Blogerzy i vlogerzy działają jak media, ale wymykają się wciąż przepisom
Zgodnie z literą prawa twórca lokalnego portalu internetowego podlega tym samym przepisom, co wielki koncern medialny. Tyle że regulacje są na tyle skostniałe, że urzędnicy wcale nie garną się do egzekwowania odpowiedzialności. I choć w internecie prawo w zasadzie nie obowiązuje, nie oznacza to, że blogerzy mogą czuć się bezkarni
Kombinuje wielu. Za pieniądze
Przepisy ustawy z 26 stycznia 1984 r. - Prawo prasowe (Dz.U. nr 5 poz. 24 ze zm.) oraz ustawy z 29 grudnia 1992 r. o radiofonii i telewizji (t.j. Dz.U. z 2017 r. poz. 1414 ze zm.) - choć powinny być stosowane przez internetowych twórców - to nie są. I to nawet przez tych, którzy dostają zlecenia kampanii reklamowych od instytucji publicznych. Wydarzenia ostatnich tygodni to kolejne dowody na to, że litera prawa nijak ma się do praktyki. Przykładem jest kampania o kryptowalutach. Jeden z popularnych youtuberów umieścił film, który obejrzano ponad pół miliona razy. Przekonywał w nim, że inwestycja w kryptowaluty jest skrajnie ryzykowna i można stracić wszystkie pieniądze. Po kilku tygodniach od zamieszczenia filmu okazało się, że twórca został opłacony przez Narodowy Bank Polski. Bank centralny na internetową kampanię antykrypowalutową wydał blisko 100 tys. zł. Przy czym informacja ta ujrzała światło dzienne tylko dlatego, że jeden z interneutów, podejrzewając, iż materiał jest sponsorowany przez NBP, zadał mu pytania w trybie dostępu do informacji publicznej. Podejrzenia okazały się słuszne. Tymczasem materiał umieszczony na YouTubie nie był oznaczony przez blogera jako sponsorowany, choć powinien.
Kombinują także międzynarodowe koncerny. Kilka dni temu Trybunał Sprawiedliwości UE wydał wyrok w sprawie kanału na YouTubie należącego do firmy motoryzacyjnej Peugeot (wyrok TSUE z 21 lutego 2018 r., sygn. akt C-132/17). Przedsiębiorca umieszczał na nim filmy z reklamami swoich samochodów. Sęk w tym, że nie przekazywał w spotach wszystkich wymaganych lokalnym prawem informacji, jak np. o zużyciu paliwa i emisji dwutlenku węgla do atmosfery. Sprawę przeciwko firmie wniosło stowarzyszenie Deutsche Umwelthilfe - niemiecka pozarządowa organizacja zajmująca się m.in. ochroną praw konsumenta. Prawnicy Peugeota przekonywali, że nie było takiego obowiązku - twierdzili, że spoty na YouTubie są tzw. audiowizualną usługą medialną, a nie reklamą (czyli handlowym przekazem audiowizualnym). Trybunał Sprawiedliwości z tą koncepcją jednak się nie zgodził. Wskazał na treść art. 1 ust. 1 lit. a dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2010/13/UE z 10 marca 2010 r. o audiowizualnych usługach medialnych 2010/13/UE (Dz. Urz. UE L95 s.1). Podkreślił przy tym, że podstawowym celem takiej usługi jest dostarczanie ogółowi odbiorców - poprzez sieci łączności elektronicznej - audycji w celach informacyjnych, rozrywkowych lub edukacyjnych.
"Kanał reklam wideo w serwisie internetowym YouTube, taki jak stanowiący przedmiot sporu w postępowaniu głównym, nie może być uważany za mający za główny cel dostarczanie ogółowi odbiorców audycji w celach informacyjnych, rozrywkowych lub edukacyjnych" - wyjaśnili sędziowie. Dodali, że choć spot może być zabawny i przystępny w oglądaniu, to nadal stanowi handlowy przekaz audiowizualny (rozumiany przez dyrektywę jako "obrazy z dźwiękiem lub bez niego, które mają służyć bezpośredniemu lub pośredniemu promowaniu towarów, usług lub wizerunku osoby fizycznej lub prawnej prowadzącej działalność gospodarczą. Obrazy te towarzyszą audycji lub zostają w niej umieszczone w zamian za opłatę lub podobne wynagrodzenie lub w celach autopromocji"). Jeśli więc państwo członkowskie UE wymaga przy emisji reklam dodatkowych informacji dla potencjalnych klientów, to trzeba je umieszczać także na YouTubie. Wyrok ten daje wyraźny sygnał dla firm zamieszczających reklamy w serwisach społecznościowych, ale również dla blogerów czy vlogerów. Oznacza, że przedsiębiorcy wykorzystujący kanały w mediach społecznościowych do autopromocji muszą stosować się do reguł tożsamych dla materiałów reklamowych. Przykładowo, jeśli reklama musi zawierać określone informacje dla konsumentów, muszą się one znaleźć także w klipie na YouTubie. Jeżeli zaś umieszczający filmy się do tego nie zastosuje, będzie narażony na konsekwencje, wynikające z naruszeń prawa (najczęściej są one określone w ustawach branżowych). Możliwe też, że krajowy organ ochrony konsumentów postanowi nałożyć karę finansową (co do zasady do 10 proc. rocznych przychodów) za nierzetelną reklamę (kwestię tę omawiamy w dalszej części).
Skostniałe regulacje
Polskie prawo prasowe w żadnym miejscu nie odwołuje się do blogerów. Nic dziwnego: skoro jeszcze kilkanaście tygodni temu - przed nowelizacją z 27 października 2017 r. - w art. 2 odwoływało się do PRL. Powstało zresztą w latach 80. ubiegłego wieku, kiedy o internecie jeszcze nikt nie myślał
Nie powinno budzić jednak większych wątpliwości, że lokalny serwis czy blog podlegają przepisom prawa prasowego, a umieszczane na nich wpisy są materiałami prasowymi. Wynika to z szeroko zakrojonych definicji znajdujących się w art. 7 ustawy. Zgodnie z ust. 2 pkt 1 tego przepisu "prasa" oznacza "publikacje periodyczne, które nie tworzą zamkniętej, jednorodnej całości, ukazujące się nie rzadziej niż raz do roku, opatrzone stałym tytułem albo nazwą, numerem bieżącym i datą, a w szczególności: dzienniki i czasopisma, serwisy agencyjne, stałe przekazy teleksowe, biuletyny, programy radiowe i telewizyjne oraz kroniki filmowe; prasą są także wszelkie istniejące i powstające w wyniku postępu technicznego środki masowego przekazywania, w tym także rozgłośnie oraz tele- i radiowęzły zakładowe, upowszechniające publikacje periodyczne za pomocą druku, wizji, fonii lub innej techniki rozpowszechniania; prasa obejmuje również zespoły ludzi i poszczególne osoby zajmujące się działalnością dziennikarską". Jeśli więc za prasę, która podlega pod prawo prasowe, uznaje się "wszelkie istniejące i powstające w wyniku postępu technicznego środki masowego przekazywania, upowszechniające publikacje periodyczne za pomocą druku, wizji, fonii lub innej techniki rozpowszechniania" - zatem zaliczyć do niej należy również blogi. Zgodnie zaś z art. 7 ust. 2 pkt 4 każdy wpis na blogu jest materiałem prasowym. Ten bowiem ustawodawca definiuje jako "każdy opublikowany lub przekazany do opublikowania w prasie tekst albo obraz o charakterze informacyjnym, publicystycznym, dokumentalnym lub innym, niezależnie od środków przekazu, rodzaju, formy, przeznaczenia czy autorstwa".
Podleganie pod prawo prasowe wiąże się z szeregiem obowiązków i ograniczeń w prowadzonej działalności. Podstawowe pytanie, które zadaje wiele osób, brzmi, czy blog musi być zarejestrowany. Artykuł 20 ust. 1 prawa prasowego wprowadza bowiem wymóg rejestracji w sądzie okręgowym w przypadku wydawania dziennika lub czasopisma. Ale czy za dziennik lub czasopismo należy uznać blog? Nie wiadomo. Definicje ustawowe tych pojęć są dość szerokie, ale trudno jednoznacznie wskazać, czy blogi się w nich mieszczą. Ostrożniejsi blogerzy dokonują rejestracji. Przytłaczająca większość jednak nie. Na razie, nie spotykają się z konsekwencjami.
@RY1@i02/2018/044/i02.2018.044.18300110a.801(c).jpg@RY2@
Zalew publikacji w mediach społecznościowych
Ustawa o radiofonii i telewizji z innej epoki
Ustawa o radiofonii i telewizji jest równie skostniała co prawo prasowe. Na niedawnej konferencji z okazji ćwierćwiecza jej funkcjonowania Witold Kołodziejski, przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, wskazał, że "po 25 latach ustawy medialnej możemy powiedzieć, że została stworzona w zupełnie innej epoce, nieadekwatnej do dzisiejszej rzeczywistości, więc jest to dobry moment do zmian". Ewentualna nowa regulacja powinna w znacznie większym stopniu dotyczyć internetu. Bo czy obecna w ogóle go dotyczy, czy obejmuje swą mocą tylko radio i telewizję?
Otóż definicje z art. 4 ustawy nie ograniczają usług medialnych jedynie do radia i telewizji. W świetle przepisów więc można przyjąć, że osoba umieszczająca regularnie i w celach zarobkowych filmy np. na serwisie YouTube podlega pod niektóre przepisy ustawy o rtv. Tyle że - przyznawała to wielokrotnie sama Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji - nad internetową sferą działalności nie ma ona w zasadzie żadnego nadzoru. KRRiT jest zbyt małą i zbyt skromnie wyposażoną w kadry i środki instytucją, by w pełni kontrolować to, co się dzieje na YouTubie. W pewnym uproszczeniu można więc przyjąć, że są obowiązki, ale nie ma nadzoru i konsekwencji. Te ostatnie dotyczą bowiem w praktyce tylko profesjonalnych nadawców. Internetowym twórcom aparat państwowy przecież nie może zabronić nadawania, nie może odebrać koncesji, bo vlogerzy ich wcale nie posiadają. Formalnie można sobie wyobrazić zastosowanie względem vlogera art. 53c ustawy o rtv. Przewiduje ona, że za naruszenie przepisów o lokowaniu produktów (o czym w dalszej części tekstu) przewodniczący KRRiT może wymierzyć karę w wysokości do dwudziestokrotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw, czyli ok. 80 tys. zł. Nigdy jednak taka sytuacja się nie zdarzyła.
Skostniałą ustawę chciała przystosować do obecnych realiów była już minister cyfryzacji Anna Streżyńska. Przygotowany przez nią projekt nowelizacji ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną przewidywał zmiany również właśnie w ustawie o rtv. Przewodniczący KRRiT, zgodnie z proponowanym art. 3a ust. 3, miał być krajowym punktem kontaktowym w zakresie usług świadczonych drogą elektroniczną w ramach środków społecznego przekazu. Rada miała zaś uzyskać kompetencje do wnioskowania o wyjaśnienia od internetowych nadawców. Projekt wylądował jednak w szufladzie. I z naszych informacji wynika, że prędko nie zostanie z niej wyjęty. A to dlatego, że niektóre środowiska w zwiększeniu uprawnień KRRiT widziały chęć cenzurowania internetu. I choć z brzmienia projektu to nie wynikało, to sama Anna Streżyńska przyznała, że jest w resorcie wiele innych poważnych i zarazem mniej kontrowersyjnych zadań do wykonania. Obecnie zaś ministerstwo czeka od kilku tygodni na nowego ministra.
WAŻNE
Interpretacja przepisów wskazuje, że lokalny serwis czy blog podlegają przepisom prawa prasowego, a umieszczane na nich wpisy są materiałami prasowymi.
Bezkarność, która może się jednak odbić czkawką
Blogerzy i vlogerzy powinni poinformować o tym, że dany tekst lub film jest sponsorowany lub zawiera lokowanie produktu. Niestety, często uważają, że ich to nie dotyczy. Tymczasem pomijanie oznaczenia materiałów reklamowych może zostać uznane za nieuczciwą praktykę rynkową
Scena z filmiku umieszczonego na popularnym kanale na YouTubie. Kilkoro youtuberów wsiada w samochód jednej ze znanych marek. Kolejne kilkanaście minut spędzają w pojeździe. Z ich stwierdzeń wynika, że samochód jest wygodny, zrywny, a w jego wnętrzu jest dużo miejsca na nogi. Widz co pewien czas widzi logo producenta. Materiał w żaden sposób nie jest oznaczony. Jeden z występujących youtuberów zapytany o to, czy dostał ofertę promocyjną od producenta auta, odpowiada, że to jego sprawa.
A teraz kolejny przypadek: fragment relacji na blogu o modzie męskiej. Autor przeprowadza test golarek popularnej firmy. Zachwala je. Jego zdaniem "w zasadzie nie mają wad". Kilka dni po opublikowaniu testu na swoim facebookowym kanale ogłasza, że ma do sprzedania golarki. W ogłoszeniu czytamy, że "tylko raz wyjęte z pudełka w celu zrobienia zdjęć. Nieużywane".
Tego typu przypadków w internecie jest ogrom. W mało którym portalu, na blogu czy kanale YouTube, znajdują się oznaczenia o tym, że odbiorca ma do czynienia z akcją sponsorowaną, sponsorowanym testem lub chociaż wskazaniem, że firma przekazała twórcy produkt na własność. A w świetle prawa - skoro uznajemy, że twórcy podlegają pod prawo prasowe lub ustawę o radiofonii i telewizji - stosowne oznaczenia o reklamowym charakterze materiału, lokowaniu produktu czy też o sponsorze powinny się znajdować. Artykuł 36 ust. 3 prawa prasowego stanowi bowiem, że ogłoszenia i reklamy muszą być oznaczone w sposób niebudzący wątpliwości, iż nie stanowią materiału redakcyjnego.
Reklama, lokowanie produktu
W ustawie o radiofonii i telewizji ustawodawca wprowadził rozróżnienie na reklamę i lokowanie produktu. Reklamą - zgodnie z art. 4 pkt 17 - jest przekaz handlowy pochodzący od podmiotu publicznego lub prywatnego w związku z jego działalnością gospodarczą lub zawodową, zmierzający do promocji sprzedaży lub odpłatnego korzystania z towarów lub usług. Reklamą jest także autopromocja.
Lokowaniem produktu z kolei, zgodnie z art. 4 pkt 21, jest przekaz handlowy polegający na przedstawieniu lub nawiązywaniu do towaru, usługi lub ich znaku towarowego w taki sposób, że stanowią one element samej audycji w zamian za opłatę lub podobne wynagrodzenie, a także w postaci nieodpłatnego udostępnienia towaru lub usługi.
W przypadku filmów vlogerów znacznie popularniejsze będzie więc lokowanie produktu. Warunki lokowania zawarte są w art. 17a ustawy o radiofonii i telewizji. Jest ono dopuszczalne wyłącznie:
1) w filmach kinematograficznych, filmach lub serialach wytworzonych na użytek audiowizualnych usług medialnych, a także w audycjach sportowych oraz audycjach rozrywkowych, lub
2) w postaci nieodpłatnego udostępniania towaru lub usługi do wykorzystania w audycji, w szczególności w charakterze rekwizytu lub nagrody - z wyłączeniem audycji dla dzieci.
Są obowiązki
Filmy nagrywane przez vlogerów można uznać za audycje rozrywkowe, więc co do zasady lokowanie produktu jest dozwolone. Ale, jak stanowi art. 17a ust. 2, audycje, w których stosuje się lokowanie produktu, powinny być oznaczone za pomocą znaku graficznego. Na końcu materiału autor zaś powinien umieścić neutralną informację o producencie lub sprzedawcy lokowanego towaru lub podmiocie świadczącym lokowaną usługę oraz o samym towarze lub usłudze.
Tyle teoria. A praktyka? Vlogerzy nie stosują się do przepisów, bo nikt ich z tego nie rozlicza. Nie grozi im też żadna sankcja, bo vlogerowi nie sposób odebrać zezwolenia na prowadzenie działalności medialnej. Nie jest on bowiem w żaden sposób zależny od aparatu państwowego - nie korzysta np. z multipleksu. Przeciętnego twórcę interesuje jedynie regulamin platformy, na której umieszcza filmy. A jak pokazuje praktyka, korporacje zarabiające w internecie na hostingu filmów nie przejmują się zbytnio polską ustawą o rtv.
Uwaga na nieuczciwą konkurencję
To, że Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zasadniczo nie ma narzędzi reagowania na naruszenia, nie oznacza, że mogą czuć się całkowicie bezkarni. Paradoksalnie najwięcej możliwości przeciwdziałania patologiom wśród internetowych twórców ma Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Tyle że ze swych narzędzi w zasadzie nie korzysta.
Nieoznaczenie materiału sponsorowanego uznać bowiem można za czyn nieuczciwej konkurencji w rozumieniu art. 3 ust. 1 i 2 ustawy z 16 kwietnia 1993 r. o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji (t.j. Dz.U. z 2018 r. poz. 419). Ustawodawca postanowił wprost, że czynem nieuczciwej konkurencji jest nieuczciwa reklama. Tą może być - zgodnie z art. 16 ust. 1 pkt 4 ustawy - wypowiedź, która, zachęcając do nabywania towarów lub usług, sprawia wrażenie neutralnej informacji. Związkowo może być zastosowany także pkt 2 tego samego artykułu ustawy, który zakazuje tworzenia i emitowania reklam mogących wprowadzić konsumenta w błąd. Sytuacja, w której ufa on w polecenia swojego ulubionego blogera, podczas gdy twórca nie recenzuje rzetelnie produktu, a jedynie bazuje na przekazanych mu przez reklamodawcę informacjach, może być uznana za wprowadzanie w błąd.
Jak wyróżniać materiały sponsorowane
● gdy otrzymuje pieniądze od producenta sprzętu lub dystrybutora;
● gdy przeprowadza sponsorowany test;
● gdy dostawca sprzętu do testu informuje, że recenzent będzie mógł zatrzymać towar;
● gdy twórca przeprowadza relację z wydarzenia, na które pojechał za pieniądze firmy zapraszającej (np. tygodniowy wyjazd do Korei na konferencję produktową dużego producenta sprzętu elektronicznego).
Poza lokowaniem produktów, którego zasady są ściśle określone, brak jest przepisów określających sposób oznaczania. Istotą jest to, aby odbiorca nie miał wątpliwości, że twórca odniósł korzyści związane z powstaniem danego materiału. Dlatego dobrym pomysłem jest krótko wyjaśnić, np. na dole tekstu, na jakich zasadach strony współpracują. Rzetelni blogerzy umieszczają adnotacje typu "sprzęt do testów został przekazany przez firmę X", "firma Y zapłaciła za przeprowadzenie testu, ale nie ma wpływu na jego wynik" czy "wyjazd za zaproszenie firmy Z".
ⒸⓅ
Odpowiedzialność cywilna
Stwierdzenie czynu nieuczciwej konkurencji w zakresie reklamy ma przede wszystkim konsekwencje cywilistyczne. Pozwala rynkowym konkurentom w uproszczony sposób żądać usunięcia naruszeń, naprawienia szkody oraz zasądzenia odpowiedniej sumy na określony cel społeczny. Odpowiedzialność taka grozi nie tylko samemu blogerowi. Zgodnie bowiem z art. 17 ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, czynu nieuczciwej konkurencji, w rozumieniu art. 16, dopuszcza się również agencja reklamowa albo inny przedsiębiorca, który reklamę opracował.
Co ciekawe, nie budzi wątpliwości, że przepisom ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji podlegają internetowi twórcy, którzy prowadzą działalność gospodarczą. Ale co z tymi blogerami, którzy jej nie prowadzą? Niestety - jak wydaje się - oni raczej ustawie nie podlegają. Orzecznictwo w tym względzie jest różne, ale dominuje pogląd, że ustawa co do zasady dotyczy tylko przedsiębiorców (np. wyrok Sądu Apelacyjnego w Krakowie z 23 sierpnia 2017 r., sygn. akt I ACa 411/17).
Problematyczna autoryzacja
Z kolei podleganie blogerów pod działanie prawa prasowego oznacza, że ich obowiązkiem jest autoryzowanie wypowiedzi. To dla dziennikarzy jeden z najbardziej uciążliwych obowiązków. Wielu z nich, a bez wątpienia większość blogerów, nie ma jednak pojęcia, co trzeba autoryzować, a czego nie. W środowisku blogerskim głośny swego czasu był przypadek sporu między sporym portalem technologicznym a prezesem jednej ze spółek. Autor artykułu przeprowadził wywiad z menedżerem, a następnie go opublikował w serwisie. Prezes zaś był przekonany, że dostanie tekst do autoryzacji. Gdy zapoznał się z zamieszczoną rozmową - ponoć mocno odbiegającą w treści od tej rzeczywiście przeprowadzonej - zagroził właścicielom portalu i blogerowi pozwem. Ostatecznie strony się dogadały.
Kiedy zatem należy autoryzować, a kiedy nie? Wyjaśniamy to w wielkim skrócie na przykładach .
Co bloger powinien autoryzować, a czego nie musi?
PRZYKŁAD 1
Bloger uczestniczył w konferencji prasowej. Zamieścił z niej relację następującej treści: "Na konferencji burmistrz Jan Kowalski wygłosił oświadczenie. - Mój zastępca zostanie lada dzień odwołany - stwierdził".
Takiej wypowiedzi nie trzeba autoryzować, gdyż została wygłoszona publicznie.
PRZYKŁAD 2
Bloger rozmawiał bezpośrednio z burmistrzem. W relacji ze spotkania zacytował wprost słowa burmistrza w następującym fragmencie: "Mój zastępca zostanie lada dzień odwołany - mówi burmistrz Jan Kowalski".
Taką wypowiedź należy autoryzować. Bloger mógłby uniknąć jednak obowiązku autoryzacji, gdyby pozyskaną podczas spotkania wypowiedź omówił: "Burmistrz Jan Nowak stwierdził, że jego zastępca zostanie lada dzień odwołany". Takiej wypowiedzi nie trzeba autoryzować, gdyż nie jest wypowiedzią dosłownie cytowaną, a dziennikarskim omówieniem.
ⒸⓅ
Artykuł 14a ust. 1 prawa prasowego stanowi, że dziennikarz (bloger) nie może odmówić osobie udzielającej informacji autoryzacji dosłownie cytowanej wypowiedzi, o ile nie była ona uprzednio publikowana lub była wygłoszona publicznie. Ma też obowiązek poinformować rozmówcę o przysługującym prawie do autoryzacji.
Warto też pamiętać, że prawo do autoryzacji nie jest tożsame z prawem wyboru, co ma zostać opublikowane. Jeśli dziennikarz (bloger) wysyła lokalnemu politykowi dwa zdania do autoryzacji, a ten je akceptuje i dopisuje dziesięć kolejnych - dziennikarz może wykorzystać jedynie te dwa, na których użyciu mu zależy.
Widmo grzywny
Kwestia autoryzacji wypowiedzi powinna być dla internetowych twórców szczególnie istotna, gdyż to jeden z niewielu przypadków, gdy odpowiedzialność za niezastosowanie się do przepisów jest realna. Zgodnie z art. 49b ust. 1 prawa prasowego "kto publikuje dosłownie cytowaną wypowiedź bez umożliwienia osobie udzielającej informacji dokonania autoryzacji na zasadach określonych w art. 14a - podlega karze grzywny". Uwolnić się od odpowiedzialności karnej można wówczas, gdy opublikowana wypowiedź była identyczna z udzieloną przez osobę udzielającą informacji. To bezpiecznik zastosowany przez ustawodawcę, by niemożliwe było storpedowanie pracy dziennikarskiej poprzez nieautoryzowanie wypowiedzi lub jej całkowite przekręcenie w ramach autoryzacji.
Bardzo nam brakuje ustawy o prawie reklamy
JAKUB KRALKA: Praktyki nieuczciwych blogerów, youtuberów, portali czy czasopism rodzą problemy dla rynku prasowego. Skutkują między innymi spadkiem zaufania dla mediów
Czy blogerzy podlegają pod prawo prasowe?
Przede wszystkim wbrew powszechnemu przekonaniu - dziennikarze są beneficjentami prawa prasowego, które nadaje im nowe uprawnienia, jednocześnie jedynie potwierdzając odpowiedzialność zawartą w innych ustawach. Tak więc sam fakt niepodlegania pod ustawę - Prawo prasowe wcale nie zwalnia z odpowiedzialności prawnocywilnej czy nawet prawnokarnej za rzeczy, które pisze się w internecie. Warto o tym pamiętać, żeby nie ulec ułudzie, że dla blogera podleganie pod ustawę jest generalnie złe, a niepodleganie - dobre. Ale jednocześnie w nieco mniej uprzywilejowanej pozycji jest za to wydawca. A przecież bloger to zazwyczaj równocześnie wydawca, redaktor naczelny i po prostu redaktor. Chodzi tu jednak głównie o wymogi quasi-administracyjne w postaci rejestracji prasy. W sieci w sposób faktyczny rejestr ten zastąpił NASK, przez swoich pośredników skupiający właścicieli domen internetowych.
No dobrze, ale niezależnie od tego, czy to korzystne, czy nie - czy blogerzy podlegają ustawie?
Tu nie ma prostej odpowiedzi na zasadzie "tak" lub "nie". Archaiczne prawo prasowe projektowano w czasach, gdy nie było wolnej prasy. Nie było RMF FM, Polsatu, TVN-u, nie było nawet portali internetowych w postaci Wirtualnej Polski, Onetu lub Bezprawnik.pl. Nawet jeśli ustawa była nowelizowana pod kątem istnienia tych podmiotów, to nieszczególnie to widać.
Z mojej analizy wynika jednak, że bloger podlega prawu prasowemu. Tak jest skonstruowany art. 7 ustawy - Prawo prasowe. Choć przyznaję, że pozostawia wiele wątpliwości interpretacyjnych, gdyż powstawał w odległych czasach internetowej prehistorii. Jestem skłonny wyobrazić sobie odważny sąd, który nawet dużemu portalowi internetowemu zgodziłby się odmówić statusu prasy, ze względu na wskazany w ustawie wymóg numeracji publikacji, którego przecież blogi i portale nie spełniają. Obecnie orzecznictwo zdaje się jednak przychylać do obowiązku rejestracji stron internetowych jako prasy, zwalniając z niego jedynie bardzo drobnych blogerów.
Wielu blogerów na to narzeka.
W pełni ich rozumiem. Te formalności są niepotrzebne i zupełnie oderwane od medialnej rzeczywistości. Na przykład wspomniana rejestracja. O wiele lepszym rozwiązaniem byłoby pozostawić coś takiego w kwestii wolnego wyboru, np. dopisania się do elitarnego klubu prasowego dopiero przez fakt fakultatywnej rejestracji tytułu i dopiero wówczas podlegania prawu prasowemu. Popatrzmy na jeden przykład, konkretnie wymóg autoryzacji. Przecież nierzetelnie cytowany rozmówca ma względem dziennikarza (blogera) roszczenia na gruncie ogólnych przepisów prawa cywilnego. Obecnie autoryzacja jest wyłącznie narzędziem do przepisywania odpowiedzi przez sztaby marketingowców i spin-doktorów, a więc wręcz kłóci się z duchem ustawy.
Może najwyższy czas znowelizować prawo prasowe lub uchwalić całkiem nowe, by nie było żadnych wątpliwości?
Nawet gdybyśmy znowelizowali prawo prasowe, a w gronie definicji dodali pojęcie "blogera", to i tak ustawa zachowałaby swój wiecznie spóźniony charakter. Przecież to nie tylko blogi. Dziś tweety i posty na Facebooku rujnują autorytety i obalają rządy. Kwestią czasu jest, kiedy jakiś skandal dyplomatyczny zrodzi się na Instagram Stories. Kto jest bardziej prasą - twórcy konta "Make Life Harder" śledzeni na Facebooku przez setki tysięcy ludzi czy regularnie publikujący bloger, o którego istnieniu wie pięciu stałych czytelników?
A czy vlogerzy podlegają pod ustawę o radiofonii i telewizji?
W przypadku ustawy o radiofonii i telewizji przywykliśmy do zakładania, że odnosi się do radia i telewizji. W 2011 r. pod wpływem tzw. dyrektywy audiowizualnej podjęto jednak wysiłek, by dostosować jej kształt do nowoczesnego rynku medialnego, regulując m.in. kwestię VOD. W świetle tej ustawy "usługą medialną" mogłyby zostać uznane również publikacje takie jak filmy w serwisach YouTube, Facebook, Snapchat czy Instagram.
Jednak czy ustawa o radiofonii i telewizji powinna być stosowana w odniesieniu do youtuberów? Nie wiem. Trochę raźniej jest mi w tej niewiedzy, skoro nawet sama KRRiT w 2014 r. w niezbyt pewnym siebie tonie komunikowała, że raczej się do tego typu "zjawisk" nie poczuwa. Wątpliwości interpretacyjnych nie ułatwiły niespójne z ostatecznym tekstem ustawy komunikaty ministerstwa, w których zapowiadało ono, że youtuberzy mogą spać spokojnie. Niełatwe jest też rozumienie samej ustawy, która w swoich definicjach nie ustrzegła się błędów circulus in definiendo. Już na etapie definicji, kluczowych z punktu określenia adresatów ustawy, wpadamy w spiralę wzajemnych odesłań.
Pytam przede wszystkim w kontekście konieczności oznaczania reklam i lokowania produktu.
W Polsce nie mamy ustawy o prawie reklamy. Bardzo jej brakuje. Prawne aspekty reklamy są niejasne i nieuporządkowane. Dla wydawcy chcącego emitować treści sponsorowane zawsze rekomenduję lekturę ustaw: prawo prasowe, o radiofonii i telewizji, o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym, o ochronie konkurencji i konsumentów oraz wreszcie ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. Już trzy ostatnie, choć oderwane od rzeczywistości medialnej, w wyczerpujący sposób wskazują, czego reklamodawcy nie wolno. Ale przecież to tylko wycinek szerszych regulacji, ponieważ w pomniejszych ustawach szczegółowo mówi się m.in. o reklamie e-papierosów, alkoholi, bukmacherów czy są nawet wewnętrzne regulacje dotyczące adwokatury. Część tych ograniczeń jest w mojej ocenie napisana w sposób bardzo mocno szkodzący gospodarce i niezbyt rzetelny z czysto redakcyjnego punktu widzenia. Przykładowo, czytając ustawę tytoniową i zawartą tam definicję reklamy, mam bardzo poważną obawę, czy nie łamię już prawa, tylko wspominając samo pojęcie "e-papieros" w niniejszej wypowiedzi. Tak właśnie wygląda zdecentralizowane, chaotyczne i często pisane na doczepkę "prawo reklamy".
Ustawy niby precyzyjnie wskazują, że treści sponsorowane powinny być oznaczane. Rzadziej jednak wyjaśniają, w jaki sposób to robić, choć na przykład popularny znaczek o audycji zawierającej lokowanie produktu jest narzucany przez prawo. Reklamodawcom pozostawia się stosunkowo wiele swobody w tej materii i w mojej ocenie nawet prosty, czytelny, odróżniający się kolorystycznie od tła napis "Akcja komercyjna" jest już wystarczającym zadośćuczynieniem przepisom na blogu czy filmie w serwisie YouTube.
A mimo to blogerzy i vlogerzy nie oznaczają treści sponsorowanych...
Niestety w praktyce są to przepisy nieegzekwowane. Widz lub czytelnik powinien posiadać wiedzę na temat komercyjnej inspiracji jakąś usługą. Zaledwie przed kilkoma dniami mogliśmy przeczytać historię NBP i jego realizowanej przez youtuberów kampanii wymierzonej w kryptowaluty. Próżno było szukać na filmach oznaczeń o jakiejkolwiek komercyjnej współpracy - jak zresztą na niemal całym YouTube. Nieco lepiej jest w przypadku blogerów lub portali internetowych, którzy coraz częściej zaczynają oznaczać swoje treści sponsorowane, ale też nie wszyscy i nie wszędzie.
Mam ten przywilej, że rynek mediów i reklamy obserwuję nie tylko jako prawnik, lecz także jako jego uczestnik i współwłaściciel popularnego portalu. Widzę na przykład, jak konkurencja publikuje nasze autorskie, zaproponowane agencji reklamowej tematy, których jednak ostatecznie nie chcieliśmy zrealizować, ponieważ klient zażyczył sobie, by nie pojawiała się informacja o reklamie. A niestety oznaczenia reklamowe obniżają wiarygodność przekazu. U konkurenta takich wzmianek nie dostrzegam.
Media rządzą opinią publiczną, a mediami reklamodawcy. Uważam, że bloger, który jest osobiście związany z promocją jakiejś marki, daje jej swoją twarz i odpowiada za nią swoją wiarygodnością, jest nawet lepszą formą reklamy, niż duży portal internetowy, który zupełnie anonimowo tego samego dnia wyświetla reklamy środków na najbardziej intymne schorzenia, specyfików ze stajni Piotra K. oraz wielki banner odradzającego się co miesiąc pod inną nazwą sklepu z butami z Azji, który pobiera pieniądze, ale jeszcze nigdy nikomu nie wysłał wymarzonych adidasów.
Co w ogóle jest treścią sponsorowaną? Czy tylko wpis lub film, za który twórca dostaje pieniądze?
I tu dotykamy sedna problemu. Bo z jednej strony jesteśmy chyba zgodni co do tego, że wpisy sponsorowane powinny być oznaczane. Ale warto dostrzec, że coraz trudniej określić, co jest materiałem sponsorowanym. Nie mam wątpliwości, że za taki powinien być uważany przekaz, za którego publikację autor pobiera pieniądze. Rozszerzyłbym tę definicję nawet o wszystkie działania bezpośrednio zmierzające do uzyskania korzyści przez twórcę lub wydawcę (coraz popularniejsze stają się linki afiliacyjne). Przy czym chodzi mi o wszelkie korzyści materialne. Bo mniejsi blogerzy czy bywalcy mediów społecznościowych za promocję przeważnie nie otrzymują wynagrodzenia, za to mogą sobie promowany produkt zatrzymać. Skala przedsięwzięcia jest oczywiście mniejsza, ale nie da się ukryć, że tekst był inspirowany możliwością zwiększenia swojego stanu posiadania.
Ale takie problemy dotyczą przecież także mediów tradycyjnych. Przecież nie są rzadkie przypadki, gdy dane media o czymś nie piszą, by nie zrazić reklamodawców, albo by duży klient nie wycofał prenumeraty. Spójrzmy w wyniki badań, jak wiele klasycznych wydawnictw prasowych tak naprawdę żyje jeszcze wyłącznie dzięki byciu prenumerowanym przez instytucje państwowe. To nie są dobre warunki pracy dla działu śledczego, jeśli ma biurka blisko działu sprzedaży.
Jakie są konsekwencje nieoznaczania treści sponsorowanych?
Oczywiście praktyki nieuczciwych blogerów, youtuberów, portali czy czasopism rodzą problemy dla rynku prasowego, skutkujące spadkiem zaufania dla mediów. Twórca w internecie ma dziś realny problem z wyrażaniem opinii, by widz lub czytelnik nie zarzucił mu działalności inspirowanej komercyjnie. Stosowne przepisy istnieją w ustawach dotyczących konkurencji, natomiast wobec mediów i wpływowych internetowych postaci nie są egzekwowane, co w pewnym stopniu można tłumaczyć utrudnieniami na etapie dowodowym. Ale mam wrażenie, że nikt nie podejmuje walki.
Warto pomyśleć o tym, jakimi kwotami operuje rynek reklamowy i zastanowić się nad spójnym, kompleksowym prawem dla reklamodawców i reklamobiorców, porządkującym obecne przepisy. Przede wszystkim warto rozważyć, jak uczynić nawet już istniejące prawo skutecznym. Zasadniczym problemem nie jest bowiem brak prawa czy liczne zagwozdki interpretacyjne, tylko fakt, że ono nie jest egzekwowane nawet w aspektach, gdzie nie ma żadnych wątpliwości. Za tym rozwiązaniem powinny stanowczo lobbować media stosujące uczciwą reklamę, ponieważ nie będą musiały wtedy rywalizować z konkurencją oferującą kryptoreklamę.
ⒸⓅ
Orzecznictwo zdaje się przychylać do obowiązku rejestracji stron internetowych jako prasy, zwalniając z niego jedynie bardzo drobnych blogerów
@RY1@i02/2018/044/i02.2018.044.18300110a.806.jpg@RY2@
fot. Materiały prasowe
Jakub Kralka prawnik specjalizujący się w problematyce prawa mediów i technologii, współwłaściciel portalu internetowego Bezprawnik.pl (serwis w lutym 2018 r. odwiedziło ponad milion unikalnych użytkowników).
Rozmawiał Patryk Słowik
@RY1@i02/2018/044/i02.2018.044.18300110a.802.jpg@RY2@
Patryk Słowik
@PatrykSlowik
Gratis to też dochód, a jest od niego podatek
Blog prowadzony jako hobby po pewnym czasie może zacząć przynosić swojemu autorowi wymierne korzyści w postaci zarobku. Jakikolwiek dochód uzyskany w związku z prowadzeniem bloga, fanpage'a lub vloga musi być opodatkowany.
Takim dochodem mogą być nie tylko pieniądze, ale również prezenty, gratisy, darmowe pobyty w hotelu, kosmetyki, książki i wszelkie inne korzyści, z których bloger korzysta, a za które nie płaci.
Kiedy hobby staje się działalnością
Pierwsze pytanie, jakie staje zwykle przed blogerem, brzmi: czy jego aktywność stanowi już działalność gospodarczą, czy też może on się rozliczać podatkowo bez zakładania firmy?
Żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie - trzeba ocenić, jaki charakter ma mieć blog. Najważniejszą cechą pozarolniczej działalności gospodarczej jest prowadzenie jej w celu osiągnięcia dochodu. Oznacza to, że jeżeli bloger z góry zakłada, że chce na swojej pracy zarobić, a nie prowadzić bloga tylko hobbystycznie, dorywczo albo dla popularności - to może zostać uznane, że prowadzi działalność. Bez znaczenia jest, czy rzeczywiście uda mu się osiągnąć zysk i jak duży - liczy się zamiar.
Kolejną cechą działalności gospodarczej jest prowadzenie jej w sposób zorganizowany i ciągły. Wskazuje na to planowa realizacja określonych zadań oraz podejmowanie ich w sposób systematyczny i powtarzalny. Ciekawie ujął to Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach w wyroku z 13 czerwca 2017 r. (sygn. akt I SA/Gl 1518/1): "Wszelkie działania cechujące się fachowością (stałym, nieokazjonalnym, nieamatorskim charakterem), podporządkowaniem regułom opłacalności i zysku lub zasadzie racjonalnego gospodarowania, działaniem na własny rachunek, powtarzalnością działań (np. seryjnością produkcji, stypizowaniem działań, ciągłością współpracy) i uczestnictwem w obrocie gospodarczym, są pozarolniczą działalnością gospodarczą".
Co ważne, prowadzenie działalności gospodarczej nie jest uzależnione od wpisu do CEiDG. Zatem nawet nie posiadając takiego wpisu, a spełniając powyżej opisanej kryteria - można stać się przedsiębiorcą.
Obowiązki przedsiębiorcy
Uznanie za przedsiębiorcę pociąga za sobą liczne obowiązki. Będąc przedsiębiorcą, bloger przede wszystkim musi:
● rozliczać wszelkie swoje dochody z bloga w ramach działalności gospodarczej; będzie przy tym mógł wybrać podatek liniowy (19 proc.) lub rozliczać się według skali podatkowej (18 proc. i 32 proc.);
● zgłosić się do ubezpieczeń społecznych (ZUS-ZUA lub ZUS-ZZA);
● opłacać co miesiąc składki na ubezpieczenie społeczne - jeżeli nie opłaca ich już z innego tytułu (np. umowy o pracę) oraz składkę zdrowotną; przy czym przez pierwsze 24 miesiące będzie mógł korzystać z tzw. małego ZUS.
Rozliczając się - będzie mógł pomniejszyć przychód o podatkowe koszty uzyskania przychodu.
Na co uważać
Ci, którzy stają się przedsiębiorcami, nie zawsze pamiętają, że z chwilą przejścia na nowe rozliczenia - tracą pewne przywileje. Przykładowo bloger przedsiębiorca musi zwrócić uwagę, że skoro wszystkie jego dochody będą opodatkowane jednakowo - a zatem nie będzie już mógł korzystać z ryczałtu od najmu powierzchni reklamowych (8,5 proc. i 12 proc. dla przychodów powyżej 100 000 zł) - który może być stosowany tylko przez nieprowadzących działalności gospodarczej.
Są także inne kwestie, które często początkującym przedsiębiorcom stwarzają problemy. Przykładowo, nie zawsze wiedzą, że co do zasady dochód do opodatkowania powstanie nawet wtedy, gdy kontrahent jest nierzetelny i nie zapłaci za wykonane usługi, wystarczy, że zgodnie z umową zapłata należy się blogerowi - dochodem z działalności gospodarczej są bowiem "kwoty należne, choćby nie zostały faktycznie otrzymane";
Co jeszcze warto mieć na uwadze? Otóż przedsiębiorca, który chce się rozliczyć według stawki liniowej, musi pamiętać, by wybór tego sposobu opodatkowania musi zgłosić fiskusowi na czas - w przeciwnym razie dochód będzie opodatkowany według skali podatkowej.
Z kolei w przypadku wypłaty wynagrodzenia za granicę z tytułu licencji może wystąpić konieczność poboru podatku u źródła i uzyskania certyfikatu rezydencji podatkowej kontrahenta. Trzeba też pamiętać, by prowadzić dokumentację podatkową, np. w formie podatkowej księgi przychodów i rozchodów.
Kłopotliwe koszty
Kwestią, która sprawia problemy, jest również zaliczanie pewnych wydatków do kosztów. Fiskus bardzo restrykcyjnie podchodzi do kwalifikacji wydatków jako kosztów uzyskania przychodów. Fiskus regularnie odmawia blogerom uznania za koszt uzyskania przychodu większości ich wydatków ponoszonych w związku z prowadzeniem bloga, twierdząc że mają one charakter wyłącznie osobisty. Przykładowo chodzi o: zakup domeny, usługi hostingu, usług wsparcia technicznego, grafików, programistów, zakup aplikacji towarzyszących, zakup odzieży, kosmetyków, perfum, filmów, książek, biletów wstępu na eventy, urządzeń rejestrujących i umożliwiających obróbkę zdjęć.
Co mówią sądy
Jakie koszty bloger-przedsiębiorca może uznać za podatkowe? Bardzo ciekawie wypowiedział się w tym temacie WSA w Gliwicach (sygn. I SA/Gl 287/17): "W ocenie Sądu, w zaskarżonej interpretacji organ wykazał się niekonsekwencją. Z jednej strony bowiem przyznaje, że prowadzenie bloga należy kwalifikować jako działalność gospodarczą, a przychody z jego prowadzenia (...) będą przychodami z działalności gospodarczej, a z drugiej strony twierdzi, że zamieszczanie na blogu opinii, artykułów, zdjęć wskazuje na osobisty charakter wpisów tam zamieszczanych, niemających bezpośredniego związku z działalnością gospodarczą. W rezultacie wydatki związane z prowadzeniem bloga związane są z realizacją osobistych potrzeb wnioskodawczyni, niezależnie od prowadzonej działalności gospodarczej. Tym samym organ zdaje się sugerować, że jest to działalność w zasadzie bezkosztowa. W ocenie Sądu takie stanowisko organu interpretacyjnego nie zasługuje na aprobatę. Należy zdać sobie sprawę, że na popularność bloga ma wpływ wiele czynników między innymi takich jak jego pozycjonowanie w wyszukiwarkach internetowych, reklama bloga w środkach masowego przekazu, osoba blogera (osoby znane przyciągają więcej odwiedzających), wreszcie temat i treść wpisów - atrakcyjność przekazu. Nie można jednak tracić z pola widzenia, że aby taka treść mogła powstać, bloger musi ponieść pewne wydatki związane z tematyką i treścią prowadzonego bloga, inaczej bowiem nie będzie miał narzędzi, aby dotrzeć do reklamodawców i innych zleceniodawców, a tym samym - aby osiągnąć jakikolwiek przychód. Tylko natomiast blog popularny, atrakcyjny wizualnie, mający dużą liczbę odwiedzających może przynieść przychody z jego prowadzenia, o których mowa we wniosku o interpretację.".
OPINIE EKSPERTÓW
Pomijanie informacji o sponsorze może być nieuczciwą praktyką rynkową
@RY1@i02/2018/044/i02.2018.044.18300110a.803.jpg@RY2@
Magdalena Gad-Nowak adwokat, senior associate w kancelarii Squire Patton Boggs
Prawo prasowe mówi wyraźnie, iż ogłoszenia i reklamy muszą być oznaczone w sposób niebudzący wątpliwości, iż nie stanowią one materiału redakcyjnego. Z kolei ustawa o radiofonii i telewizji wymaga, by ogłoszenia i reklamy emitowane w radiu i telewizji były łatwo rozpoznawalne i odróżnione od innych treści za pomocą środków wizualnych, dźwiękowych lub przestrzennych. I chociaż brzmienie przepisów jest oczywiste, to poza nielicznymi chlubnymi przypadkami, większość mediów internetowych (w tym pojawiające się jak grzyby po deszczu blogi) niemal w zupełności pomijają oznaczenie treści o charakterze reklamowym. Blogerzy i vlogerzy, którzy bardzo chętnie nawiązują współpracę reklamową ze znanymi markami, zdecydowanie już mniej chętnie fakt ten oznaczają (poprzez umieszczenie informacji "Tekst sponsorowany", "Tekst powstał we współpracy z marką X"). Wynika to zapewne ze stanu niepewności prawnej, jaki istnieje w odniesieniu do internetowego środka przekazu. Pochodząca z 1984 r. ustawa - Prawo prasowe - choć wielokrotnie nowelizowana - w żadnym miejscu nie zawiera odniesienia do blogów, przez co bez wątpienia nie przystaje do obecnych realiów i uwarunkowań. Również ustawa o radiofonii i telewizji nie precyzuje wprost, czy vlogi podlegają jej przepisom, a więc także wymogom w zakresie oznaczeń reklamy.
Brak jednoznacznej regulacji w odniesieniu do blogów należy ocenić zdecydowanie krytycznie. Tego rodzaju luka prawna rodzi istotne problemy, albowiem blogerzy mają w pełni uzasadnione wątpliwości, czy redagowane przez nich blogi stanowią prasę w rozumieniu przepisów obowiązującego prawa prasowego i czy w związku z tym podlegają oni obowiązkom, jakie na wydawców prasy nakłada ustawa. Orzecznictwo sądów, choć stosunkowo obszerne, często pozostaje w tej materii sprzeczne, przez co ciężko udzielić jednoznacznej odpowiedzi, czy nieoznaczanie materiałów reklamowych przez blogerów jest działaniem niezgodnym z prawem.
Co więcej, brak oznaczenia materiałów reklamowych przez blogerów, którzy bardzo często z blogów "żyją" i prowadzą w związku z tym działalność gospodarczą, może zostać uznany za nieuczciwą praktykę rynkową polegającą na wykorzystywaniu treści publicystycznych w środkach masowego przekazu w celu promocji produktu w sytuacji, gdy przedsiębiorca zapłacił za tę promocję, a nie wynika to wyraźnie z treści lub z obrazów lub dźwięków łatwo rozpoznawalnych przez konsumenta. O ile do tej pory UOKiK nie interesował się właścicielami blogów w kontekście kryptoreklamy, o tyle nie można jednak wykluczyć, iż w miarę jak kolejne sądy będą uznawać będą blogi za prasę (a więc środki masowego przekazu), również i one znajdą się na celowniku UOKiK, narażając ich właścicieli na dotkliwe kary pieniężne.
Dlatego ustawodawca powinien jak najszybciej usunąć stan niepewności prawnej i ostatecznie rozstrzygnąć wątpliwość, czy blogi podlegają przepisom prawa prasowego, czy nie.
ⒸⓅ
Nie każda rekomendacja efektem odpłatnej współpracy
@RY1@i02/2018/044/i02.2018.044.18300110a.804.jpg@RY2@
Paulina Gadomska-Dzięcioł założycielka agencji Effective PR
Nie jest tajemnicą, że influencerzy (to określenie obejmuje każdego, kto wytwarza content i publikuje go internecie, a przy tym ma pokaźną grupę fanów lub obserwatorów) współpracują z firmami w celach komercyjnych. Korzyści są obustronne: blogerzy, youtuberzy otrzymują wynagrodzenie (finansowe lub barterowe), a marka zapewnia sobie dotarcie do ich odbiorców. W tym układzie można by uznać, że oznaczanie treści reklamowych to sprawa wyłącznie między influencerem a jego widownią. Są blogerzy, którzy wprost informują, że dany produkt prezentowany jest we wpisie lub materiale filmowym w ramach współpracy z producentem. Zwykle jednak - w związku z brakiem jasnego obowiązku prawnego w tej materii - takiego oznaczenia nie ma. Pojawia się pytanie: czy odbiorcy influencerów to konsumenci i czy można uznać, że w ten sposób są wprowadzani w błąd?
Z drugiej strony - żeby nie wylać dziecka z kąpielą, trzeba mieć na uwadze, że nie każda rekomendacja blogera jest efektem odpłatnej współpracy. U źródła wielu wpływowych dziś blogów leżał zamysł pokazywania najlepszych czy najciekawszych, zdaniem autora będącego pasjonatem w danej dziedzinie, produktów, usług i miejsc. Problem pojawia się, gdy te "przydatne", "warte zakupienia" bądź "obejrzenia" są prezentowane w zamian za wynagrodzenie od producenta, a followersi nie mają o tym pojęcia.
ⒸⓅ
Wskazówki dla amatorów
Jeżeli bloger prowadzi swoją działalność nieregularnie, bez nastawienia na zysk, ma stałą umowę o pracę, a blog jest tylko zajęciem dorywczym (nie poświęca mu wielu godzin dziennie) - wówczas każdy dochód z bloga będzie kwalifikowany do innego źródła przychodów:
● umowa zlecenia (umowa o dzieło), np. napisanie artykułu sponsorowanego - będzie opodatkowana według skali podatkowej jako działalność wykonywana osobiście (art. 10 ust. 1 pkt 2 ustawy o PIT);
● dzierżawa lub najem powierzchni reklamowej - może być opodatkowana według skali podatkowej lub w formie ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych, na zasadach określonych w ustawie o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne (8,5 proc. i 12,5 proc. dla przychodów powyżej 100 000 zł) - patrz: art. 10 ust. 1 pkt 6 ustawy o PIT;
● dochód ze sprzedaży dostępu do treści znajdujących się na blogu (np. abonament) - będzie opodatkowany według skali podatkowej jako przychody z praw majątkowych (art. 10 ust. 1 pkt 7 ustawy o PIT).
W interpretacji ogólnej z 5 września 2014 r. (sygn. DD2/033/55/KBF/14/RD-75000) minister finansów potwierdził: "Uwzględniając orzecznictwo sądów administracyjnych, stwierdzam, że osoba fizyczna udostępniająca na stronie internetowej miejsce w celu zamieszczenia treści o charakterze m.in. reklamowym za wynagrodzeniem uzyskuje przychód z tytułu umowy o podobnym charakterze do umowy najmu lub dzierżawy. Przychody z tego tytułu należy zakwalifikować do źródła przychodów, o którym mowa w art. 10 ust. 1 pkt 6 ustawy PIT, pod warunkiem że nie są uzyskiwane w ramach działalności gospodarczej".
A co z VAT?
Jeżeli obrót blogera nie przekracza rocznie 200 000 zł i nie prowadzi on dodatkowej działalności, np. doradczej - to będzie on mógł skorzystać ze zwolnienia w VAT. Oznacza to, że nie będzie musiał wystawiać faktur VAT i odprowadzać podatku do urzędu skarbowego, a także spełniać szeregu wymogów formalnych obowiązujących czynnych podatników VAT - takich jak prowadzenie ewidencji, składanie deklaracji, comiesięczne wysyłanie JPK. Z drugiej strony klienci blogera nie będą mogli odliczać VAT od kwot płaconych na jego rzecz. Również sam bloger nie odliczy VAT od swoich faktur zakupowych.
Jeżeli po przeanalizowaniu za i przeciw przedsiębiorca zdecyduje się jednak zarejestrować jako podatnik VAT czynny, będzie musiał złożyć formularz VAT-R (przed dokonaniem pierwszej czynności opodatkowanej) w urzędzie skarbowym właściwym dla miejsca zamieszkania. Jeżeli będzie sprzedawał swoje usługi za granicę, powinien również zawiadomić o tym urząd (także na formularzu VAT-R) i uzyskać numer VAT-UE. Przy czym od złożenia VAT-R nie jest pobierana żadna opłata. Warto jednak jednorazowo zapłacić 170 zł i zawnioskować o rejestrację wraz z wydaniem zaświadczenia o rejestracji.
@RY1@i02/2018/044/i02.2018.044.18300110a.101(c).jpg@RY2@
Dominika Kupisz
adwokat, prowadzi kancelarię TaxUP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu