Wzrasta fala wyłudzeń "na urząd patentowy"
Przedsiębiorcy, uważajcie na wezwania do wniesienia opłat za znaki towarowe. Do złudzenia przypominają urzędowe pisma oficjalnych instytucji. Nie zachowując uwagi, można wpłacić pieniądze na konta prywatnych firm
Przedsiębiorca, który rejestruje swój znak towarowy, błyskawicznie staje się celem naciągaczy. W praktyce często tuż po złożeniu podania o udzielenie prawa ochronnego dostaje pismo, które do złudzenia przypomina dokument urzędowy. Ale uwaga: w rzeczywistości to zakamuflowane oferty publikacji w mało znaczących komercyjnych katalogach. Jeżeli właściciel firmy nie zachowa czujności i przeleje pieniądze, zasili tak naprawdę konto prywatnej firmy. Niestety, ostatnimi czasy proceder ten przybiera na sile.
Mechanizm działania
Tego typu pisma otrzymują najczęściej przedsiębiorcy, którzy postanowili zarejestrować swój znak towarowy. Często trafiają one również do tych, którzy wystąpili o ochronę wzorów przemysłowych, wzorów użytkowych czy wynalazków.
Mechanizm działania jest zawsze podobny. W infografice na pierwszej stronie opisujemy go na przykładzie, gdy przedsiębiorca dokonuje rejestracji wspólnotowego znaku towarowego w Urzędzie Harmonizacji Rynku Wewnętrznego (OHIM) w Alicante w Hiszpanii. Po tym jak właściciel znaku formalnie dokonuje zgłoszenia, w ogólnodostępnej bazie danych pojawia się pełna informacja. Przedsiębiorca ma miesiąc na wniesienie opłaty urzędowej. Świadomi tego są również naciągacze, którzy błyskawicznie wysyłają pisma. Kiedy pojawia się wezwanie do zapłaty - przedsiębiorca nie jest zdziwiony i często od razu wpłaca pieniądze. Gdyby dokładniej wczytał się w treść, zauważyłby, że publikacja nastąpi w prywatnej internetowej bazie danych. Czyli faktycznie w miejscu, o którym mało kto wie.
Wiarygodny wygląd
Pisma wyglądają bardzo wiarygodnie. W listach umieszczone są informacje mające podnieść ich wiarygodność. "Kreatywni przedsiębiorcy" docierają do nich poprzez ogólnodostępne urzędowe bazy danych. W wyniku tego w listach można przeczytać, kto dokonał zgłoszenia, w jakiej dacie oraz jak wygląda graficzne przedstawienie samego znaku towarowego. Często podany jest prawdziwy numer zgłoszeniowy, a nawet dokładne dane pełnomocnika.
Cel jest jeden: osoba, która otworzy taki list, ma go skojarzyć z opłatą zgłoszeniową uiszczaną do urzędu patentowego. Taka wprowadzona w błąd osoba często uświadamia sobie pomyłkę dopiero w momencie otrzymania listu z urzędu patentowego, w którym znajduje się oficjalne wezwanie do wniesienia opłaty za dokonane zgłoszenie.
Układ i wygląd wysyłanych do polskich przedsiębiorców pism generalnie jest podobny od lat. Kosmetyczne zmiany dotyczą właściwie jedynie tytułu oraz pojawiających się elementów graficznych. W większości wyglądają bardzo profesjonalnie (świadczą o tym liczne skany pism, które publikuję na moim blogu).
Globalny proceder
Na oficjalnej stronie internetowej polskiego urzędu patentowego widnieje ostrzeżenie przed tego typu nieuczciwymi praktykami Okazuje się, że proceder ten występuje w skali globalnej. Ostrzegają przed nim urzędy patentowe m.in z Francji, Izraela, Japonii, Australii czy Stanów Zjednoczonych. O listach wprowadzających w błąd informują Urząd Harmonizacji Rynku Wewnętrznego oraz Światowa Organizacja Własności Intelektualnej. To, że przez tyle lat nie poradzono sobie z tym problemem, nie napawa optymizmem.
Na taki stan rzeczy z pewnością ma wpływ opłacalność procederu. Trudno oszacować, jaki procent przedsiębiorców dokonuje płatności, ale z pewnością zyski są atrakcyjne. Liczba firm wysyłających takie pisma nie spada, a w ostatnich miesiącach rośnie.
Kosztowne pomyłki
Kwoty, które pojawiają się w tych pismach, są bardzo wysokie. Chodzi o sumy od 1000 zł do nawet 2000 euro. A niektóre firmy rejestrują jednocześnie nawet po kilka znaków towarowych.
Chwilę nieuwagi boleśnie odczuć mogą szczególnie małe firmy, dla których utrata takich pieniędzy to poważne uszczuplenie budżetu. Czasami ofiarami zbytniego pośpiechu padają firmy duże: dla niektórych wysokość i podstawa opłat nie wzbudza większych podejrzeń.
Jak reagować
Po pierwsze tego typu pism należy się spodziewać. Kiedy już się pojawią - najprościej całkowicie je zignorować. Jeszcze lepiej, jeżeli o niebezpieczeństwie ostrzeżemy współpracowników oraz partnerów biznesowych. Tym bardziej że tego typu pisma mogą przychodzić cyklicznie, a czasami wręcz falami. Bywają dni, kiedy do kancelarii patentowej, w której pracuję, dzwoni nawet po kilkadziesiąt osób z pytaniami, co zrobić z tą niechcianą korespondencją. W procedurze krajowej takie pisma często wysyłane są w momencie przedłużania okresu ochrony. Jest jednak niemal stuprocentowa pewność, że niechciane listy przedsiębiorca otrzyma chwilę po dokonaniu zgłoszenia w procedurze wspólnotowej (OHIM błyskawicznie publikuje bowiem informacje o nowych zgłoszeniach).
Dobrze, aby przedsiębiorca miał również wiedzę, jakiej wysokości opłaty urzędowe będą go czekały. Pisma od naciągaczy zazwyczaj wskazują odmienne kwoty. Często też proponują obniżenie wysokości opłaty pod warunkiem dokonania przelewu w przeciągu 7 dni. . Tymczasem urząd patentowy nie złoży takiej propozycji. Właśnie te niespójności powinny wzbudzić nasze podejrzenia.
Problemy z roszczeniami
W przypadku dokonania płatności dochodzenie roszczeń może być trudne. Część firm ma swoje siedziby poza granicami Polski. Z kolei w każdym piśmie znaleźć można informację, że jest to zwykła oferta handlowa, a nadawca nie ma nic wspólnego z urzędami zajmującymi się własnością przemysłową.
Oczywiście są to informacje w pewnej mierze ukryte (np. poprzez użycie małej czcionki). Trzeba jednak przyznać, że niektóre pisma zawierają dokładnie opisane ogólne warunki umowy.
Być może to truizm, ale naprawdę należy dokładnie czytać to, co się podpisuje. Przykład opisanego przeze mnie procederu pokazuje, że istnieje spore grono firm, które tylko czekają na naszą chwilę nieuwagi. A przy dzisiejszym szybkim tempie pracy o taki błąd wcale nie jest trudno.
@RY1@i02/2014/204/i02.2014.204.215000300.803.jpg@RY2@
Mikołaj Lech prawnik, autor bloga o prawnej ochronie marki ZnakiTowarowe-Blog.pl
Mikołaj Lech
prawnik, autor bloga o prawnej ochronie marki ZnakiTowarowe-Blog.pl
OPINIA EKSPERTA
@RY1@i02/2014/204/i02.2014.204.215000300.804.jpg@RY2@
Michał Koralewski radca prawny, wspólnik zarządzający w Kancelarii Radców Prawnych Legitus s.c. w Gdańsku
Teoretycznie w opisywanych przypadkach przedsiębiorcy, którzy dokonali wpłaty i zorientowali się, że popełnili błąd, mogą dochodzić swoich roszczeń. Mimo że praktycznie w każdym piśmie znaleźć można mniej lub bardziej lakoniczną informację, że jest to oferta handlowa - to w opisywanych przypadkach postępowanie firm może być rozważane pod kątem podstępnego wprowadzenia w błąd. Mamy tutaj pisma łudząco podobne do oficjalnych pism urzędowych, próbujące uprawdopodobnić je poprzez kształt dokumentu nawiązujący do urzędowego, a nawet logo przypominające logo urzędów patentowych. Przedsiębiorca mógłby dochodzić swoich praw na drodze sądowej, korzystając z art. 86 par. 1 ustawy z 23 kwietnia 1964 r. - Kodeks cywilny (t.j. Dz.U. z 2014 r. poz. 121). Zgodnie z nim, "jeżeli błąd wywołała druga strona podstępnie, uchylenie się od skutków prawnych oświadczenia woli złożonego pod wpływem błędu może nastąpić także wtedy, gdy błąd nie był istotny, jak również wtedy, gdy nie dotyczył treści czynności prawnej".
W praktyce jednak dochodzenie roszczeń może być utrudnione, a czasami nawet bezcelowe. Z praktyki wynika, że część z tych firm ma swoje siedziby poza granicami Polski, część zarejestrowana jest na "słupy", a w innych odpowiedzialność udziałowców jest ograniczona do niskich kwot. W efekcie może nie być możliwości skutecznego egzekwowania należności, nawet pomimo wygranej w sądzie.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu