Unia ma dość celowego psucia urządzeń przez producentów
Koniec ze sprzętem, który psuje się po dwóch latach. Telefony, pralki i telewizory, zanim trafią na wysypisko, mają służyć jak najdłużej. W Parlamencie Europejskim trwają prace nad przepisami, które skuteczniej niż do tej pory będą chronić konsumentów przed producentami celowo skracającymi życie sprzętu. Śmiałe plany Brukseli mogą wywrócić rynek do góry nogami
Wydłużenie gwarancji na sprzęt elektryczny i elektroniczny nawet do 5 lat i obowiązek zapewnienia łatwego dostępu do części zamiennych przez 10 lat od zakupu. Do tego bardziej restrykcyjne wymogi i nowe obowiązki dla producentów. Do obrotu ma być też dopuszczony tylko taki sprzęt, który można będzie łatwo rozmontować. Ponadto dostępne muszą być do niego części zapasowe, aby fachowiec w serwisie nie musiał wymieniać całego modułu, a mógł łatwo zastąpić szwankujący element nowym. To tylko niektóre z ostatnich pomysłów Parlamentu Europejskiego - Komisja Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów (IMCO) przygotowuje obecnie już projekt ostatecznej wersji rezolucji w sprawie dłuższego cyklu życia produktów.
Projekt ma być przedstawiony i głosowany w Parlamencie Europejskim na jednym z najbliższych posiedzeń plenarnych.
Co chce zmienić UE
Komisja Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów (IMCO) proponuje, by Komisja Europejska (KE) przyjęła przepisy, które lepiej niż do tej pory pomogą walczyć ze zbyt szybko psującym się sprzętem elektronicznym. Proponuje również korektę dotychczasowej unijnej polityki, która okazuje się niewystarczająca. Chce wymusić na producentach, aby projektowali bardziej solidne, trwałe produkty o wysokiej jakości.
Jak sprawić, by produkty dłużej służyły? ⒸⓅ
Zwiększenie dostępu do informacji o częściach zamiennych i możliwościach napraw
Każdemu klientowi w momencie zakupu urządzenia mają być wydawane instrukcje jego konserwacji i naprawy
Wprowadzenie co najmniej 5-letniej gwarancja dla dużego sprzętu gospodarstwa domowego i trwałych ruchomości (np. pojazdów)
Ustalenie minimalnej, 24-miesięcznej gwarancji na pozostałe sprzęty, z możliwością ustanowienia przez państwa członkowskie dłuższego okresu jej trwania
Upowszechnienie cyfrowego dowodu gwarancji.
Wprowadzenie wymogu informowania klientów o przewidywanym czasie użytkowania produktu
Opracowanie nowych, znormalizowanych kryteriów oceny minimalnej odporności na zużycie różnych kategorii produktów
Dostosowanie stawek podatku ekologicznego do deklarowanego okresu żywotności sprzętu
Zakaz instalowania nieusuwalnych elementów w produktach
Zagwarantowanie dostępu do części zamiennych w rozsądnej cenie i przez określony czas
Źródło: Projekt sprawozdania Komisji Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów w sprawie dłuższego cyklu życia produktów: korzyści dla konsumentów i przedsiębiorstw (2016/2272(INI)) z 22 grudnia 2016 r.
@RY1@i02/2017/044/i02.2017.044.18300160b.101(c).jpg@RY2@
agp
Jak sprawić, by produkty dłużej służyły? ⒸⓅ
Góra śmieci rośnie
Zaniepokojenie budzi bowiem rosnąca góra zdezelowanych pralek, lodówek, telewizorów i drukarek. Według danych Eurostatu z maja 2016 r. państwa członkowskie wygenerowały w 2013 r. ponad 8 mln ton elektrośmieci, z których zaledwie nieco ponad 2,6 mln ton poddano recyklingowi. I - jak podaje Eurostat - będzie ich więcej, bo każdego roku masa niesprawnych urządzeń rośnie od 3 do 5 proc. Komisja Europejska szacuje, że w 2020 r. całkowita masa zepsutego sprzętu AGD, komputerów i telefonów przekroczy 12 milionów ton.
Jedną z przyczyn tej rosnącej góry śmieci jest właśnie krótka żywotność sprzedawanych urządzeń.
Zarówno parlamentarzystom, jak i KE zależy nam tym, żeby na rynek nie trafiał już sprzęt, który jest tak skonstruowany, że - z perspektywy konsumenta - nie opłaca się go naprawiać, bo związane z tym koszty są bliskie cenie nowego urządzenia. A że żywotność sprzętu jest dużo niższa, niż była jeszcze kilkanaście lat temu - potwierdza chociażby raport niemieckiego Urzędu ds. środowiska z 15 lutego 2014 r. (UBA - Umweltbundesamt). Wynika z niego, że odsetek sprzętu domowego, który psuje się w ciągu 5 lat, wzrósł na przestrzeni lat 2004-2013 z 3,5 na 8,3 proc.
Z kolei z raportu przedstawionego przez parlamentarną komisję IMCO wynika, że dzisiaj małe sprzęty elektroniczne - szczoteczki do zębów, zabawki na baterie czy smartfony - psują się średnio po 1-2 latach użytkowania. Komputery żyją średnio 3-4 lata, większe urządzenia, jak odkurzacze czy zmywarki - 5-6 lat, telewizory i lodówki - od 7 do 10 lat, a ponad dekadę wytrzymują np. bojlery czy panele solarne.
W trosce o ekologię...
Krótka żywotność sprzętu przekłada się na wiele problemów, mających znaczenie dla społeczeństwa i środowiska naturalnego.
Najoczywistszy jest wymiar ekologiczny. W samych tylko kondensatorach elektrolitowych i innych elementach scalonych znaleźć można bowiem pół tablicy Mendelejewa. To cała masa toksycznych substancji, jak m.in. ołów, rtęć i kadm. Przy nieodpowiednim składowaniu wsiąkają w ziemię, a następnie przedostają się do wody. To jednak nie koniec oddziaływania zużytego sprzętu na środowisko. Skoro bowiem urządzenie nie działa, to trzeba kupić nowe. Natomiast produkcja każdego kolejnego egzemplarza wymaga nie tylko nakładu surowców, ale i energii. To zaś oznacza większą emisję gazów cieplarnianych do atmosfery.
WAŻNE
W ocenie IMCO należy jasno i jednoznacznie zdefiniować na gruncie prawa, czym są praktyki polegające na sztucznym skracaniu cyklu życia (zarówno produktów, jak i oprogramowania). Na podstawie tej definicji takie praktyki będą zakazane.
...preferencje konsumentów...
Sondaże wskazują, że konsumenci wcale nie chcą wyrzucać urządzeń po kilkunastu czy kilkudziesięciu miesiącach od zakupu. I tak zgodnie z badaniem Eurobarometru z 2014 r. 77 proc. obywateli europejskich wolałoby naprawiać posiadane towary niż kupować nowe. Problem w tym, że koszty naprawy działają zniechęcająco. W konsekwencji coraz trudniej znaleźć serwis, który się tym zajmie, bo tego typu punkty są zamykane. Np. w Niderlandach w ciągu siedmiu lat zniknęło 2 tys. miejsc pracy w tym sektorze, w Niemczech - zamknięto 13 proc. punktów napraw odbiorników radiowych i telewizyjnych w ciągu jednego roku; a w Polsce - jak podaje IMCO - w ciągu dwóch lat liczba serwisantów spadła o 16 proc.
...i ich portfele
Komisja Europejska zwraca też uwagę na jeszcze inny aspekt ekonomiczny. Ziemia stopniowo ubożeje w surowce naturalne, co przy stale rosnącym zapotrzebowaniu na sprzęt elektroniczny przekłada się na wzrost cen złota, palladu i miedzi. Są to zaś najczęściej wykorzystywane przewodniki prądu, które znaleźć można we wszystkich telefonach, tabletach i komputerach. Ponadto w zaawansowanym technologicznie sprzęcie kryją się jeszcze inne skarby. To przede wszystkim metale ziem rzadkich, tj. skand (wykorzystywany w przemyśle lotniczym i kosmicznym), lantan (w rentgenie) czy samar (w prętach sterujących w reaktorach jądrowych). Kraje UE importują większość z nich głównie z Chin, które - jak podaje polskie Biuro Analiz Sejmowych - mają 94 proc. światowych zasobów tych metali i posiadają 34 proc. rozpoznanych złóż.
Komisja Europejska chce przeciwdziałać niepotrzebnemu marnotrawstwu. Jego skalę dobitnie obrazują dane ONZ, z których wynika, że tylko w 2016 r. bogate kraje zmarnowały ponad 300 ton złota i 1000 ton srebra. W efekcie substancje te zamiast wrócić do obiegu, nigdy nie opuściły wysypisk. A jak pokazuje przykład firmy Apple, wcale nie musi tak być. Amerykański potentat ujawnił, że w 2015 r. odzyskał ponad tonę złota ze starych telefonów, tabletów i komputerów, w czym pomagają specjalne skonstruowane roboty, które demontują rocznie ponad 1,2 mln takich urządzeń.
Które surowce UE musi importować z zagranicy ⒸⓅ
|
Fluoryt |
Soczewki, tworzywa sztuczne |
Chiny, RPA |
69 proc. |
|
Grafit naturalny |
Reaktory jądrowe i elektrody |
Chiny, Brazylia, Madagaskar |
95 proc. |
|
German |
Mikroczipy, komputery, chemioterapia, włókna optyczne |
Chiny, USA, Hongkong |
100 proc. |
|
Magnez |
Przemysł lotniczy i kosmiczny |
Chiny, Izrael, Norwegia |
100 proc. |
|
Metale ziem rzadkich |
Przemysł lotniczy i kosmiczny, lasery, baterie, systemy naprowadzania rakiet samosterujących |
Chiny, Rosja, USA |
100 proc. |
Źródło: Komunikat Komisji Europejskiej w sprawie przeglądu wykazu surowców krytycznych dla UE i wdrażania inicjatywy na rzecz surowców z 26 kwietnia 2014 r.
Szerszy plan
Propozycje, nad którymi pracuje obecnie Parlament Europejski, związane są z planem KE, która chce wprowadzenia gospodarki w obiegu zamkniętym (tzw. circular economy). Chodzi o przestawienie całej unijnej gospodarki na nowe tory i odejście od schematu "kup - wyrzuć", na "kup - przetwórz". Oznacza to jeszcze większy nacisk na recykling i odpowiedzialne zarządzanie odpadami, według przyjętej przez UE hierarchii postępowania z odpadami. Przy czym warto podkreślić, że szeroki pakiet zmian w obowiązujących dyrektywach Komisja Europejska przedstawiła już w grudniu 2015 r.
@RY1@i02/2017/044/i02.2017.044.18300160b.801(c).jpg@RY2@
HIERARCHIA SPOSOBÓW POSTĘPOWANIA Z ODPADAMI
Cel jest prosty, choć bardzo ambitny. Śmieci ma być przede wszystkim mniej, bo na wysypisko mają trafić tylko te elementy, których nie da się już dalej wykorzystać. Komisja chciałaby, żeby już w 2030 r. aż 70 proc. odpadów podlegało recyklingowi, a tylko 5 proc. z nich lądowało na składowiskach.
W parlamencie europejskim toczą się właśnie intensywne prace nad zmianami m.in. w dyrektywach: nr 2000/53/WE 8 września 2000 r. w sprawie pojazdów wycofanych z eksploatacji (Dz.Urz. UE L 269, s. 34), nr 2006/66/WE z 6 września 2006 r. w sprawie baterii i akumulatorów oraz zużytych baterii i akumulatorów (Dz.Urz. UE L 266, s. 1) i nr 2012/19/UE z 4 lipca 2012 r. w sprawie zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego (Dz.Urz. UE L 197 s. 38). 14 marca 2017 r. na posiedzeniu plenarnym w Parlamencie Europejskim przewidziana jest wspólna debata nad "Gospodarką o obiegu zamkniętym", podczas której omawiane będą sprawozdania komisji parlamentarnych oceniające propozycje zmian.
Części wyłączone
Obecnie Unia chce pójść nawet jeszcze o krok dalej niż proponowała w grudniu 2015 r. Bruksela chciałaby też m.in. rozkręcić rynek wtórny urządzeniami elektrycznymi. Dlatego pod koniec stycznia br. przedstawiła propozycje zmian w obowiązującej już dyrektywie Parlamentu Europejskiego i Rady nr 2011/65/EU z 8 czerwca 2011 r. w sprawie ograniczenia stosowania niebezpiecznych substancji w sprzęcie elektrycznym i elektronicznym (Dz.Urz. UE L 174, s. 88 ze zm.; dalej: dyrektywa ROHS 2), w której m.in. określono dopuszczalne ilości toksycznych substancji stosowanych przy produkcji sprzętu elektronicznego. W jej myśl od 22 lipca 2019 r. niedopuszczone do obrotu będą już praktycznie wszystkie produkty (a nie jak do tej pory tylko m.in. urządzenia gospodarstwa domowego czy sprzęt informatyczny), które będą zawierać w sobie toksyczne materiały. KE chce tym sposobem skłonić producentów, by eliminowali z urządzeń m.in. ołów i rtęć, a w ich miejsce stosowali mniej niebezpieczne substancje.
We wspomnianych poprawkach do dyrektywy RoHS 2, przedstawionych 27 stycznia br., komisja zdecydowała się jednak na rewizję swoich planów - z ograniczeń dotyczących dopuszczalnych ilości substancji szkodliwych zaproponowała wyłączenie części zamiennych. Chodzi oczywiście o to, aby używany, a wciąż sprawny sprzęt miał jeszcze szansę na drugie życie. Unia ma nadzieję, że dzięki temu rozwinie się sektor usług napraw i serwisów.
UE robi krok w przód i krok w tył
Część ekspertów zwraca jednak uwagę, że Unia w rzeczywistości gasi pożary, które sama wcześniej roznieciła. Z jednej strony - dąży do zapewnienia konsumentom jak najwyższego bezpieczeństwa przy użytkowaniu sprzętów. Z drugiej - chcąc ten cel osiągnąć - wprowadza w prawie zmiany, które przynoszą odwrotny skutek i jednocześnie skracają żywotność sprzętu.
Przykładem może być obowiązujący od 2006 r. zakaz stosowania ołowiu w cynie wykorzystywanej przy lutowaniu elementów elektronicznych - został wprowadzony pierwszą dyrektywą ROHS. Przed 2006 r. używano stopu cyny (63 proc.) i ołowiu (37 proc.). Obecnie cynę łączy się już z innymi przewodnikami prądu, m.in. złotem, miedzią lub bizmutem.
Oprócz tego, że są one droższe, to wykazują również gorsze właściwości fizyczne. Są przede wszystkim mniej trwałe i podatne na zmiany temperatury. Do tego topią się w wyższych temperaturach niż poprzedni stop (obecnie - od 221 do 240 stopni C, przedtem - 183 stopni C). W związku z tym wykorzystywanie ich przy lutowaniu często powoduje tzw. delaminację (czyli rozwarstwienie i uszkodzenie) płytek drukowanych, na których instalowane są podzespoły.
Zakazany przez KE jako szkodliwy ołów był też dodawany do cyny, by przeciwdziałać powstawaniu tzw. wąsów cynowych, czyli cienkich strun, które przewodzą prąd i rozrastają się na wiele kierunków. Mogą przez to stykać się z innymi elementami, co w efekcie może powodować zwarcia w układach elektronicznych. Z tego też powodu prawodawstwo UE nie objęło zakazem stosowania ołowiu tych branż, w których potencjalna awaria mogłaby przynieść katastrofalne skutki. To m.in. przemysł medyczny, lotniczy i wojskowy.
W praktyce nie brakuje przypadków, w których występowanie wąsów cynowych mało co nie doprowadziło do tragedii. Przykładem jest awaryjne wyłączenie reaktora elektrowni atomowej w Millestone w USA, które miało miejsce 17 kwietnia 2005 r. Przyczyną była wadliwie działająca karta sterownika, na której wykryto zwarcia spowodowane wąsami cynowymi.
Z podobnymi problemami mierzy się również NASA, która m.in. w styczniu 2006 r. bezpowrotnie utraciła kontrolę nad satelitą Galaxy IIIR. NASA przyznała się do trzech takich przypadków. Za kluczowy powód awarii podała właśnie wystąpienie zwarć i uszkodzenia modułów na skutek powstania wąsów cynowych
Mniej produktu w produkcie? Przedsiębiorcy sceptyczni
Plany wprowadzenia nowych i bardziej restrykcyjnych wymogów przy projektowaniu urządzeń spotykają się z chłodnym przyjęciem producentów i importerów sprzętu. UE nie kryje bowiem, że dąży do rozszerzenia ich odpowiedzialności za cykl życia oferowanych przez nich towarów
Nowe propozycje oznaczają m.in. obciążenie producentów większymi niż do tej pory kosztami związanymi z zagospodarowaniem zużytego sprzętu. I brak przyzwolenia na wiele praktyk, które znacząco przyczyniły się do finansowego sukcesu wielu koncernów.
Jednorazówki na prąd
Sytuacje, w których naprawa sprzętu w autoryzowanym serwisie nie kalkuluje się finansowo, nie należą wcale do rzadkości. Co więcej, nie zawsze usługi niezależnych fachowców są w ogóle możliwe. Bywa że części elektroniczne są zalewane plastikiem (co utrudnia dostęp), a podzespoły trwale zespalane z obudową (co uniemożliwia ich wyjęcie bez uszkodzenia sprzętu).
Jak podaje Piotr Koluch z Fundacji Pro-Test - należy do międzynarodowej organizacji testującej produkty, która zrzesza 41 instytucji konsumenckich z 37 państw - powszechna jest również praktyka montowania niewymienialnych baterii. - Zdecydowana większość urządzeń elektrycznych z wbudowaną baterią to w rzeczywistości jednorazówki. Przykładem są np. elektryczne szczoteczki do zębów, smartfony, tablety czy maszynki do strzyżenia - wylicza.
Podkreśla, że urządzenia te mogłyby działać o wiele dłużej, gdyby producenci umożliwili konsumentom samodzielną wymianę baterii. - Pod warunkiem oczywiście, że cena akumulatorów zostałaby tak skalkulowana, by były one powszechnie dostępne - zaznacza ekspert.
Warto w tym miejscu przytoczyć przypadek sprzętu firmy Apple, która w 2003 r. stanęła przed sądem z powodu montowania niewymienialnych baterii w swoich iPodach Nano 1G. W pozwie zbiorowym (wytoczonym za oceanem) amerykańskiemu koncernowi postawiono wtedy zarzut planowanego postarzania produktu - montowana w urządzeniu bateria wytrzymywała od kilku do kilkunastu miesięcy od dnia zakupu, a jej wymiana była niemożliwa. Z dokumentów dostarczonych przez producenta, które przedstawiono w trakcie procesu, wynikało, że był to zabieg celowy. Spór ostatecznie zakończył się ugodą. Na jej mocy Apple zobowiązał się wymienić zareklamowane baterie. Zapewnił również dłuższą, dwuletnią gwarancję na swój produkt.
WAŻNE
UE chce walczyć ze zjawiskiem planowania awaryjności produktów. Jej zdaniem producenci celowo ograniczają żywotność urządzeń i uniemożliwiają ich naprawianie, np. nie zapewniają części zamiennych albo stosują takie, których wymienić się nie da.
Odkurzacze i telefony na 3 lata
Piotr Koluch dodaje, że problem nieopłacalnych napraw dotyczy nie tylko sprzętu na baterie. Dotyka on również m.in. odkurzaczy. Ekspert podaje, że średnio za 80 proc. wszystkich awarii odpowiadają zepsute szczotki silnika, które z biegiem czasu wycierają się. - W tym przypadku ta właśnie mała część przesądza o żywotności całego urządzenia i czyni je bezużytecznym, bo koszt wymiany tego elementu jest zwyczajnie zbyt wysoki - twierdzi specjalista z Pro-Test.
!Bruksela chciałaby, aby sprzęt, który uległ awarii, zamiast na wysypisko - trafiał do punktów napraw.
- Produkty stają się nietrwałe i wadliwe, bo mają zastosowanie tańsze materiały o mniejszej wytrzymałości. Jest to na rękę przede wszystkim producentom, którzy mogą dzięki temu obniżyć koszty w myśl błędnej zasady, że im więcej wyprodukujemy, tym większe będziemy mieć z tego zyski - twierdzi Jerzy Ziaja, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu. Niektórzy producenci sprzętu przyznają się otwarcie, że zaplanowana żywotność ich urządzeń wynosi góra kilkadziesiąt miesięcy. Dotyczy to chociażby iPhone'ów, które - jak podaje Apple w swojej prezentacji o odpowiedzialności środowiskowej - działają średnio przez trzy lata.
Drukarki na 5 tys. stron
Kolejnym przykładem są drukarki atramentowe, które często automatycznie blokują się po określonej liczbie wydrukowanych stron. Odpowiadają za to specjalnie zainstalowane w urządzeniach czipy, które monitorują i informują użytkownika o poziomie tuszu w kartridżach. Co więcej, jak się okazuje w wielu przypadkach ostrzeżenie o wyczerpaniu się tonera jest przedwczesne i ma skłonić konsumentów do jego szybszej wymiany.
Zjawisko to zaobserwowali m.in. Amerykanie, którzy zainicjowali spór sądowy z producentem drukarek - firmą HP. Złożono przeciwko niej trzy pozwy zbiorowe. W pierwszym zarzucono, że informacja o braku tuszu nie odzwierciedlała jego prawdziwego poziomu. W drugim zwrócono uwagę na praktykę polegającą na celowym mieszaniu tuszu kolorowego z czarnym. Powodowało to, że ten pierwszy również się zużywał, nawet gdy nie było to uzasadnione. Trzeci pozew dotyczył zaś blokowania dalszych wydruków, mimo że ilość tuszu pozwalała jeszcze na wydrukowanie wielu stron. W listopadzie 2010 r. HP zawarła ugodę przez kalifornijskim sądem i zobowiązała się wypłacić 5 mln dol. rekompensaty użytkownikom, którzy weszli w posiadanie części modeli drukarek dopuszczonych do obrotu między 2001 a 2010 r.
Branża zaprzecza
Zarzuty celowego skracania żywotności oferowanych urządzeń przez producentów kategorycznie odrzuca Michał Kanownik, prezes ZIPSEE "Cyfrowa Polska".
- To mit - konkluduje krótko. Podkreśla, że taka praktyka nie byłaby w interesie producentów, bo nic tak nie wpływa na opinię o danym sprzęcie, jak częstotliwość ulegania awarii. I dodaje, że obecnie wielu producentów wydłuża okresy gwarancyjne na sprzęt, co świadczy o tym, że dbają oni o to, aby sprzedawany produkt był coraz bardziej niezawodny.
- Oczywiście w czasach, kiedy urządzenia mają coraz więcej funkcjonalności, są coraz mniejsze, a przy tym efektywniejsze i oszczędne pod względem energetycznym, czego oczekują dziś konsumenci, jest więcej elementów i składowych, które mogą ulec usterce w trakcie użytkowania. Mogę zapewnić, że nie są to jednak celowe działania producentów - przekonuje Kanownik.
Wtóruje mu Radosław Maj, koordynator projektów CECED Polska. Również przekonuje, że zarzuty celowego postarzania sprzętu nie są niczym uzasadnione. Podkreśla, że sprzęt jest coraz bardziej innowacyjny, a co za tym idzie, bardziej zaawansowany technologicznie. - Niestety wciąż niewielu użytkowników jest świadomych, że nasza branża dostarcza sprzęt zużywający o ok. 70 proc. mniej wody czy prądu w porównaniu do tego sprzed 10-15 lat.
Dodaje, że już obecnie funkcjonuje wiele przepisów stawiających wymogi przy produkcji urządzeń właśnie z uwzględnieniem etapu końca życia produktu, np. zakaz stosowania substancji, które stają się niebezpieczne w momencie recyklingu sprzętu, a także zmniejszania poziomu zużycia materiałów i prądu na etapie projektowania.
Tymczasem Piotr Koluch z Fundacji Pro-Test twierdzi, że producenci na każdym kroku szukają oszczędności. Zgadza się z nim Jerzy Ziaja, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu: - To oczywiste, że przedsiębiorcom zależy przede wszystkim na osiągnięciu największego możliwego zysku przy jak najmniejszym nakładzie surowców i pracy. Z tej perspektywy nie opłaca się więc instalować elementów najwyższej jakości w każdym urządzeniu. Różni klienci mają bowiem różne potrzeby i oczekiwania, a dla wielu z nich sprzęt nie musi być wcale najlepszy, tylko wystarczająco dobry. W końcu jak ktoś potrzebuje wywiercić kilka dziur, to nie sięga od razu po wiertarkę, która sprawdziłaby się na budowie. Trudno przy tym założyć, że firmy nie interesują się nawykami swoich klientów. Gdyby bowiem nie rozpoznawały ich potrzeb, nie utrzymałyby się na rynku - twierdzi Jerzy Ziaja.
Sama Komisja Europejska jeszcze w 2015 r. zapowiedziała cykl niezależnych badań, które mają ocenić skalę występowania nagannych praktyk. Na ten cel z programu Horyzont 2020 przeznaczono w budżecie UE 650 mln euro.
A może wypożyczać zamiast kupować na własność?
Takie pytanie stawia The Repair Organization, czyli powstałe w 2013 r. amerykańskie stowarzyszenie zrzeszające fachowców, którzy żyją z napraw. Organizacja postuluje ustanowienie powszechnie obowiązującego prawa do naprawiania. Przekonuje, że przy obecnych regulacjach nabywcy sprzętu w rzeczywistości jedynie wynajmują go na czas, który z góry określa producent.
Organizacja domaga się ustanowienia przepisów, które nałożą na firmy m.in. obowiązek udostępniania klientom prostych schematów, pozwalających na dokonanie napraw we własnym zakresie. Zwraca uwagę, że wielu producentów odmawia przekazania jakiejkolwiek dokumentacji, która pozwalałaby na jakiekolwiek majsterkowanie, powołując się przy tym na prawo autorskie i konieczność ochrony swojej własności intelektualnej.
Stowarzyszenie ma już za sobą pierwsze sukcesy. Zainicjowane przez nie propozycje zmian w prawie pojawiły się bowiem w czterech stanach w USA (Massachusetts, Minnesota, Nebraska i Nowy Jork). Rozważane są w nich regulacje, które zobowiązałyby producentów do m.in. udostępniania informacji i części zamiennych niezależnym punktom serwisowym.
Wiele dróg do tego samego celu
Część unijnych państw przeciera szlaki i wprowadza regulacje, które mają na celu wydłużenie życia sprzętu. Rozwiązania są różne: jedne skupiają się na zachętach dla konsumentów, inne - nakładają więcej obowiązków na producentów
Niektóre kraje już wprowadziły regulacje, które miałyby zachęcić klientów do naprawy zużytych sprzętów. Przykładem jest Szwecja, w której od 1 stycznia 2017 r. rząd dopłaca do naprawy zepsutego sprzętu AGD - każdy mieszkaniec tego kraju może liczyć na zwrot 50 proc. kosztów, które ponosi, zanosząc niefunkcjonujący sprzęt do warsztatu. Co więcej, szwedzki rząd obniżył również VAT na usługi rzemieślnicze - z 25 do 12 proc.
Liczy, że dzięki temu spadną ceny wszelkich napraw, co z kolei zachęci konsumentów do zmiany swoich nawyków. Tym sposobem zyskać ma nie tylko środowisko, ale i lokalne warsztaty - przekonuje szwedzki ustawodawca. Uważa przy tym, że dzięki temu państwo nie będzie obciążane kosztami utylizacji produktów - które przy odpowiednim nakładzie pracy i bardziej przystępnych kosztach mogłyby jeszcze długo działać.
Z kolei Finlandia wprowadziła regulacje, które dają konsumentom możliwość wydłużenia gwarancji na przykład sprzętu budowlanego, artykułów gospodarstwa domowego i pojazdów. Nawet jeżeli wada w tych produktach pojawi się po dwóch latach od dostarczenia towaru - jest wciąż on objęty odpowiedzialnością sprzedającego.
Przy czym pierwszym krajem na świecie, który oficjalnie wytoczył ciężkie legislacyjne działa przeciwko planowanemu skracaniu żywotności sprzętów elektronicznych, była Francja. Ustawodawca znad Sekwany definiuje te praktyki jako "świadome wprowadzanie wad produkcyjnych, które prowadzą do zamierzonego zatrzymania pracy urządzenia", a także "celowe projektowanie sprzętu w sposób, który utrudniałby jego naprawę". Od marca 2015 r. proceder ten jest zakazany. Grozi za niego kara do 300 tys. euro i pozbawienie wolności do dwóch lat.
Francuzi narzucili również firmom obowiązek informowania - zarówno konsumentów, jak i dystrybutorów - jaka jest szacowana długość życia produktów i jak długo będą do nich produkowane części zamienne. Sprzedawcy, którzy nie podzielą się tymi informacjami na piśmie z klientem w momencie zakupu, muszą być gotowi na grzywnę w wysokości do 15 tys. euro.
Ponadto od 2016 r. producenci sprzętu elektronicznego mają ustawowy obowiązek wymiany lub naprawy każdego wadliwego produktu, który odmówił posłuszeństwa w ciągu dwóch lat od nabycia. I to bez obciążania klienta jakimikolwiek opłatami z tego tytułu. W praktyce oznacza to wprowadzenie obowiązkowej, dwuletniej gwarancji na SEE sprzedawane we Francji.
Celem wprowadzenia takich obostrzeń było ułatwienie kupującym podejmowania świadomych decyzji i skłonienia ich do wybierania takich urządzeń, których cykl życia będzie dłuższy. To z kolei ma wywrzeć nacisk na producentów, którzy będą musieli wypuszczać na rynek trwalsze produkty.
Polska zupełnie niegotowa na circular economy
Komisja Europejska przypomina Polsce, że powinniśmy jak najszybciej wprowadzić skuteczniejsze instrumenty służące wdrożeniu rozszerzonej odpowiedzialności producenta. Eksperci są zgodni, że takie zmiany są potrzebne. Podkreślają jednak, że mogą one wywrócić polski rynek do góry nogami
Raport podsumowujący stan wdrażania unijnego prawa dotyczącego ochrony środowiska w Polsce Komisja Europejska przedstawiła 3 lutego 2017 r. Niestety, wynika z niego, że nasz kraj ma jeszcze dużo do zrobienia na drodze do pełnej gospodarki circular economy. Na tle innych państw też wypadamy bardzo słabo. W dokumencie Komisja Europejska proponuje m.in.: wprowadzenie strategii, w tym instrumentów gospodarczych (systemów rozszerzonej odpowiedzialności producenta, opłat proporcjonalnych do ilości wyrzucanych odpadów) służących dalszemu wdrażaniu hierarchii postępowania z odpadami, tj. promowaniu działań zapobiegawczych, tak aby ponowne użycie i recykling stały się bardziej atrakcyjne pod względem gospodarczym.
@RY1@i02/2017/044/i02.2017.044.18300160b.802.jpg@RY2@
Tak (nie) radzimy sobie z elektrośmieciami w Polsce
Zmiany nieuniknione
Również zdaniem ekspertów uporządkowanie zabałaganionego polskiego rynku odpadów nie obędzie się bez fundamentalnych zmian sposobu finansowania ich zbierania. - W chwili obecnej, w dużym uproszczeniu, producenci odpowiedzialni są - samodzielnie lub we współpracy z innymi podmiotami rynku - za organizację i finansowanie większości działań związanych z odpowiednim zagospodarowaniem zużytego sprzętu, który powstał ze sprzętu wprowadzonego przez nich wcześniej do obrotu - wyjaśnia Tomasz Styś, ekspert Instytutu Sobieskiego.
Podkreśla przy tym, że wprowadzenie minimalnych standardów systemu rozszerzonej odpowiedzialności producenta w skali całej UE może oznaczać dla polskich firm konsekwencje trojakiego rodzaju.
- Po pierwsze, zmienić się może zakres odpowiedzialności organizacyjnej producentów za zbieranie i przetwarzanie odpadów powstałych z produktów, które wprowadzili do obrotu. Po drugie, zmiana mechanizmu oznaczać może konieczność innego niż dotychczas rozpisania ról dla poszczególnych podmiotów rynku. Trzecim kluczowym aspektem mogą być kwestie zmian w sposobach finansowania zbierania i przetwarzania odpadów - wyjaśnia ekspert. I dodaje, że konieczne może być większe zaangażowanie finansowe producentów w realizację ich obowiązków środowiskowych.
Obowiązki spełnione na papierze
Tomasz Styś podkreśla, że choć z raportów Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska wynika, że ustawowe cele systemu gospodarki ZSEE są realizowane, to w praktyce liczby te nie zawsze są zgodne z praktyką. Tymczasem już za kilka lat, w roku 2021, czekać nas będzie trudny sprawdzian efektywności naszego systemu. To dlatego, że obecnie minimalny roczny poziom zbierania ZSEE, a także jego odzysku i przygotowania do ponownego użycia oraz recyklingu wynosi 40 proc. masy sprzedanych urządzeń. Tymczasem od 2021 r. będziemy musieli się wykazać już jednak osiągnięciem poziomu 65 proc. - jak przewiduje to art. 20 ust. 1 pkt 2 znowelizowanej ustawy z 11 września 2015 r. o zużytym sprzęcie elektronicznym (Dz.U. z 2015 r. poz. 1688).
@RY1@i02/2017/044/i02.2017.044.18300160b.803.jpg@RY2@
Wybrane nowe obowiązki
- Z punktu widzenia realizacji ustawowych zadań wprowadzających ZSEE do obrotu nie notuje się przypadków wniesienia opłaty produktowej z tytułu ich niewykonania - zauważa Sławomir Pacek z zarządu Stowarzyszenia "Polski Recykling". Zaznacza jednak, że trzeba pamiętać o istnieniu szarej strefy, co skutkuje zawyżaniem masy zebranego i przetwarzanego ZSEE w stosunku do jego rzeczywistej ilości.
To, że nie radzimy sobie z problemem, widać choćby na podstawie dzikich wysypisk, na których zalegają hałdy zużytego sprzętu elektrycznego. Co zresztą Unia Europejska wytknęła nam w raporcie. "Pomimo wysiłków państwa podejmowanych na rzecz likwidacji "dzikich wysypisk", naglący problem stanowi w Polsce nielegalne składowanie odpadów i wyrzucanie ich w lasach" - czytamy w sprawozdaniu KE.
Dariusz Matlak, prezes zarządu Polskiej Izby Gospodarki Odpadami, potwierdza, że system przetwarzania elektroodpadów jest w Polsce nieszczelny, a szara strefa kwitnie w najlepsze. Zaznacza, że zjawisko to trwa od lat. - W trakcie licznych konferencji branżowych od dawna już mówi się o znaczącej skali kwitów, czyli potwierdzeń na masę większą niż rzeczywiście przyjęta.
Ekspert wyjaśnia, że jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy był brak ustawowych poziomów zbierania - wprowadzono je dopiero nowelizacją ustawy o ZSEE w 2009 r. Zaznacza, że wcześniejsze nieuregulowanie tej kwestii stworzyło na rynku sytuację sprzyjającą powstawaniu patologii. - Konkurencja pomiędzy organizacjami odzysku, a do tego częste stosowanie wyłącznie cenowego wyboru ofert przez wprowadzających, z uwagi na przenoszenie odpowiedzialności za niewykonanie obowiązku na organizację odzysku, zachęcały do minimalizowania kosztów m.in. poprzez wybór najtańszych rozwiązań po stronie systemu zbierania i zagospodarowania ZSEE - wyjaśnia Dariusz Matlak.
Dodaje, że skutkowało to stopniowym wzrostem szarej strefy i ciągłym spadkiem wartości rynku przy jednoczesnym raportowaniu rosnących ilości zebranego i przetworzonego sprzętu. - Producenci zdawali się nie zauważać tej anomalii - zaznacza prezes PIGO.
Niewystarczające regulacje
- Niestety rozszerzona odpowiedzialność producenta postulowana przez UE jest u nas wprowadzona w bardzo wąskim zakresie. W porównaniu z przedsiębiorcami z Europy Zachodniej obciążenia w Polsce są o wiele niższe - twierdzi Katarzyna Ryczywolska z Krajowej Izby Gospodarki Odpadami.
- Wszystko wskazuje na to, że dotychczasowe przepisy w zakresie rozszerzonej odpowiedzialności producentów nie umożliwią osiągnięcia wymaganych celów dyrektyw pakietu gospodarki o obiegu zamkniętym (Circular Economy Package) - przekonuje Monika Walencka z Deloitte Sustainability Consulting Central Europe.
Wyjaśnia, że obecne regulacje dotyczące ROP są w polskim prawie rozproszone w różnych ustawach. Do tego powstawały w różnym czasie i były nowelizowane w różnych terminach. - Wynika to ze specyficznego dla Polski podziału obszarów regulacyjnych. Odrębne zasady obowiązują bowiem sektor gospodarki komunalnej, a jeszcze inne gospodarkę specyficznymi odpadami, czyli m.in. zepsutym sprzętem elektrycznym i elektronicznym - twierdzi Monika Walencka.
Jak przekonują eksperci, w Polsce brakuje skutecznych narzędzi prawnych, by przeciwdziałać działaniom zmierzającym do skrócenia żywotności produktu. - Wydaje się, że nie ma skutecznych regulacji, które mogłyby skutecznie zapobiegać takim praktykom - mówi Mateusz Sówka z zarządu Stowarzyszenia "Polski Recykling".
- Co prawda w art. 21 ustawy o ZSEE zapisano minimalne roczne poziomy przygotowania do ponownego użycia oraz recyklingu zużytego sprzętu, co wydaje się wskazywać na wolę ustawodawcy, by sprzęt działał długo i był ponownie wykorzystywany przez nowych użytkowników. Ale to za mało, aby przeciwdziałać niekorzystnym z punktu widzenia praktykom - stwierdza ekspert.
Również Dariusz Matlak, prezes Zarządu Polskiej Izby Gospodarki Odpadami, twierdzi, iż nawet regulacje o wysokich karach są niedoskonałe. I podaje przepis, który nakłada bardzo wysoką karę - nawet 500 tys. zł - na producenta, który nie stosuje przy projektowaniu sprzętu wymagań dotyczących ekoprojektu ułatwiających ponowne użycie i przetwarzanie zużytego sprzętu oraz uniemożliwia ponowne użycie zużytego sprzętu przez stosowanie specyficznych rozwiązań projektowych lub procesów produkcyjnych (art. 91 pkt 1 i 2, art. 92 pkt 2 ustawy o ZSEE). Problem w tym, że ten przepis jest trudny do wyegzekwowania w praktyce. - Brak jest jednoznacznych i klarownych wytycznych lub standardów, co oznacza ekoprojektowanie - tłumaczy Dariusz Matlak.
Podkreśla też, że wyrażony w ustawie obowiązek produkowania tylko sprzętu, który można łatwo rozmontować, by ułatwić recykling części zamiennych, w praktyce jest wymogiem trudnym do wyegzekwowania. Wtórują mu Mateusz Sówka i Sławomir Pacek z zarządu Stowarzyszenia "Polski Recykling", dodając, że nie są im znane przykłady karania za tego typu nielegalne praktyki.
To, że regulacje w Polsce są niedostateczne, nie oznacza, że nic się zupełnie nie dzieje. W najbliższym czasie wejdzie w życie kilka istotnych zmian, wprowadzonych przez obowiązującą ustawę o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym.ⒸⓅ
OPINIA EKSPERTA
@RY1@i02/2017/044/i02.2017.044.18300160b.804.jpg@RY2@
Michał Kanownik prezes ZIPSEE "Cyfrowa Polska"
Pomimo nowej ustawy o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym, system odzysku tego typu urządzeń wciąż nie działa w Polsce efektywnie. Na rynku nadal występuje szara strefa, która mocno zaburza jego funkcjonowanie. Prowadzi to do powstawania luki w systemie, która daje możliwość wystawiania przez nierzetelne podmioty dokumentów poświadczających realizację zbierania, przetwarzania i recyklingu, choć do takich czynności nie doszło. Brakuje przy tym skutecznych mechanizmów, które pozwoliłyby efektywniej monitorować oraz kontrolować ten rynek. Obecne przepisy nie dają np. możliwości śledzenia przemieszczania się ZSEE oraz sprawdzenia dokumentów logistycznych czy finansowych organizacji zbierających i przetwarzających elektroodpady. W związku z tym trudno jest zweryfikować wiarygodność tych firm. Niestety, również zaangażowanie nadzoru kontrolnego ze strony administracyjnej, np. GIOŚ-u, inspekcji handlowej czy organów kontrolno-skarbowych, w rozwiązanie problemu jest stosunkowo za niskie do potrzeb. ⒸⓅ
@RY1@i02/2017/044/i02.2017.044.18300160b.805.jpg@RY2@
Jakub Pawłowski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu