Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawo internetu i ochrony danych

Prywatyzacja egzekucji prawa

Prywatyzacja egzekucji prawa
28 marca 2019
Ten tekst przeczytasz w 13 minut

Państwo powinno wziąć na siebie większą odpowiedzialność za kwestie ewentualnych naruszeń przepisów w internecie. Nie można tego przerzucać na platformy sieciowe

Z Natalią Mileszyk rozmawia Kamil Nowak

fot. Krzysztof Pacholak/mat. prasowe

Natalia Mileszyk prawniczka związana z Fundacją Centrum Cyfrowe, specjalistka ds. polityk publicznych, zajmuje się prawami cyfrowymi, reformą prawa autorskiego i politykami otwartościowymi. Przez ostatnie dwa lata była zaangażowana w reformę prawa autorskiego na szczeblu europejskim. Będzie gościem Kongresu Demokracji Bezpośredniej (Polish Democracy Forum CEE 2019), który odbędzie się 4-5 kwietnia 2019 r. w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku

Czy internet można uregulować?

Historia pokazuje, że na początku każda nowa technologia rozwija się w pewnej sferze bez regulacji, ale z czasem, gdy znany jest kierunek rozwoju, nadchodzi moment na jej uregulowanie. Tak było choćby z usługami telefonicznymi, które pod koniec XIX w. stanowiły ogromną innowację. Tego nie da się uniknąć – i tak jest z siecią. Zresztą nie jest prawdą, że internet nie jest regulowany, bo prawa obowiązujące w świecie analogowym obowiązują także w cyfrowym. Choć, nie da się tego ukryć, mamy problem z dochodzeniem roszczeń w przypadku naruszenia prawa w internecie.

Dlaczego egzekucja prawa jest tak trudna?

Po pierwsze, w sieci mamy do czynienia z anonimowością internautów. Jest ona bardzo dużą wartością, ale rodzi też poważne wyzwania, bo nie wiadomo, kogo ścigać za naruszenia prawa. Po drugie, w internecie wszystko dzieje się szybko, tymczasem organy ścigania działają dużo wolniej, przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości funkcjonują nadal w rzeczywistości mocno analogowej.

Co to znaczy?

Przypomnijmy sobie choćby, jak wyglądały przesłuchania szefa Facebooka Marka Zuckerberga przed komisją Kongresu po ujawnieniu skandalu z firmą Cambridge Analytica (w marcu 2018 r. ujawniono, że CA – zajmująca się analizą danych z mediów społecznościowych – nielegalnie ściągnęła dane ok. 50 mln użytkowników FB z USA. Na ich podstawie tworzyła profile osobowościowe, pod które przygotowywała przekazy polityczne w formie reklam – red. ), które pokazały, że osoby będące na najwyższych stanowiskach często nie rozumiały, o co w tej całej aferze chodziło. Nic dziwnego zatem, że sędziowie na poziomie krajowym miewają problemy z pojmowaniem działania sieci. Kolejnym, być może największym wyzwaniem, jest problem terytorialności. Prawo, jakie znamy i do którego jesteśmy przywiązani, pochodzi z XIX w. Jest ono mocno związane z władzą państwową w konkretnym kraju. A bardzo trudno jest przywiązać nieznający granic internet do konkretnego, terytorialnego porządku prawnego.

Przegłosowana we wtorek przez Parlament Europejski dyrektywa prawnoautorska ma być po części odpowiedzią na problem braku systemowej regulacji internetu. Ale wywołuje spore kontrowersje.

Bo dotyczy sporu o pieniądze, co skutkuje nerwowością różnych grup interesu. Początkowo Komisja Europejska zapowiadała, że dzięki tej reformie będziemy mieli prawo, które będzie chronić interesy twórców i użytkowników, że wpłynie ono na kreatywność i innowacyjność start-upów w Europie. Jednak finalnie otrzymaliśmy prawo, które chroni jedynie twórców, a raczej pośredników po stronie twórców, rozumianych w bardzo tradycyjny sposób, czyli np. wydawców prasowych czy wytwórnie muzyczne.

W ocenie Centrum Cyfrowego, z którym jest pani związana, przy tworzeniu tego prawa nie wzięto pod uwagę innych – poza biznesem – stanowisk.

Internet jest miejscem zarabiania pieniędzy i aktywności biznesowej – to prawda, ale nie tylko tym. Sieć jest też przestrzenią wyrażania i wymiany poglądów. To współczesna agora. Jeśli sprowadzimy ją do miejsca, w którym wyłącznie handluje się pietruszką, to duch wymiany myśli przestanie mieć rację bytu.

Wydaje się jednak, że głos aktorów społecznych również został po części wysłuchany, bo z kontrowersyjnego art. 13 dyrektywy, który nakłada na platformy internetowe obowiązek filtrowania treści pod kątem praw autorskich, wyłączone są choćby encyklopedie internetowe czy archiwa naukowe.

Bardzo dobrze, że tak się stało, ponieważ na początku nie było takich opcji, więc Wikipedia też miałaby obowiązek filtrowania treści. To sukces osób, które przeciw takiemu rozwiązaniu protestowały. Ale musimy pamiętać, że fundacja Wikimedia, stojąca za Wikipedią, wciąż protestuje przeciwko dyrektywie, bo zagrożenia związane z jej wejściem w życie widzi szerzej niż tylko w kontekście jednego ich produktu.

Przeciw dyrektywie protestowały też wielkie podmioty, np. Google (dziś Alphabet).

Google przede wszystkim protestował przeciwko zmianie paradygmatu odpowiedzialności – firma ta nie chce być odpowiedzialna za treści, które w sieci umieszczają użytkownicy. Natomiast nie ma problemu z tym, że musi filtrować treści. Co więcej, serwis YouTube stosuje już zresztą rozwiązania, które wymusza dyrektywa. Chodzi o system Content ID. Może to prowadzić do sytuacji, w której monopolistyczna pozycja tego podmiotu tylko się umocni, bo mniejszych platform nie będzie stać na tworzenie filtrów treści lub będą musiały kupować je od większych firm.

Kto będzie się zajmował filtrowaniem treści?

Komputerowe algorytmy, które nie są jednak doskonałym narzędziem. Prawo autorskie jest na tyle niejednoznaczne, że nie da się go w prosty sposób przełożyć na rzeczywistość w internecie. Trzeba pamiętać, że w ramach prawa autorskiego my, jako użytkownicy, mamy sporo dozwolonych użytków, czyli takich sytuacji, w których możemy wykorzystywać utwory bez zgody twórcy. Oczywiście prawo autorskie jest bardzo ważne i należy je chronić, ja z tym nie dyskutuję. Są jednak pewne przestrzenie życia publicznego, które są ważniejsze. Taką przestrzenią jest np. możliwość komentowania życia publicznego przez pastisz czy satyrę.

Która w świetle dyrektywy jest dozwolona i chroniona.

Tak, przy czym prawo tworzą prawnicy, a filtry programiści. Te dwie grupy często ze sobą nie rozmawiają i w efekcie w dyrektywie zapisano coś, co jest nie do spełnienia na poziomie technologicznym. Algorytmy, które będą filtrować treści pod kątem praw autorskich, choćby nie wiem jak doskonałe, nie wyczują satyry i treści te mogą zostać zaklasyfikowane jako łamiące prawo autorskie i prewencyjne usunięte. W efekcie na papierze mamy napisane, że dozwolony użytek jest chroniony, ale ten przywilej – z powodów technologicznych – może nie być przestrzegany.

Czyli podstawowy mechanizm mający odpowiadać za realizację art. 13. dyrektywy na poziomie technologicznym nie zadziała?

Tak. Wygląda na to, że Unia Europejska oraz inne podmioty nie miały i nie mają pomysłu, co z tym zrobić. Dlatego pojawiła się idea, aby odpowiedzialnością za ochronę praw autorskich w internecie obarczyć właśnie platformy internetowe. W tej sytuacji mamy do czynienia z pewnego rodzaju prywatyzacją egzekucji prawa. Państwa oddały w ręce platform internetowych prawo decydowania o tym, co jest naruszeniem praw autorskich. Co więcej, nie zapewniają przy tym jasnej ścieżki odwołania się od ich decyzji.

Czy zatem lepszym rozwiązaniem byłoby pozostawienie tej kwestii sądom lub innym organom państwa, bez wprowadzania regulacji angażujących platformy internetowe?

Nie twierdzę, że platformy internetowe powinny być bierne, ale państwo winno wziąć na siebie większą odpowiedzialność za kwestie ewentualnych naruszeń prawa w sieci. Istnieje jeszcze jedna poważna wątpliwość – dyrektywa nie nakłada na platformy odpowiedzialności za niewłaściwe blokowanie treści. W ten sposób za dwa lata, po implementacji dyrektywy, możemy się obudzić w sytuacji, w której filtry będą nadmiernie restrykcyjne i będą blokowały to, co wrzucamy do sieci, bo będzie to dla platform wygodniejsze. Co więcej, nikt nie będzie mógł ich za to winić, bo takie stworzyliśmy prawo.

Ale wydawcy także mają swoje racje. Podnoszą m.in. argument, że obecnie niektóre platformy internetowe nie zawsze płacą za udostępniane treści.

Istnieją takie podmioty, których model biznesowy polega na dzieleniu się treściami z naruszeniem prawa autorskiego, ale ich działanie już w świetle obowiązującego prawa jest nielegalne. Dyrektywa prawnoautorska nie sprawi, że te serwisy postanowią kupować licencje na utwory, które wcześniej udostępniały nielegalnie.

Dziś całkiem częste jest kopiowanie np. artykułów prasowych bez podawania źródła lub przeklejanie prawie całej ich treści. Czy art. 11 dyrektywy, dotyczący praw pokrewnych, rozwiąże ten problem?

Problemy biorą się tu nie z faktu istnienia złego prawa, ale z jego egzekucji. Jako Centrum Cyfrowe od początku, tak jak rząd polski, nie zgadzamy się z potrzebą tworzenia nowego prawa i art. 11 dyrektywy prawnoautorskiej. Uważamy, że wprowadzanie nowych ograniczeń nie powinno być tłumaczone potrzebą biznesową jednego sektora. Poza tym art. 11 ponownie otworzył dyskusję o rozszerzeniu praw autorskich – pojawił się nawet pomysł, by nowe prawo przyznać organizatorom wydarzeń sportowych. Na dodatek wydawcy często twierdzą, że internauci, jak tylko zobaczą tytuł i zapowiedź, to nie czytają już dalej całego artykułu. Oczywiście, taka sytuacja ma często miejsce, ale żadne prawo nie zmieni nawyków i przyzwyczajeń internautów.

Jak zatem wydawcy mogliby walczyć z kradzieżą treści?

W Polsce można zaobserwować symptomy pojawiania się wyspecjalizowanych sądów prawnoautorskich, które powinny pomóc wydawcom w dochodzeniu roszczeń. Poza tym od samego początku postulowaliśmy, że należy wprowadzić domniemanie na rzecz posiadania praw autorskich do artykułów przez wydawcę – łatwiej jest wtedy dochodzić roszczeń w sądzie. Takie też było stanowisko rządu polskiego.

Wspomniała pani o stanowisku polskiego rządu, który nie zgadza się z obecnym kształtem dyrektywy. Wiceminister kultury Paweł Lewandowski zaproponował, że rząd przy wdrażaniu dyrektywy będzie mógł skorzystać z nieprecyzyjności przepisów, by ograniczyć jak najbardziej negatywne skutki.

Rzeczywiście, jak przyjrzymy się tekstowi dyrektywy, to zaproponowano dużo przestrzeni na dyskrecjonalną decyzyjność państw członkowskich UE. Daje to pewne możliwości manewrów, ale rodzi jednocześnie problemy, bo za chwilę może się okazać, że skończymy we Wspólnocie po brexicie z 27 osobnymi porządkami prawnymi, które będą generowały bardzo dużo wyzwań dla osób działających w sieci, a z taką rzeczywistością mamy do czynienia obecnie.

Dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung” pisał, że dyrektywa prawnoautorska może być przedmiotem układu Niemiec z Francją, w ramach którego Berlin miał poprzeć nowe prawo, a Paryż zgodzić się na budowę gazociągu Nord Stream 2.

Niemcy długo jej się sprzeciwiały, a co więcej, w umowie koalicyjnej niemiecki rząd zapisał, że nie poprze filtrowania internetu. Z drugiej strony Francji bardzo zależało na takim rozwiązaniu. Niemcy w końcu poparły w Radzie UE filtrowanie treści, Francja zgodziła się na NS2. Dlatego nie byłabym zdziwiona, gdyby doniesienia o takim układzie okazały się prawdziwe, choć byłaby to bardzo smutna rzeczywistość tworzenia polityk publicznych. Nie byłby to zresztą pierwszy skandal wokół tej dyrektywy. Przypomnę, że Komisja Europejska opublikowała artykuł, w którym przeciwników dyrektywy nazwano motłochem. Artykuł skasowano, a KE przeprosiła za niego, ale pokazuje to stosunek Komisji do osób, które mają odmienne zdanie. Tworzenie dyrektywy to przykład procesu, który nie brał pod uwagę interesów wszystkich zainteresowanych stron. Mówię to oczywiście z pełną świadomością tego, że wszystkie formalne warunki procesu, w tym konsultacje społeczne, zostały spełnione.

Nieco inną próbę regulacji niż w przypadku dyrektywy prawnoautorskiej podjęto w przypadku Facebooka. Na mocy dwustronnej umowy między tą firmą a resortem cyfryzacji Polska stała się pierwszym państwem na świecie, w którym użytkownicy uzyskali możliwość dwuinstancyjnego odwołania od decyzji o blokadzie treści na ich profilu.

To prawda. Porozumienie to tworzy dodatkową ścieżkę odwoławczą od decyzji FB o nieprzywróceniu treści. Przy czym należy pamiętać o tym, że to drugie odwołanie także rozpatruje Facebook.

Czy taka procedura to dobry pomysł?

Lepiej jest mieć taką możliwość, niż jej nie mieć, to oczywiste. Ale rozwiązanie to wpisuje się w ten sam schemat, co dyrektywa – prywatyzacji egzekucji prawa. Kolejnym krokiem powinno być zatem stworzenie zewnętrznej ścieżki odwoławczej wobec FB.

Posiadanie konta na Facebooku nie jest obowiązkowe.

Oczywiście Facebook to podmiot prywatny, jednak o bardzo silnej pozycji monopolistycznej i świadczący usługi natury publicznej. Zasadne byłoby w tej sytuacji zastanowienie się nad wprowadzeniem pewnych obowiązków wobec takiego podmiotu. Poza tym mówienie, że posiadanie konta na Facebooku nie jest obowiązkowe, jest dużym uproszczeniem – wiele osób właśnie tam prowadzi biznesy, dużo usług internetowych powiązanych jest z posiadaniem konta na portalu.

Coraz częściej w przestrzeni publicznej pojawiają się głosy nawołujące do regulacji prawnych wymierzonych w fake newsy.

Problem polega na tym, że o ile publikacja z naruszeniem prawa autorskiego jest naruszeniem prawa, o tyle fake newsy zazwyczaj tym nie są. Dlatego rozwiązania prawne nie będą tu wystarczające. Ograniczenie się tylko do nich sprawi, że powstanie coś na kształt ministerstwa prawdy, decydującego o tym, czy coś jest, czy nie jest fake newsem. Podobnie przestrzegałabym przed zbyt daleko idącą prywatyzacją egzekucji prawa. W przeciwnym razie pozwolimy na to, aby to platformy internetowe decydowały, co jest prawdą, a co nią nie jest. To byłoby bardzo niebezpieczne podejście.

Jeśli nie na drodze rozwiązań prawnych, to jak radzić sobie z fake newsami?

Potrzebne jest współdziałanie na wielu frontach. Przede wszystkim ważna jest edukacja medialna, skierowana nie tylko do młodego pokolenia. Trzeba pokazać, że w sieci jest wiele narzędzi do fact-checkingu, jak chociażby YouTube Data Viewer czy Tineye.com. Choć istnieją sytuacje, w których państwo powinno zareagować na zalew fałszywych informacji. Co prawda w Polsce nie mamy do czynienia jeszcze z tak skrajnymi przypadkami, ale choćby w Mjanmie, dawnej Birmie, już tak (we wrześniu 2017 r. nieprawdziwe wpisy na FB sprowokowały buddystów do krwawego odwetu na muzułmańskiej mniejszości z ludu Rohingja, zginęło ok. 7 tys. osób, a ponad 700 tys. uciekło z Mjanmy – red.).

Czyli nie powinniśmy oczekiwać spektakularnych rozwiązań.

Prawdziwy problem, nie tylko z fake newsami, leży w wieloaspektowości technologii. Nie pozwólmy, aby rozmowa o politykach technologicznych była dla nas onieśmielająca i zarezerwowana tylko dla prawników lub programistów. Różne grupy interesariuszy, w tym społeczeństwo obywatelskie, mają prawo być obecne w tej dyskusji, bo czy tego chcemy, czy nie, technologia stała się częścią naszego życia. Jesteśmy współodpowiedzialni za kształt tworzonego prawa, nawet jeśli nasza rola ogranicza się do działań mających eliminować szkody już po uchwaleniu przepisów, czy do zadawania tak podstawowych pytań o wpływ danej technologii na społeczeństwo. ©

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.