literą nowelizacji i jej założeniami, ale też jeżeli to uczyni w duchu dążenia do prawdy materialnej i ochrony słusznych praw pokrzywdzonego, trudno będzie mu uczynić z tego zarzut.

Nowy model procesu sprzyja też godzeniu sprawcy z ofiarą?

Przewiduje to art. 59a k.k., który wprowadza instytucję tzw. umorzenia restytucyjnego. To nowość. Przy przestępstwach mniejszego kalibru, jeżeli dojdzie do pojednania pokrzywdzonego ze sprawcą, wówczas sąd będzie mógł umorzyć postępowanie. Warunkiem umorzenia będzie też zapłata zadośćuczynienia lub odszkodowania przez sprawcę na rzecz pokrzywdzonego. To właśnie jeden z przejawów zwiększania roli pokrzywdzonego. Jego wniosek będzie bowiem decydował o tym, czy sąd będzie mógł skorzystać z takiego instrumentu. Poza tym ustawodawca dostrzegł, że w wielu przypadkach pokrzywdzonemu bardziej zależy na tym, żeby doszło do naprawy wyrządzonej mu szkody niż na tym, by sprawca został skazany. To dobre rozwiązanie, ponieważ sprawca ma motywację, żeby naprawić krzywdę lub szkodę, ale i pokrzywdzony wychodzi z postępowania usatysfakcjonowany, w tym znaczeniu, że choć padł ofiarą przestępstwa, szybko jego strata zostanie naprawiona bez konieczności przeprowadzania często długiego i niekomfortowego postępowania dla samego pokrzywdzonego.

Kolejne uprawnienie, o którym osoby faktycznie pokrzywdzone na skutek przestępstw o charakterze ogólnym będą mogły jedynie pomarzyć?

Niestety. Ta instytucja będzie zarezerwowana tylko dla tych, którzy wypełniają definicję zawartą w art. 49 k.p.k. Osoba, która nie uzyska statusu pokrzywdzonego, choć faktycznie nim jest, nie skorzysta z tej nowości. Czym więcej będzie więc uprawnień dla pokrzywdzonego, tym bardziej takie osoby będą się czuły pokrzywdzone.

Od lat w świecie prawa karnego mówi się o potrzebie zmiany definicji pokrzywdzonego. Skąd ten opór?

Trudno wskazać jedną przyczynę. Może to kwestia przyzwyczajenia do aktualnego stanu rzeczy. Opór byłby wytłumaczalny, gdyby rzeczywiście były prowadzone badania, których wyniki wskazywałyby, że nie należy zmieniać treści przepisu, ponieważ nastąpiłoby ogromne poszerzenie kręgu pokrzywdzonych, co mogłoby być nie do uniesienia przez wymiar sprawiedliwości. Może wsłuchano się za bardzo w argumenty tych, którzy mogą się obawiać, że to na nich skupiłby się ciężar prowadzenia tych postępowań. Zdecydowanie konieczna jest merytoryczna debata o sytuacji osób, które zostały faktycznie pokrzywdzone. Skoro jednym z celów postępowania karnego jest ochrona osób pokrzywdzonych, to ustawodawca nie może nie dostrzegać, że przepis krzywdzi część ludzi, którzy faktycznie padli ofiarą przestępstw.

Zajmuje się pan problemem niesłusznych oskarżeń i skazań. Jak bardzo fałszywe zeznania mogą zaważyć na życiu i wolności osoby oskarżonej?

Zdecydowanie mogą. Liczba skazań za składanie fałszywych zeznań rośnie. Jest to poważne przestępstwo, które nie może być bagatelizowane, a patrząc wstecz - tak było. Problem był prawie niedostrzegalny w praktyce. Zeznania świadka, zwłaszcza zaś w postępowaniu karnym, mogą zaś doprowadzić człowieka do zakładu karnego. Często jest bowiem w procesie tak, że jedynymi dowodami są wyjaśnienia oskarżonego i słowa pokrzywdzonego. Dlatego tak ważne jest to, żeby świadkowie mieli świadomość tego, że jeżeli zeznają muszą mówić zgodnie z prawdą, a jeżeli czegoś nie wiedzą, powinni też poinformować o tym sąd. Kłamstwo przed sądem może zniweczyć cały proces dojścia do prawdy. I tu pojawia się dramatyczna sytuacja o której rozmawiamy: osoby, które mają poczucie, że ktoś kłamał składając zeznania w ich sprawie, są praktycznie bezradne na gruncie procesu. A ostatecznie może od tego zależeć kwestia wznowienia postępowania.

Czasem w reportażach dziennikarze docierają do świadka oskarżenia, który po latach mówi: kłamałem...

I tu z kolei pada wniosek o wznowienie postępowania, a sąd mówi: nie uwzględniamy tego wniosku. I ma rację, ponieważ brak jest prawomocnego wyroku skazującego za składanie fałszywych zeznań. A kodeks postępowania karnego w tym przypadku wymaga, że jeżeli przestępstwo zostało popełnione w związku z postępowaniem, jak np. kwestia związana ze składaniem fałszywych zeznań, to najpierw musi zapaść wyrok skazujący, a dopiero potem można złożyć wniosek o wznowienie postępowania. Dlatego tak ważna jest redakcja art. 49 k.p.k.

Kto ma trudniej: obrońcy oskarżonych czy adwokaci reprezentujący pokrzywdzonych?

Nie można dokonać takiego podziału. Jestem adwokatem, a adwokat ma pomagać osobom, które się do niego zgłoszą: zarówno pokrzywdzonym, jak i oskarżonym. To są różne funkcje i różne akcenty w postępowaniu. Różne też wartości, które się eksponuje przed sądem. W jednym i drugim przypadku trzeba dostrzec w całej sprawie człowieka, jego problem, czasem nawet tragedię związaną ze sprawą. Oskarżony to też człowiek, który ma swoje prawa. Czasem - na co wskazują statystyki - jest niesłusznie oskarżony. I nie może być tak, że z samego faktu oskarżenia człowiek traci godność i szacunek, a jego droga przez proces jest jedynie formalnością prowadzącą do wymierzenia kary.

Adwokat zawsze stoi po dobrej stronie?

Tak. Stojąc po stronie oskarżonego też stoję po dobrej stronie. Oskarżony nawet jeżeli popełnił przestępstwo, ma prawo do tego, żeby dostrzec dobre strony jego osoby. Nie oznacza to, że nie zostanie ukarany, ale oznacza to, że adwokat nie może przyłączać się do tych którzy krzyczą: karać surowiej, mocniej, bardziej spektakularnie.

W głośnych procesach bycie obrońcą sprawcy brutalnego przestępstwa stygmatyzuje?

Adwokat w ogóle nie powinien na to zwracać uwagi. Powinien mieć w sobie zarówno odwagę cywilną, jak i umiejętność subtelnego przekazania, że oskarżony też ma swoje prawa, nawet jeżeli popełnił straszne zło, za które będzie płacił do końca życia. Dla sprawiedliwego osądu trzeba wydobyć i pokazać sądowi to, co przemawia na korzyść oskarżonego. Może nie doprowadzić to do uniewinnienia, ale wydobycie takich pozytywnych stron oskarżonego może przesądzić choćby o złagodzeniu kary. Adwokat nie powinien zwracać uwagi na stosunek do sprawy i jego klienta opinii publicznej, ani nie powinien wsłuchiwać się w komentarze z zewnątrz. Jeżeli patrzy na poklask czy poszukuje aprobaty dla swoich działań i w tym duchu kształtuje swoją strategię procesową, to oznacza, że naprawdę rozminął się z powołaniem zawodowym. Trzeba bronić z przekonaniem, nawet jeżeli cały świat jest przeciwko klientowi. Klient wierzy w swojego adwokata i adwokat musi z nim pozostać do końca.

Sięgnijmy jeszcze do nowelizacji k.p.k. Jest pan zwolennikiem zmian, które wejdą w życie 1 lipca 2015 r.?

Tak. Ten kierunek mi się podoba.

Ale z opinii do projektu nowelizacji procedury karnej, której jest pan współautorem, wynika, że ma pan zastrzeżenia.

Moje zastrzeżenia budzi nie tyle sam kierunek nowelizacji, ile to, czy przyjęte przez ustawodawcę rozwiązania asekuracyjne nie wywrócą do góry nogami całego założenia zmiany modelu procesu karnego. Poza tym nie dostrzeżono wagi postępowania przygotowawczego. Jeżeli zatem wprowadzamy model kontradyktoryjny, to należało tak ukształtować postępowanie przygotowawcze, żeby na jego etapie nie był gromadzony materiał dowodowy. Dowody powinny być bowiem przeprowadzane wyłącznie na rozprawie. Jeżeli zaś prokurator będzie chciał prowadzić pełne postępowanie dowodowe, będzie mógł to uczynić w myśl znowelizowanych przepisów, choć oczywiście nie powinien. Co więcej, pozostały te wyjątki, które pozwalają materiały zgromadzone w postępowaniu przygotowawczym wprowadzić do procesu, przez np. odczytywanie protokołów przesłuchań. Trudno więc przewidzieć, jak się w obliczu tej regulacji zachowa prokuratura: czy skieruje do sądu wniosek o przeprowadzenie rozprawy i akt oskarżenia, a dowody będą przeprowadzone przed sądem, czy też zbierze dowody w postępowaniu przygotowawczym, a potem sąd wprowadzi je do procesu.

Coś jeszcze - jako karnistę - niepokoi pana?

Nie byłem zwolennikiem przyjętego brzmienia art. 167 k.p.k., który stanowi, że sąd prowadzi postępowanie dowodowe z urzędu w szczególnie uzasadnionych przypadkach. Uważam, że jeżeli decydujemy się na model kontradyktoryjnego postępowania, to kwestia przeprowadzania dowodów powinna pozostać w gestii stron. To zaś budziło obawy i postawiono na takie kompromisowe rozwiązanie. Można je zaakceptować, ale mój zdecydowany sprzeciw budzi art. 427 par. 4 k.p.k. Określa on, że w apelacji strona nie może zaskarżyć tego, że sąd nie przeprowadził dowodu z urzędu. Ta część przepisu jest słuszna, ponieważ w kontradyktoryjnym modelu, strona nie może czerpać profitu z tego, że pozostawała bierna. Dodano jednak drugą część przepisu, która stanowi, że nie można złożyć apelacji opartej na zarzucie, że sąd przeprowadził dowód z urzędu. Jeżeli więc sąd wykroczy poza granicę szczególnie uzasadnionego przypadku, to strona nie może się odwołać, powołując się na to przekroczenie granic inicjatywy dowodowej z urzędu przez sądu. Sąd może być zaś niesiony siłą przyzwyczajenia, związaną z funkcjonującą od lat inną zasadą: dziś musi przejąć rolę stron, kiedy są one bierne. Model kontradyktoryjny polega zaś zupełnie na czymś odwrotnym. Zmieszanie modelu kontradyktoryjnego z obecnym może doprowadzić więc do tego, że sąd sam może prowadzić postępowanie dowodowe, a strona jest tym związana i nie może w apelacji tego kwestionować. To nie jest spójne z modelem kontradyktoryjnym. Trzeba na coś postawić. Owszem, strona ponosi konsekwencje swojej nieaktywności, ale w idealnym modelu kontradyktoryjnym konsekwencje nadaktywności ponosi też sąd. Bo swoją nadaktywnością zawsze pomaga jednej stronie. A w nowelizacji, odpowiedzialność procesowa sądu została w tym zakresie wyłączona.

Pozostawiono sądowi całkowitą swobodę. Czego można się zatem spodziewać?

Stworzono rozwiązanie, które zależy od praktyki. Mam spore obawy co do tego, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, 1 lipca 2015 r. wszyscy sędziowie przestawią się na model kontradyktoryjny. To nie jest takie proste, żeby sędzia w sprawie karnej, gdzie jest np. oskarżenie o zgwałcenie, uniewinnił oskarżonego, ponieważ prokurator nie wywiązał się ze swoich obowiązków i nie przedstawił materiału dowodowego. Dziś, jeżeli sędzia widzi luki w dowodach, to musi określone dowody dopuścić z urzędu, ponieważ wie jak i gdzie szukać dowodów potrzebnych do wydania orzeczenia w sprawie. Po 1 lipca 2015 r., formalnie, z powodu braku dowodów, powinien uniewinnić takiego oskarżonego. Pytanie, czy siła przyzwyczajenia tu nie zadziała.

Gdzie więc jest miejsce dla sądu w kontradyktoryjnym procesie?

Powinny funkcjonować mechanizmy, które uplasują sąd i strony w nowym modelu oraz nakażą im się do tego przyzwyczaić. Nie pozwolą więc na wyjście z pewnych ram. Przygotowany mechanizm pozwala zaś wybrać: może być tak jak dotychczas albo na nowych zasadach. A wiadomo, że wolimy stosować to, co jest znane. Potrzeba pewnie 5-10 lat, żeby sądy i prokuratury, mając taki wybór, zaczęły swobodnie funkcjonować w modelu kontradyktoryjnych. A to za długi czas, jak na eksperymentowanie z postępowaniem karnym.

Poszerzenie kręgu pokrzywdzonych zwiększy liczbę uczestników postępowania, jednak nie do końca wiadomo, jak bardzo. Są to spekulacje. Nie powinny wzbudzać obaw choćby dlatego, że liczba przestępstw, gdzie występują osoby faktycznie pokrzywdzone, a czyny są skierowane przeciwko dobrom ogólnym, nie jest aż tak przytłaczająca w stosunku do wszystkich przestępstw

@RY1@i02/2014/089/i02.2014.089.07000040b.803.jpg@RY2@

Dr Łukasz Chojniak karnista z Uniwersytetu Warszawskiego, adwokat

Rozmawiała Ewa Maria Radlińska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.