Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawo handlowe i gospodarcze

Produkt polski - czyli jaki? Prawo rozumie to inaczej niż klienci

Ten tekst przeczytasz w 150 minut

Przedsiębiorcy coraz częściej powołują się w reklamach na polskie pochodzenie swoich produktów. Okazuje się, że potoczne rozumienie określenia "produkt polski" jest odmienne, niż wynika to z przepisów prawa polskiego czy unijnego

Konsumenci kontra przepisy - różne znaczenie polskości

"Polska smakuje każdego dnia" - pod takim hasłem rozpoczęła się tuż przed Świętami Wielkanocnymi kampania promocyjna, która jest realizowana przez konsorcjum utworzone m.in. przez Krajowy Związek Grup Producentów Owoców i Warzyw, Federację Branżowych Związków Producentów Rolnych oraz Stowarzyszenie Rzeźników RP. Projekt jest finansowany ze specjalnych funduszy nadzorowanych przez Agencję Rynku Rolnego. "Chcemy ułatwić konsumentom dotarcie do polskich, smacznych i dobrej jakości produktów spożywczych" - tłumaczą swoje intencje twórcy kampanii. Uruchomili nawet specjalną stronę PolskaSmakujeKazdegoDnia.pl.

Polskość produktów chętnie także podkreślają sieci handlowe. Na kilka tygodni przed świętami w polską nutę uderzył np. Lidl. "W każdym kraju znajdziecie smaki bliskie sercu jego mieszkańców. Te polskie będą królowały w Lidlu już od 13 marca. To będzie smaczny tydzień" - czytamy na stronie internetowej niemieckiej sieci dyskontów.

Jednak nie wszyscy klienci pozytywnie zareagowali na tę ostatnią promocję. "Ładny mi tydzień polskich marek. Hortex, Kamis, Inka, Pudliszki, Wedel, Wawel. Żadna z tych marek nie jest w chwili obecnej polska. Dlaczego świadomie wprowadzacie ludzi w błąd?" - skomentował akcję Lidla jeden z internautów.

"Reklama powinna być usunięta, to nie są polskie marki. Jest to wprowadzanie klientów w błąd!" - napisał ktoś wzburzony.

Sieć się broni. "Są to smaki bliskie polskim sercom i kojarzące się właśnie z naszym krajem" - odpowiadali cierpliwie oponentom przedstawiciele Lidla.

Wcześniej podobną ożywioną dyskusję wzbudziła sprawa niemieckiej sieci Kaufland, której posłanka prof. Krystyna Pawłowicz zarzuciła, że może wprowadzać klientów w błąd, mówiąc o polskich produktach "nasze produkty", "rodzime produkty". Co ciekawe - posłanka wygrała spór. Kaufland zobowiązał się do modyfikacji swoich przekazów reklamowych. Zadeklarował, że zaprzestanie posługiwania się słowem "nasze" w odniesieniu do haseł reklamowych, w których wykorzystywane są zwroty "rodzime produkty", "polskie produkty" czy "rodzimi dostawcy".

Moda na swojskość

Eksperci są zgodni: zainteresowanie producentów i sieci polskością jest odpowiedzią na potrzeby klientów. - Od 2-3 lat bardzo wyraźnie obserwuję wzrost mody na polskie produkty wśród konsumentów. Coraz częściej szukają oni polskich marek i polskich produktów z najróżniejszych segmentów rynku. Są bardziej świadomi korzyści płynących ze wspierania rodzimej gospodarki. Ten trend bardzo szybko podchwycili rodzimi producenci, uznając, że warto przynamniej część działań marketingowych budować wokół hasła "made in Poland". Produkcja w Polsce przestała być czymś wstydliwym - wręcz przeciwnie, stała się atutem, który należy wyeksponować - mówi Justyna Ziembińska-Uzar, twórczyni stronyKupujePolskieProdukty.pl. - Stąd właśnie na opakowaniach produktów czy na metkach hasła typu: "Wyprodukowano w Polsce", "Jestem z Polski", "Produkt polski", "Polska marka", "Polska firma", "Polska firma rodzinna", które często idą w parze z oznaczeniami graficznymi, polską flagą czy mapą Polski - dodaje.

Rosnącą modę na polskość potwierdzają badania społeczne. Z raportu "Moda na polskość" - przygotowanego przez Ipsos - wynika, że 57 proc. Polaków zgadza się ze stwierdzeniem, iż moda na polskość istnieje. 73 proc. respondentów twierdzi, że stara się wspierać polską gospodarkę poprzez kupowanie produktów wyprodukowanych w naszym kraju. Ponad połowa sprawdza, czy kupowany artykuł został wyprodukowany w Polsce.

- Warto podkreślić, że moda na polskość nie dotyczy, wbrew pozorom, wyłącznie sektora produkcyjnego. Również firmy usługowe coraz chętniej podkreślają fakt, że są niezależne od zagranicznego kapitału. Przykładem może być jeden z dostawców domen, który na swojej stronie internetowej w widocznym miejscu umieścił ikonę polskiej flagi z napisem "Polska marka" - dodaje Justyna Ziembińska-Uzar.

O tym, że moda na polskość zatacza coraz szersze kręgi, świadczy też rosnąca liczba stron internetowych, które promują rodzime produkty. Można mówić już o prawdziwym wysypie takich stron: wspieramrozwoj.pl, polskaracja.com, www.590powodow.pl, wspieramrynek.pl, polskieproduktyrolne.pl, kochampolskieprodukty.pl. A to tylko wybrane przykłady.

Powstają też aplikacje na smartfony i tablety, które mają wspomagać tych, którzy chcą sprawdzić, czy dana rzecz jest produkowana przez polską firmę. Jedną z nich jest Pola - aplikacja, do której algorytm opracowało Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. - Ten patriotyzm gospodarczy rozwija się na fali rosnącego na świecie patriotyzmu ekonomicznego - zauważa Janusz Szewczak, ekonomista, poseł PiS.

Kiedy prawo rozmija się z rzeczywistością

Okazuje się jednak, że potoczne rozumienie znaczenia "polski produkt" jest zupełnie inne, niż wynika to z prawnych definicji. I tak badania przeprowadzone przez IPSOS wskazują, że aż 66 proc. respondentów pod określeniem "produkt polski" ma na myśli tylko taki, który został wyprodukowany w Polsce przez firmę z udziałem polskiego kapitału. Jedynie 8 proc. odpowiedziało, że może tak określić towar produkowany w Polsce przez kapitał zagraniczny. Z kolei 12 proc. stwierdziło, że na takie miano zasługuje nawet produkt produkowany poza granicami Polski, byle przez kapitałowo polską firmę.

Tymczasem w rozumieniu prawnym produkt polski jest określeniem szerszym. - W myśl unijnych regulacji decydujące znaczenie przy określaniu pochodzenia produktu ma miejsce jego wytworzenia lub finalnej obróbki - informuje Joanna Affre z kancelarii Affre i Wspólnicy. - Natomiast to, czy producentem jest firma z polskim kapitałem, czy z zagranicznym - nie ma, z prawnego punktu widzenia, znaczenia - dodaje.

Przy czym podkreśla, że w odniesieniu do produktów rolno-spożywczych obowiązują szczególne regulacje. - Ci producenci, którzy chcą oznaczać swoje produkty rolno-spożywcze znakiem "Produkt polski", muszą pamiętać o tym, że od stycznia obowiązują bardziej rygorystyczne przepisy. Za ich nieprzestrzeganie od 1 stycznia 2018 r. będą grozić wysokie kary - podkreśla ekspertka.

@RY1@i02/2017/074/i02.2017.074.183001600.801(c).jpg@RY2@

Rośnie patriotyzm gospodarczy i moda na rodzime produkty

Wyroby rolne i spożywcze: czas na porządki

Producenci używający na etykietach oznaczenia "Produkt polski" muszą do końca 2017 r. dostosować je do zmienionych niedawno wymogów. Jeśli tego nie zrobią, mogą zapłacić wysokie kary. Sankcje grożą też sprzedawcom

Od 1 stycznia 2017 r. weszła w życie nowelizacja ustawy z 21 grudnia 2000 r. o jakości handlowej artykułów rolno-spożywczych (t.j. Dz.U. z 2016 r. poz. 1604 ze zm., dalej: ustawa), która wprowadziła zasady używania znaku "Produkt polski" na artykułach rolno-spożywczych. Przy czym wygląd nowego oznaczenia został ściśle i precyzyjnie określony w rozporządzeniu ministra rolnictwa z 16 grudnia 2016 r. w sprawie wzoru znaku graficznego zawierającego informację "Produkt polski" (Dz.U. poz. 2148). Ono także zaczęło obowiązywać w 1 stycznia 2017 r. Cel nowych przepisów: uporządkowanie zasad odwoływania się do polskiego pochodzenia wyrobów spożywczych - tak aby konsumenci nie byli wprowadzani w błąd.

Jedyny dopuszczalny

Rozporządzenie ministra nie tylko wskazuje kolory napisów, konturu znaku "Produkt polski", ale nawet rodzaj fontu, którym mogą być wykonane oba wyrazy (Calibri Bold), i wzajemne proporcje pomiędzy wielkością liter a wielkością dwóch prostokątnych pól, na których ma być umieszczany napis. Jest to o tyle istotne, że podmiotom używającym znaków zawierających słowa "produkt polski" w innej formie graficznej ciężko będzie udowodnić spełnienie wymogów.

Wskazane wyżej oznaczenie można będzie umieszczać na produktach spożywczych - zarówno tych nieprzetworzonych, jak i przetworzonych. Przy czym polska ustawa odwołuje się do definicji obu rodzajów produktów zamieszczonych w rozporządzeniu (WE) nr 852/2004 Parlamentu Europejskiego i Rady z 29 kwietnia 2004 r. w sprawie higieny środków spożywczych.

Produkty nieprzetworzone...

I tak produkty nieprzetworzone oznaczają środki spożywcze niepodlegające przetwarzaniu, przy czym obejmują także produkty, które zostały: rozdzielone, podzielone na części, przecięte, pokrojone, pozbawione kości, rozdrobnione, oskórowane, skruszone, nacięte, wyczyszczone, przycięte, pozbawione łusek, zmielone, schłodzone, zamrożone, głęboko zamrożone lub rozmrożone. Dodatkowo chodzi o produkcję podstawową, czyli produkcję, uprawę lub hodowlę produktów podstawowych, w tym zbiory, dojenie i hodowlę zwierząt gospodarskich przed ubojem, łowiectwo i rybołówstwo oraz zbieranie runa leśnego. Z kolei mięso musi zostać pozyskane od zwierząt urodzonych na terytorium Polski, a dodatkowo ich chów i ubój musi mieć miejsce na terytorium Polski. Podobnie w przypadku produktów pochodzenia zwierzęcego - chów zwierząt, od których uzyskuje się np. mleko czy jajka, musi się odbywać na terytorium Polski.

...i przetworzone

Natomiast produkty przetworzone oznaczają środki spożywcze uzyskane w wyniku przetworzenia produktów nieprzetworzonych. Mogą one jednak zawierać składniki, które są niezbędne do ich wyprodukowania lub do nadania im specyficznego charakteru.

W przypadku produktów przetworzonych proces przetworzenia musi mieć miejsce w Polsce, a same składniki muszą również pochodzić z naszego kraju. Dopuszcza się co prawda, aby inne składniki stanowiły do 25 proc. całego produktu, ale tylko w przypadku, kiedy nie można zastąpić ich innymi składnikami pochodzącymi z Polski.

Tak więc definicje te, a zwłaszcza definicja produktów przetworzonych, obejmują bardzo szeroki asortyment różnego rodzaju produktów spożywczych.

Używanie znaku

Przedsiębiorca może oznaczać produkty rolno-spożywcze jako polskie tylko wtedy, gdy spełniają warunki wskazane w ustawie i rozporządzeniu. Ma dwie możliwości: nadrukować na etykiecie produktu znak graficzny bądź po prostu zamieścić pisemną informację "Produkt polski". Oczywiście dla producenta forma graficzna znaku jest nieporównywalnie atrakcyjniejsza niż zwykła słowna informacja "Produkt polski" (choćby dlatego, że jest po prostu łatwiej dostrzegana przez konsumentów). Jeżeli jednak zdecyduje się na to rozwiązanie - powinien pamiętać, by forma graficzna oznaczenia była dokładnie taka, jaka została wskazana w rozporządzeniu ministra rolnictwa. W przeciwnym razie będzie to równoznaczne z naruszeniem przepisów ustawy.

Dotkliwe kary pieniężne

Jeśli ktoś nie dostosuje się do nowych przepisów i oznaczy produkt jako polski, kiedy w rzeczywistości nie spełnia on kryteriów zawartych w przepisach - oznaczać będzie to, że wprowadza do obrotu zafałszowane artykuły rolno-spożywcze. Grozi za to kara grzywny. Jej maksymalny wymiar to 10 proc. przychodu osiągniętego w roku rozliczeniowym poprzedzającym rok nałożenia kary. Nie może być ona jednak niższa niż 1000 zł.

Kara może być nałożona również wtedy, gdy na produkcie znajdzie się oznaczenie graficzne "Produkt polski" o innym wyglądzie niż znak wskazany w rozporządzeniu.

Przedsiębiorca używający oznaczenia wbrew przepisom powinien liczyć się także z groźbą procesów sądowych wytaczanych przez konkurentów w związku z naruszeniem ustawy z 16 kwietnia 1993 r. o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji (t.j. Dz.U. z 2003 r nr 153 poz. 1503 ze zm.; dalej: u.z.n.k.), w szczególności za czyn określony w art. 10 u.z.n.k., czyli oznaczenie towarów, które może wprowadzać konsumentów w błąd co do pochodzenia. Takie oznaczenie może również zostać uznane za nieuczciwą praktykę rynkową w rozumieniu ustawy z 23 sierpnia 2007 r. o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym (t.j. Dz.U. z 2016 r. poz. 3). Jeśli prezes UOKiK uzna, że narusza to zbiorowe interesy konsumentów, może nałożyć na przedsiębiorcę karę do 10 proc. obrotu osiągniętego w roku rozliczeniowym poprzedzającym rok nałożenia kary, ale o tym szerzej w dalszej części artykułu.

Wycofać na czas z obrotu

Zrezygnować z używania znaku "Produkt polski" albo dostosować się do nowych wymogów (zmieniając przy tym odpowiednio skład produktów, a także wygląd etykiety) - to dylemat, przed jakim staje zatem dziś wielu producentów, którzy już wcześniej na swoich towarach zamieszczali podobny znak graficzny lub tego typu napis. Mają oni już tylko kilka miesięcy, by przygotować się do nowych regulacji. Zgodnie bowiem z art. 2 ustawy z 4 listopada 2016 r. o zmianie ustawy o jakości handlowej artykułów rolno-spożywczych artykuły rolno-spożywcze, które są oznakowane znakiem graficznym zawierającym wyrażenie "Produkt polski" niezgodnym ze wzorem określonym w rozporządzeniu, mogą pozostawać w obrocie tylko do 31 grudnia 2017 r.

Dlatego też najwyższy czas, aby sprawdzić etykiety swoich produktów zawierających znak graficzny "Produkt polski" i zweryfikować, czy są prawidłowo oznaczone. Co prawda wydawać by się mogło, że czasu na zmianę opakowań zostało jeszcze sporo, niemniej jednak warto mieć na uwadze, iż między momentem wyprodukowania towaru a jego ostateczną sprzedażą konsumentowi mija najczęściej kilka miesięcy. Dotyczy to zwłaszcza produktów przetworzonych.

Od 1 stycznia 2018 r. produkty zawierające oznaczenie "Produkt polski" niezgodne z ustawą o jakości handlowej artykułów rolno-spożywczych i z rozporządzeniem - będą traktowane jako zafałszowane.

Sprzedawcy też odpowiedzą

Zgodnie z przepisami odpowiedzialność za wprowadzanie produktów do obrotu ponosi ten podmiot, który faktycznie tego dokonuje. Z orzecznictwa sądów administracyjnych jednoznacznie wynika, iż nie ma przy tym znaczenia, czy jest on świadomy tego, iż są one zafałszowane, czy nie. Jak słusznie zauważono w jednym z wyroków NSA, samo stwierdzenie wprowadzania zafałszowanego artykułu rolno-spożywczego do obrotu jest przesłanką wystarczającą do nałożenia stosownej kary. Nie ma przy tym znaczenia, czy zafałszowanie nastąpiło z winy (umyślnej lub nieumyślnej) danego podmiotu, czy też nie. Ustawa o jakości handlowej artykułów rolno-spożywczych nie przewiduje bowiem możliwości badania przez organy Inspekcji Handlowej wystąpienia winy, bądź jej braku po stronie podmiotu, u którego wykryto zafałszowany artykuł. Zatem dowiedzenie, że jakiś podmiot wprowadzał do obrotu zafałszowane towary rolno-spożywcze, powoduje konieczność nałożenia kary pieniężnej, która jest karą administracyjną.

W praktyce oznacza to, że w pierwszych miesiącach po wejściu w życie kar najbardziej narażeni na grzywnę przewidzianą w ustawie będą sprzedawcy detaliczni. To do nich w pierwszej kolejności trafią kontrolujący. Wystarczy, że będą oferować niewłaściwie oznakowany towar, przy czym nie będzie miało znaczenia, kiedy sami go zakupili: czy przed 31 grudnia, czy po tej dacie. Z kolei producenci poniosą karę wówczas, gdy nieprawidłowo oznaczony towar wprowadzili do obrotu, np. sprzedali do hurtowni, po 31 grudnia 2017 r.

Problem ze znakami zastrzeżonymi

Dosyć ciekawą kwestią jest konflikt pomiędzy prawem wynikającym z rejestracji znaku towarowego zawierającego wyrażenie "produkt polski" a nowymi ustawowymi wymaganiami. Powstaje bowiem pytanie, co w sytuacji, gdy dany przedsiębiorca ma zarejestrowany znak towarowy z napisem "Produkt polski", który różni się graficznie od znaku opisanego w rozporządzeniu.

W Urzędzie Patentowym RP zostało zarejestrowanych wiele znaków towarowych zawierających w sobie słowa "produkt polski". Zdecydowana większość z nich to znaki, w których wyrażenie to stanowi jedynie niewielką część większej całości, np. znak "Duda Krakowska z indyka produkt polski" (rejestracja nr R-260480) czy też znak "Misiowy miodek lipowy Apis produkt polski" (rejestracja nr R-206409). Są również takie, które zawierają wyłącznie omawiane wyrażenie, np. "Produkt polski" (rejestracja nr R-262620).

Jeszcze ciekawsza wydaje się odpowiedź na pytanie: co w przypadku znaków, które zawierają wyrażenie "produkt polski" obok innych wyrazów, a dodatkowo nawiązują w pewien sposób (kolorystycznie) do barw Polski - np. znak "Tradycyjna receptura produkt polski" (rejestracja nr R-204659)?

Odpowiedź w każdym z tych przypadków będzie zależna od kilku kwestii. Pierwsza zasadnicza, jaką należy sprawdzić, to dla jakich towarów dany znak został zarejestrowany. Jeżeli dla innych towarów niż produkty spożywcze, mięso czy inne produkty rolne i w praktyce jest używany zgodnie z tą deklaracją - przedsiębiorca nie musi się martwić. Nadal może legalnie używać oznaczenia z napisem "Produkt polski". Tak jest np. w przypadku znaku "Produkt polski" z numerem rejestracji R-262620. Został zarejestrowany dla towarów w postaci papieru, kartonu i wyrobów z tych materiałów, materiałów biurowych oraz gier i zabawek. Tak więc w oczywisty sposób właściciel tego znaku nie będzie podlegał ustawie o jakości handlowej artykułów rolno-spożywczych.

W przypadku znaków "Misiowy miodek lipowy Apis produkt polski" oraz "Duda Krakowska z indyka produkt polski" - oznaczenia zostały zarejestrowane odpowiednio dla miodów oraz m.in. kiełbasy. Są to jak najbardziej towary objęte ustawą. W przypadku pierwszego z tych znaków wyrażenie "produkt polski" używane jest w prawidłowy sposób - napis wykonany został zwykłą, prostą czcionką, tak więc, o ile sam produkt spełnia przesłanki wskazane w ustawie, można uznać, iż napis "produkt polski" spełnia wymogi. W przypadku drugiego znaku ten sam napis został umieszczony w zaokrąglonej małej szarfie znajdującej się pod głównym motywem graficznym znaku - stanowi zatem jeden, niewielki element składający się na cały znak towarowy. Prawdopodobnie również w tym przypadku można by uznać, iż zamieszczony napis "produkt polski" stanowi jedynie informację o pochodzeniu. Z drugiej strony używanie tego rodzaju znaków towarowych równie dobrze może zostać potraktowane przez organy Inspekcji Handlowej jako próba obejścia nowego prawa. Dopiero praktyka pokaże, w jaki sposób organy inspekcji będą traktować takie przypadki.

W przypadku znaku "Produkt polski" oznaczonego numerem zgłoszenia Z-457147 sprawa wydaje się oczywista. Znak ten został zarejestrowany dla takich towarów, jak: mięso, ryby, konserwowane, mrożone, suszone i gotowane owoce i warzywa, dżemy, jaja, mleko, produkty mleczne, oleje i tłuszcze jadalne, produkty rolne, ogrodnicze, leśne czy żywe zwierzęta, tak więc są to modelowe przykłady artykułów, których nowelizacja ustawy dotyczy. Graficznie znacznie różni się od wzorca wskazanego w rozporządzeniu. Właściciel tego znaku nie powinien używać go w zarejestrowanej formie od 1 stycznia 2018 r., gdyż narazi się na sankcje przewidziane przez znowelizowaną ustawę.

Co na to Urząd Patentowy RP

Jak do konfliktu między prawem z rejestracji znaku towarowego a sankcjami przewidzianymi w nowej ustawie odnosi się Urząd Patentowy RP? Postanowiliśmy zapytać u źródła. W odpowiedzi wyjaśniono nam, że urząd uznał, iż będzie rejestrował znaki towarowe składające się z wyrazów "produkt polski" różniące się graficznie od oznaczenia wskazanego w rozporządzeniu. Wyszedł bowiem z założenia - naszym zdaniem bardzo słusznie - że to sam właściciel znaku powinien wziąć odpowiedzialność za używanie oznaczenia zgodnie z innymi obowiązującymi przepisami prawa. Tak więc, o ile znak spełnia wszystkie bezwzględne przesłanki rejestrowalności - urząd taki znak zarejestruje. Przy czym udzielając prawa na znak, informuje jednocześnie właściciela o możliwych konsekwencjach prawnych używania go w obrocie w wersji niezgodnej z oficjalnym wzorcem "Produkt polski", który został określony w rozporządzeniu. W naszej opinii to postawa jak najbardziej słuszna, ponieważ Urząd Patentowy RP nie powinien wchodzić w kompetencje organów Inspekcji Handlowej, które jako jedyne władne są do rozstrzygania o ewentualnym naruszeniu ustawy.

@RY1@i02/2017/074/i02.2017.074.183001600.802.jpg@RY2@

Marek Rumak

Kancelaria Affre i Wspólnicy

Made in Poland nie może wprowadzać w błąd

Sygnowanie produktów lub towarów napisem "Made in Poland" może pozornie wydawać się całkowicie dowolną praktyką. Nic bardziej mylnego

Artykuły rolno-spożywcze to jedyne towary, co do których istnieją w krajowych przepisach szczegółowe regulacje wskazujące na warunki, jakie muszą spełniać, aby można było określić je jako "Produkt polski".

Miejsce pochodzenia w przepisach UE

Kwestia wskazywania miejsca pochodzenia żywności jest również uregulowana w przepisach unijnych. Najważniejszym aktem prawnym w tym zakresie jest rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady nr 1169/2011 z 25 października 2011 r. w sprawie przekazywania konsumentom informacji na temat żywności (Dz. Urz. UE z 2011 r. L304 s.18).

W rozporządzeniu tym sprecyzowano, w jakich przypadkach wskazanie kraju lub miejsca pochodzenia produktu spożywczego jest obowiązkowe.

Dotyczy to przede wszystkim sytuacji, gdy zaniechanie takiego wskazania mogłoby wprowadzać w błąd konsumenta co do rzeczywistego kraju lub miejsca pochodzenia. W szczególności gdyby towarzyszące środkowi spożywczemu informacje lub etykieta jako całość mogły sugerować, że pochodzi on z innego kraju lub miejsca.

Wskazywanie miejsca pochodzenia wymagane jest też w przypadku niektórych rodzajów mięsa (mięso ze świń, kóz, owiec i drobiu).

Unijne przepisy mówią też, jak należy postąpić w sytuacji, gdy kraj pochodzenia głównego składnika danego produktu spożywczego jest inny niż kraj pochodzenia samego produktu. W takim przypadku podaje się również do informacji konsumentom kraj lub miejsce pochodzenia tego podstawowego składnika lub wskazuje się, że kraj lub miejsce pochodzenia tego podstawowego składnika jest inne niż kraj lub miejsce pochodzenia środka spożywczego.

Wyroby inne: nie ma dowolności

W przypadku innych produktów nie ma przepisów bezpośrednio regulujących zasady wskazywania kraju pochodzenia. Nie oznacza to, że oznaczanie napisem "Made in Poland" jest całkowicie dowolne. Wskazanie nieprawdziwego miejsca produkcji (pochodzenia) danego wyrobu co do zasady może być uznane za czyn nieuczciwej konkurencji w świetle ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji lub nieuczciwą praktykę rynkową w rozumieniu ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym.

W ustawie o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji są zawarte przepisy potwierdzające, iż czynami nieuczciwej konkurencji są:

oznaczenie towarów lub usług albo jego brak, które może wprowadzić klientów w błąd co do pochodzenia towarów (art. 10 u.z.n.k.),

opatrywanie towarów lub usług fałszywym lub oszukańczym oznaczeniem geograficznym, wskazującym bezpośrednio albo pośrednio na kraj, region lub miejscowość ich pochodzenia (art. 8 u.z.n.k.).

Na marginesie wspomnijmy, że kwestia oznaczeń geograficznych jest dokładniej i szerzej uregulowana w ustawie - Prawo własności przemysłowej oraz w rozporządzeniach unijnych. Przy czym warto pamiętać, iż oznaczenia geograficzne są przyznawane tylko dla towarów spełniających ściśle określone kryteria. s. c18

@RY1@i02/2017/074/i02.2017.074.183001600.803(c).jpg@RY2@

Oznaczenia geograficzne - szczególne produkty

Próba regulacji na poziomie UE

Kwestia wskazywania kraju pochodzenia odnośnie do produktów innych niż spożywcze była niedawno przedmiotem dyskusji, a nawet zaawansowanych prac legislacyjnych na poziomie UE. Powstał projekt rozporządzenia w sprawie bezpieczeństwa produktów konsumpcyjnych (dotyczącego nieżywnościowych produktów konsumenckich), który zawierał, m.in. w art. 7, obowiązek wskazywania miejsca pochodzenia. Z uwagi na to, iż kraje unijne nie osiągnęły konsensusu w sprawie wprowadzenia oznakowania produktów z informacją "Made in..." - projekt rozporządzenia nie wszedł dotychczas w życie.

Co mówi unijny kodeks celny

Zupełnie w innym aspekcie ujęte jest miejsce pochodzenia towarów w unijnym kodeksie celnym (rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady nr 952/2013 z 9 października 2013 r. ustanawiające unijny kodeks celny; Dz.Urz. UE z 2013 r. L 269, s. 1). Rozporządzenie to dotyczy wszystkich towarów wprowadzanych na obszar celny Unii lub z niego wyprowadzanych.

Unijny kodeks celny przewiduje, iż towar pochodzący z danego kraju lub terytorium to towar całkowicie uzyskany w danym kraju lub na danym terytorium (mówi o tym art. 61 ust. 1). Natomiast towar, w którego produkcję zaangażowanych jest więcej krajów, uznaje się za pochodzący z kraju lub terytorium, w którym towar ten został poddany ostatniemu istotnemu, ekonomicznie uzasadnionemu przetwarzaniu lub obróbce, w przedsiębiorstwie przystosowanym do tego celu (art. 61 ust. 2).

Tak więc unijny kodeks celny podchodzi do kwestii wskazywania kraju pochodzenia towarów od ściśle technicznej strony - liczy się miejsce produkcji lub przetworzenia rzeczy na produkt finalny, a nie pochodzenie samych surowców czy podzespołów, z których produkt powstał.

Kiedy można zastosować napis "Wyprodukowano w Polsce"?

Międzynarodowy koncern w polskiej fabryce składa drobne urządzenia elektryczne. Większość komponentów pochodzi z innych krajów niż Polska, w polskiej fabryce następuje finalny montaż urządzeń z podzespołów.

W takim przypadku producent będzie mógł umieścić na swoim towarze etykietę "Made in Poland" (o ile to nie jest oczywiście produkt spożywczy). Produkt nie wprowadza odbiorców w błąd i nie jest regulowany specjalnymi przepisami dotyczącymi produktów spożywczych. Jednocześnie można uznać, iż w Polsce został on poddany ostatniemu istotnemu, ekonomicznie uzasadnionemu przetworzeniu.

Polski producent odzieży wysyła na Ukrainę polskie tkaniny. W Polsce ma studio projektowe. Nici, ozdoby są sprowadzane, m.in. z Chin. Za wschodnią granicą następuje szycie.

W tym przypadku producent nie może się posługiwać etykietą "Made in Poland", gdyż proces samego wytworzenia finalnego produktu miał miejsce poza granicami Polski. Tak więc informacja "Made in Poland" umieszczona na produkcie wprowadzałaby odbiorców w błąd w rozumieniu ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji.

Dwaj przedsiębiorcy zawiązali firmę na terytorium Polski, z kapitałem w 100 proc. polskim. Zlecają produkcję wyrobów elektronicznych w chińskiej fabryce. Na ich prośbę na produktach trwale umieszcza się logo polskiej firmy, instalowane jest też polskie oprogramowanie. Pakowanie odbywa się w Polsce.

Podobnie, jak w poprzednim przykładzie, i w tym przypadku producent nie może się posługiwać oznaczeniem "Made in Poland", gdyż trudno uznać, że pakowanie stanowi ostatnią istotną obróbkę lub przetworzenie towaru w rozumieniu art. 60 unijnego kodeksu celnego.

PiSZ

Informacja Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi z 12 kwietnia 2017 r.

@RY1@i02/2017/074/i02.2017.074.183001600.804.jpg@RY2@

Przepisy ustawy z 4 grudnia 2016 r. o zmianie ustawy o jakości handlowej artykułów rolno-spożywczych (Dz.U. poz. 2007) nie przewidują udziału Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi w procesie monitorowania rynku pod kątem oznakowywania produktów informacją "Produkt polski". Inicjatywa w tym zakresie należy wyłącznie do producentów żywności. Niemniej jednak spełnianie kryteriów określonych ustawowo przez produkty oznakowane taką informacją będzie podlegało weryfikacji podczas inspekcji prowadzonych przez służby kontrolne, co jednocześnie stanie się źródłem informacji na temat zastosowania w praktyce takiego oznakowania żywności.

Dodatkowo w edycji cyklicznego badania "Polska wieś i rolnictwo", przewidzianego na rok 2017, zawarte zostały m.in. pytania, które wskażą, ile osób ankietowanych zauważyło na produktach spożywczych logo informacyjne "Produkt polski" oraz czy ankietowani umieją zinterpretować prawidłowo informację o produkcie przedstawioną za pośrednictwem tego oznakowania. Wyniki tego badania będą stanowiły źródło wiedzy na temat rozpowszechniania się wśród konsumentów informacji wskazującej na wykorzystywanie surowców pochodzenia krajowego jako składników produktów spożywczych dostępnych w obrocie.

Kaufland a sprawa polska

Odwoływanie się w przekazach reklamowych do kraju pochodzenia określonych produktów nie zawsze wychodzi przedsiębiorcom na dobre. Przekonała się o tym niedawno sieć marketów Kaufland, która polskie produkty określała mianem "nasze" i "rodzime"

Kampania reklamowa sieci handlowej musiała się zmierzyć - o czym już wspominaliśmy - z czujnym okiem posłanki Krystyny Pawłowicz. Zdaniem posłanki hasło "Odkryj i rozkoszuj się naszymi rodzimymi produktami" stosowane przez Kaufland wprowadzało polskich konsumentów w błąd. Główny zarzut sprowadzał się do tego, że niemiecki przedsiębiorca nie powinien posługiwać się słowem "nasze" w odniesieniu do haseł reklamowych, w których wykorzystuje zwroty "rodzime produkty", "polskie produkty", "rodzimi dostawcy" itp. W ocenie posłanki takie oznaczenie w materiałach promocyjnych sieci hipermarketów sugerowało, że jest on polskim przedsiębiorcą i sprzedaje głównie polskie produkty.

Parlamentarzystka - profesor prawa specjalizująca się w prawie publicznym gospodarczym - zwróciła się z prośbą o interwencję do prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

UOKiK interweniuje

Prezes UOKiK dosyć szybko zajął się sprawą i wystąpił do przedsiębiorcy z prośbą o wyjaśnienia. Kaufland tłumaczył się, że zdecydowana większość przychodów sieci ze sprzedaży produktów spożywczych pochodzi ze sprzedaży polskich artykułów, które pochodzą od polskich dostawców. Ponadto przedstawiciele sieci podali, że ma ona w swojej ofercie ponad 6000 polskich artykułów i współpracuje z ponad 1200 polskimi dostawcami, producentami i rolnikami. Zatem w praktyce wykazywała, że choć sieć marketów jest niemiecka, to asortyment i jej dostawcy są jednak "rodzimi".

Prezes UOKiK zadbał, aby "i wilk był syty, i owca cała". Wobec przedsiębiorcy nie zostały postawione oficjalne zarzuty, a tym bardziej nie zostało wszczęte właściwe postępowanie administracyjne.

WAŻNE

Po interwencji prezesa UOKiK Kaufland zadeklarował, że będzie ostrożniej posługiwał się w kampaniach marketingowych słowem "nasze" w sąsiedztwie zwrotów "rodzime produkty", "polskie produkty" czy "rodzimi dostawcy".

UOKiK skorzystał ze stosunkowo nowego narzędzia w swoim arsenale, jakim jest instytucja tzw. miękkiego wystąpienia do przedsiębiorcy. Zgodnie z art. 49a ustawy z 16 lutego 2007 r. o ochronie konkurencji i konsumentów (t.j. Dz.U. z 2017 r. poz. 229 ze zm.) prezes UOKiK jeszcze przed wszczęciem formalnego postępowania może skierować do przedsiębiorcy wystąpienie, sygnalizując istnienie pewnych nieprawidłowości. W takim przypadku przedsiębiorca ma możliwość odniesienia się do tych wątpliwości w terminie nie krótszym niż 14 dni. Brak odpowiedzi na takie wystąpienie nie jest obwarowany sankcją.

Obie strony zadowolone

W efekcie po wystąpieniu prezesa UOKiK sieć handlowa zadeklarowała modyfikację przekazów reklamowych. Zmiana polega na zaprzestaniu posługiwaniu się słowem "nasze" w odniesieniu do haseł reklamowych, w których przedsiębiorca wykorzystuje zwroty "rodzime produkty", "polskie produkty" czy "rodzimy dostawcy".

W konsekwencji produkty w reklamach sieci nie są już "nasze rodzime", ale jedynie "pyszne". W ocenie UOKiK taka zmiana haseł reklamowych eliminuje możliwość wprowadzenia konsumentów w błąd przez przedsiębiorcę. Słowa "rodzime", "polskie" nie będą odnosiły się już do samej sieci handlowej (nie będą wskazywały, że przekaz reklamowy pochodzi od polskiego przedsiębiorcy), lecz jedynie do oferowanych przez tą sieć produktów lub dostawców, z którymi współpracuje. Tym samym UOKiK osiągnął cel swojego wystąpienia i nie musi prowadzić długiego postępowania administracyjnego, sama sieć zaś uniknęła przymusowych sankcji, w tym kar pieniężnych.

Z drugiej strony, jak podkreślił zresztą w odpowiedzi dla poseł Krystyny Pawłowicz prezes UOKiK, zmiana praktyki przez sieć handlową w ramach takiej procedury nie oznacza przyznania się przedsiębiorcy do winy. Kaufland wyraźnie zadeklarował, że zmiana praktyk nie jest równoznaczna z przyznaniem się do naruszenia przepisów. W ocenie sieci jej hasła reklamowe w żaden sposób nie wprowadzały klientów w błąd, spółka zaś chciała po prostu uniknąć otwartego sporu z urzędem. Ponadto sprawa została szybko zakończona, konsumenci nie są już wprowadzani w błąd, a przedsiębiorca uniknął długich postępowań administracyjnych i sądowych oraz związanych z tym kosztów (kary finansowe, koszty obsługi prawnej czy zaangażowania pracowników).

Polski przedsiębiorca, czyli jaki?

Pomimo takiego salomonowego rozwiązania otwarte pozostaje pytanie o przymiot polskości w przekazach reklamowych. Innymi słowy, jacy przedsiębiorcy mogą swobodnie wskazywać, że ich produkty są nasze, polskie czy rodzime, a jacy takich oznaczeń powinni się wystrzegać? Co powinno decydować o narodowym charakterze przedsiębiorcy - narodowość kapitału, właścicieli, członków zarządu czy też siedziba spółki lub zakładu produkcyjnego? Co jednak w przypadku, jeśli kapitał spółki jest w całości polski, ale w skład zarządu wchodzą wyłącznie cudzoziemcy? W tym kontekście pojawia się wiele dalszych pytań, które każdy przedsiębiorca (lub agencja odpowiedzialna za jego kampanię marketingową) musi sobie zadać przed stworzeniem i pokazaniem światu swojej kampanii reklamowej.

Ze strony ustawodawcy czy prezesa UOKiK na razie nie ma jasnych odpowiedzi na powyższe pytania. Interwencji UOKiK nie towarzyszyło szczegółowe wyjaśnienie. Nie wiadomo, czy sprawa Kauflandu to jednostkowa interwencja organu antymonopolowego, czy też zapowiedź jakiejś szerszej kampanii. Niemniej już teraz działania urzędu budzą wiele kontrowersji w różnych środowiskach. Przecież w branży FMCG od lat są prowadzone kampanie reklamowe odwołujące się do polskich produktów czy tradycji, a są organizowane przez przedsiębiorców wywodzących się z zagranicy. Takie kampanie nie wzbudzały do tej pory większych emocji i nie były kwestionowane przez UOKiK. O zmianach w tym zakresie zdecyduje z pewnością dalsza aktywność (lub jej brak) organu antymonopolowego.

Miękkie działania z korzyścią dla firm

Wielu ekspertów z branży reklamowej krytykuje stanowisko zajęte przez Kaufland - wskazując na zbytnią nadgorliwość sieci handlowej. Niekiedy podnoszone są argumenty, że takie uleganie naciskom polityków może stanowić dla całej branży niebezpieczny precedens na przyszłość.

Jednak aby zrozumieć decyzję podjętą przez sieć handlową, należy w pierwszej kolejności przeanalizować konsekwencje, jakie mogły grozić przedsiębiorcy w razie otwartego sporu z prezesem UOKiK. Kaufland, analizując całe zamieszanie, musiał rozważyć, czy warto kwestionować zastrzeżenia prezesa UOKiK, czym grozi ewentualne wszczęcie postępowania administracyjnego przez organ antymonopolowy oraz jakie mogą być ewentualne inne konsekwencje takiej decyzji biznesowej.

Wprowadzanie klientów w błąd stanowi nieuczciwą praktykę rynkową wprost zakazaną przez ustawę o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym (t.j. Dz.U. z 2016 r. poz. 3 ze zm.). Wprowadzanie w błąd może polegać zarówno na działaniu (np. rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji dot. pochodzenia produktu lub samego przedsiębiorcy), jak i na zaniechaniu (np. pomijanie lub zatajanie istotnych informacji). Już samo podejrzenie stosowania takich praktyk może spowodować reakcję nie tylko organu antymonopolowego, ale przede wszystkim klientów. Każdy konsument, nie oglądając się na reakcję prezesa UOKiK, może w takiej sytuacji sam podjąć kroki prawne wobec przedsiębiorcy lub poprosić o pomoc np. powiatowego lub miejskiego rzecznika konsumentów. Co istotne, w razie podniesienia zarzutu stosowania nieuczciwej praktyki wprowadzającej w błąd to na przedsiębiorcy spoczywa ciężar dowodu braku naruszenia przepisów.

Niezadowolony konsument, kierując sprawę do sądu, może m.in. zażądać od przedsiębiorcy: zaprzestania stosowania nieuczciwej praktyki, złożenia w prasie oświadczenia o treści wskazanej przez klienta czy też zapłaty odpowiedniej sumy pieniężnej na określony cel społeczny. W konsekwencji przedsiębiorca nie może przejść obojętnie wobec takiego zarzutu (nawet najbardziej absurdalnego) i powinien podjąć aktywną obronę.

W praktyce postępowania cywilne inicjowane przez konsumentów należą jednak do rzadkości. Dużo częściej niezadowolony klient, widząc np. nieuczciwą reklamę, podąża drogą posłanki Pawłowicz i składa zawiadomienie do UOKiK. Ta droga dochodzenia roszczeń przez konsumenta może być dla przedsiębiorcy nie tylko kosztowniejsza, lecz także powodować większe szkody wizerunkowe.

Z kolei prezes UOKiK, uznając zarzut wprowadzania klientów w błąd za uzasadniony, nie musi stosować miękkich działań (tak jak w przypadku sieci Kaufland), ale może od razu wszcząć właściwe postępowanie administracyjne. Już samo postawienie oficjalnych zarzutów jest z pewnością znacznym ciosem wizerunkowym dla przedsiębiorcy. Informacje o takich postępowaniach, nawet jeszcze przed wydaniem ostatecznej decyzji w sprawie czy stwierdzeniem winy przedsiębiorcy, są bardzo szeroko komentowane w mediach. Nawet pozytywne rozstrzygnięcie sprawy na późniejszym etapie (np. w ramach postępowania sądowego) może nie polepszyć sytuacji oskarżonego przedsiębiorcy. Uchylenie niekorzystnej decyzji następuje zwykle (jeśli w ogóle) po wielu latach, kiedy nikt już nie pamięta o rzekomej nieuczciwej praktyce. Ponadto taka informacja nie jest już tak chętnie powielana przez media jak samo postawienie zarzutów. Złe wiadomości sprzedają się bowiem lepiej niż te dobre.

Czasem lepiej nie zaogniać

Z drugiej strony wydanie ostatecznego rozstrzygnięcia przez prezesa UOKiK nie musi w każdym przypadku wiązać się ze stwierdzeniem winy przedsiębiorcy. W ramach prowadzonego postępowania administracyjnego przedsiębiorca może udowodnić swoje racje (np. że faktycznie jego przekaz reklamowy nie wprowadza w błąd), co prowadzi do umorzenia postępowania. Niestety w praktyce są to sporadyczne przypadki. Częściej udaje się przekonać prezesa UOKiK do wydania decyzji zobowiązaniowej (art. 28 ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów). Takie rozwiązanie jest o tyle korzystne dla przedsiębiorcy, że nie wiąże się ze stwierdzeniem jego winy, tym samym pozwalając uniknąć dotkliwych sankcji pieniężnych nakładanych przez organ antymonopolowy. W praktyce wydanie takiej decyzji wymaga od przedsiębiorcy złożenia określonych zobowiązań (np. zmiany treści kampanii reklamowej lub jej całkowite zaprzestanie), a następnie ich skrupulatnego wykonania. W przypadku sprawy Kauflandu taki efekt został osiągnięty bez prowadzenia długotrwałego postępowania administracyjnego, co należy uznać za sukces obu stron, tj. prezesa UOKiK oraz samego przedsiębiorcy.

WAŻNE

Tzw. miękkie wyzwanie to stosunkowo nowa procedura w arsenale środków, jakimi dysponuje prezes UOKiK. Pozwala ona skierować do przedsiębiorcy wezwanie, np. do zaniechania działań, bez konieczności wszczynania postępowania.

Alternatywą dotkliwe sankcje

Najgorszy scenariusz dla przedsiębiorcy to wydanie przez prezesa UOKiK decyzji stwierdzającej stosowanie praktyki wprowadzającej w błąd, a tym samym naruszającej zbiorowe interesy konsumentów. W ramach takiej decyzji organ antymonopolowy może nałożyć na przedsiębiorcę karę pieniężną w wysokości do 10 proc. jego rocznych obrotów.

W ostatnich miesiącach kilkukrotnie nakładano wysokie kary na przedsiębiorców stosujących kampanie reklamowe wprowadzające klientów w błąd. Przykładem jest seria decyzji z 30 grudnia 2016 r. w sprawach Cyfrowego Polsatu (w sumie blisko 10 mln zł kar) oraz Polkomtelu (w sumie ok. 30 mln zł kar; decyzje nr RKR-14/2016, nr RKR-15/2016, nr RBG-10/2016).

Równie uciążliwe mogą być dodatkowe obowiązki nałożone na przedsiębiorcę, których celem jest m.in. poinformowanie opinii publicznej, w tym samych klientów, o istocie naruszenia. W ostatnich decyzjach prezes UOKiK zobowiązywał przedsiębiorców m.in. do publikacji treści decyzji nie tylko na stronie internetowej przedsiębiorcy i jej utrzymywanie przez określony okres (np. 6 miesięcy), lecz także w telewizji w porach największej oglądalności. Katalog takich środków (obowiązków) możliwych do zastosowania przez organ antymonopolowy jest obszerny.

Ocena zachowań sieci handlowej

Wracając do sprawy Kauflandu oraz taktyki postępowania wybranej przez sieć, trudno jednoznacznie ocenić jej zachowanie. Z jednej strony można znaleźć wiele argumentów, które przemawiały za odparciem zarzutu wprowadzania klientów w błąd. Brak jasnej definicji polskiego przedsiębiorcy, brak rozwiniętego orzecznictwa czy praktyki prezesa UOKiK w tym zakresie, a przy tym oparcie działalności sieci handlowej o polskie produkty i polskich dostawców- to powoduje wątpliwości co do zastrzeżeń podnoszonych przez organ antymonopolowy. Taki wniosek sugerowałby możliwość obrony swoich racji, nawet w ramach postępowania administracyjnego lub sądowego.

Z drugiej strony przedsiębiorca działa tu i teraz, biznes zaś zmienia się z dnia na dzień. Nie może czekać miesiącami lub latami na pozytywne rozstrzygnięcie postępowania, przy okazji ponosząc znaczne koszty z tym związane. Ponadto przekonanie opinii publicznej, a w szczególności klientów, do swoich racji jest często dużo trudniejsze niż wygranie sprawy przed sądem. Raz naruszone zaufanie klientów może być trudne do odzyskania.

Z tego względu można się pokusić o wniosek, że w sprawie "naszych rodzimych produktów" każdy zrealizował swoje cele. Posłanka Krystyna Pawłowicz razem z prezesem UOKiK doprowadzili do zmiany treści kampanii reklamowej, a sam przedsiębiorca uniknął długotrwałych postępowań, w tym kar pieniężnych, oraz szybko i po cichu zakończył zamieszanie medialne związane z tą sprawą.

@RY1@i02/2017/074/i02.2017.074.183001600.805.jpg@RY2@

Przemysław Rybicki

Kancelaria Affre i Wspólnicy

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.