Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawo cywilne

Erozja prawa autorskiego

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 18 minut

Choć szuflady decydentów ponoć puchną od gotowych projektów, nic nie wskazuje na to, by przepisy gwarantujące twórcom słuszne wynagrodzenie zaczęły odpowiadać współczesnym realiom

W tym roku upłynęła dwudziesta rocznica obowiązywania ustawy z 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Akt ten był przygotowywany w nowych realiach ustrojowych, wyrażających się brakiem cenzury i powstawaniem wolnego rynku. Jego celem było uwzględnienie ówczesnych możliwości technicznych rozpowszechniania twórczości oraz stworzenie stanu równowagi pomiędzy twórcami i wilczymi prawami kształtującego się nowego rynku, działającego w oparciu o zasadę swobody gospodarczej, często rozumianej jako zwolnienie z jakichkolwiek rygorów. Tworzyło to potrzebę opanowania panoszących się nadużyć praw twórców, będących efektem wykorzystywania chaosu na rynku i niewydolności systemu wymiaru sprawiedliwości przez podmioty rozpowszechniające utwory i artystyczne wykonania. Po kilku latach intensywnej pracy, najpierw w Ministerstwie Kultury, a następnie w sejmowej komisji kultury (której przewodniczył w pierwszej kadencji Sejmu Juliusz Braun, a w drugiej Ryszard Czarnecki), nowa ustawa weszła w życie i w krótkim czasie ogromna skala naruszeń uległa znacznemu ograniczeniu.

Lata 90. i późniejsze charakteryzował gwałtowny rozwój elektroniki i pojawianie się na rynku coraz bardziej dostępnych i wydajnych urządzeń umożliwiających cyfrowe kopiowanie utworów. Nowa ustawa wymagała więc dostosowywania do zmieniającej się rzeczywistości. Niestety proces ten nie następował w ostatnich latach w niezbędnym wymiarze.

W duchu Lejzorka Rojtszwańca

Novum ustawy z 1994 r. było znaczne rozbudowanie przepisów o rozporządzaniu prawami majątkowymi twórców oraz wprowadzenie pionierskiej regulacji dotyczącej organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi i pokrewnymi (OZZ), opartej o licencjonowanie ich działania i podporządkowanie nadzorowi ministra kultury. Pośrednictwo OZZ umożliwiało użytkownikom dostęp do lawinowego korzystania z twórczości, zapewniając jednocześnie twórcom i artystom respektowanie ich praw, w szczególności prawa do słusznego wynagrodzenia. Od początku obowiązywania obecnej ustawy słabą stroną był sposób licencjonowania OZZ. Przez wiele lat zezwoleń nadających status OZZ, z którym łączyło się wiele przywilejów tych organizacji, udzielano, kierując się nie racjonalnością i wymogami ustawy, a raczej zasadami stosowanymi w czasach PRL przy rozdawaniu talonów na samochody. W konsekwencji udzielono kilkunastu zezwoleń, nie licząc się z możliwościami wykonywania zarządu znacznej części nowo powstających OZZ oraz nie dbając o synchronizację zakresów udzielanych zezwoleń.

Następnie przez dwadzieścia lat nie zrobiono niczego, aby stan ten naprawić, choć możliwości w tym zakresie były i są oczywiste. Skorzystanie z nich wymaga jednak woli politycznej, wyrażającej się w stworzeniu jasnej praktyki, konsekwentnie realizowanej. Jak zwykle w takich sytuacjach poprzestawano na działaniach pozorowanych.

Obecnie trudno oczekiwać, że naprawa sytuacji osiągnięta zostanie w następstwie wydania, ostatnio znacznie rozbudowanego, rozporządzenia dotyczącego sprawozdawczości OZZ. Te znowelizowane przepisy kojarzą się bardziej z najgorszymi tradycjami w duchu godnym Lejzorka Rojtszwańca, niźli stanowią realny instrument rokujący usunięcie skutków popełnionych błędów. Od początku było wiadomo, że udzielanie zezwoleń powinno być poprzedzone określeniem warunków współpracy OZZ, w każdym razie działających na tym samym polu eksploatacji, a to w celu jasnego rozgraniczenia ich uprawnień i wyeliminowania sytuacji, w której do jednego użytkownika zgłaszać się będzie kilka organizacji (z reguły o niejasnym zakresie kompetencji) z żądaniem zawarcia umowy i zapłaty wynagrodzenia.

Problem współpracy pomiędzy OZZ podjęto dopiero w nowelizacji z 2010 r. Tyle że rozwiązano go w sposób wątpliwy. Obowiązek przedłożenia tabel wynagrodzeń do zatwierdzenia przewidziano tylko w przypadku określonego w ustawie przymusowego pośrednictwa OZZ oraz odtworzeń. Wspólnemu rozpatrzeniu w ramach jednego postępowania podlegają więc tabele dotyczące odtworzeń. Obowiązek współpracy, ale jedynie w kontekście poboru wynagrodzeń, odniesiono do odtworzeń, i to tylko w zakresie praw pokrewnych, czyli praw producentów i artystów wykonawców. Pokazuje to dobitnie, że zamiast generalnie rozwiązać problem współpracy OZZ (co uporządkowałoby sytuację w zakresie zbiorowego zarządzania), ograniczono się do uwzględnienia wąsko ujętych oczekiwań zainteresowanego lobby.

W 2010 r. stworzono niedopracowany i wątpliwy w płaszczyźnie konstytucyjnej system zatwierdzania tabel wynagrodzeń, który nie daje nadziei na uporządkowanie kwestii finansowych w najbliższym czasie. Jest on wadliwy od strony proceduralnej i stwarza możliwości przewlekania postępowań o zatwierdzenie tabel, co pogłębia chaos i ułatwia uchylanie się od płacenia wynagrodzeń.

To, że ustawa z 1994 r. przyjęła pionierski system zbiorowego zarządzania prawami autorskimi i pokrewnymi, było posunięciem doniosłym, jednak wymagającym rozwijania, stosownie do ujawnianych potrzeb oraz zmian uwarunkowań eksploatacyjnych wynikających z rozwoju techniki. Potrzeby są tu oczywiste. Dotyczą nadań, reemisji, uregulowania w sposób poprawny statusu utworów wkładowych w utworach audiowizualnych, rozpowszechniania w internecie, statusu dzieł tzw. osieroconych. Dotychczas nie zrobiono tu nic. Brakuje chęci, choć według zapewnień szuflady decydentów pełne są projektów, tyle że nikt ich dotychczas nie widział.

Do tego dodać należy konieczność implementacji ostatnich dyrektyw unijnych. Tu również potrzeba wspomnianej woli politycznej. Tej zaś znów brakuje.

Pod dyktando lobbystów

Początkowo nowelizacje ustawy były poprzedzane szeroko zakrojonymi konsultacjami i dyskusjami. Bardzo starannie wyważano w nich interesy twórców i artystów z interesami producentów i dystrybutorów twórczości. Cezurą był rok 2003. Sposób traktowania prawa autorskiego uległ wówczas istotnej zmianie. Decydujący wpływ na kierunki zmian miały interesy wielkich użytkowników, dla których sprawą zasadniczą jest minimalizacja wynagrodzeń autorskich, stanowiących przecież element kosztu ich działalności. Lobbing grup interesów coraz bardziej wpływał na kierunek wprowadzanych zmian. Najbardziej rażącym wyrazem tych tendencji było rozporządzenie ministra kultury z 2003 r. zmieniające wysokość opłat należnych od producentów i importerów sprzętu kopiującego, które to opłaty mają kompensować skutki prywatnego kopiowania za pomocą tych urządzeń. Batalia o usunięcie rażących błędów w tym rozporządzeniu trwa, z niewielkim efektem, do dziś.

Obecnie dominuje rynek autorski, w znacznym stopniu zastępując tradycyjne formy eksploatacji. Przełamaniu uległa bariera polegająca na różnicy pomiędzy kopiowaniem profesjonalnym i wykonanym w sferze prywatnej. Cyfrowa kopia nie tylko pozwala odtwarzać utwory (np. muzyczne lub słowne) na poziomie odpowiadającym parametrom oryginału, lecz także taki egzemplarz może być łatwo cyfrowo powielany, przesyłany, przechowywany lub opracowywany przy pomocy coraz bardziej dostępnych i popularnych urządzeń. Jeszce niedawno urządzeniem umożliwiającym te czynności był komputer osobisty. Dziś rolę podstawowych urządzeń, najbardziej popularnych, przejmują tablet i telefon komórkowy. Liczba ich funkcji oraz możliwości współpracy z innymi urządzeniami cyfrowymi są praktycznie nieograniczone. Jest to zdobycz trudna do przecenienia w sferze nauki i kultury. Odpowiedzi wymaga jednak pytanie, co z prawami twórców i artystów? Jak zabezpieczyć ich słuszne interesy w sytuacji, gdy egzemplarz utworu wprowadzony do obrotu, np. nadany, reemitowany lub dostępny na portalu internetowym, może być kopiowany i wykorzystywany praktycznie bez możliwości kontroli?

Oczywiste błędy

Kolejne nowelizacje po 2003 r. przygotowywane były bez dostatecznie pogłębionych konsultacji, a przede wszystkim bez dyskusji pozwalających na ujawnienie braków i oczywistych błędów. Dotyczy to również prac parlamentarnych. Przykładem może być ostatnia nowelizacja z 2010 r. Do oczywiście wadliwego projektu rządowego, niepoprawionego w toku prac sejmowych, dopiero w komisji senackiej wprowadzono kilkanaście zmian. Tym samym usunięto wiele najbardziej rażących błędów. Stało się to głównie za sprawą senatorów: Krzysztofa Piesiewicza, Barbary Borys-Damięckiej i Piotra Andrzejewskiego. Niestety, ich zaangażowanie nie było w stanie zastąpić braku gruntownych prac w stadium przygotowywania projektu. Od początku było jasne, że nowelizacja ta wymaga korekty i wiadomo było, co i w jakim kierunku należy zmienić. Jednak do dziś nie przedłożono nie tylko projektu, ale nawet założeń proponowanych zmian.

Nie opracowano dotychczas projektów aktów implementacyjnych do dyrektyw unijnych w sprawie utworów osieroconych, zbiorowego zarządzania, czasu ochrony. Są to sprawy wielkiej wagi, zważywszy, że dyrektywy te są obciążone poważnymi niedostatkami, stanowiącymi skutek m.in. bezczynności w sprawach prawa autorskiego naszych parlamentarzystów w Parlamencie Europejskim i naszych przedstawicieli w Radzie.

Generalnie nieuporządkowana pozostaje sfera eksploatacji internetowej. Jej miejsce zajmują, ignorujące prawo autorskie, przepisy o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz "wyręczające" ministra kultury i dziedzictwa narodowego lobbystyczne projekty wprowadzenia specjalnych regulacji (które w istocie ignorują istnienie prawa autorskiego). Do tych ostatnich należą choćby te dotyczące dostępu do zasobów cyfrowych, proponowane niedawno przez byłego ministra administracji i cyfryzacji lub te pochodzące z resortu nauki i szkolnictwa wyższego.

Zadania nowej minister

Wszystko to wyznacza ogrom zadań urzędującej od niedawna nowej pani minister kultury i dziedzictwa narodowego. Zakres spraw wymagających nie tylko podjęcia, ale i pilnego doprowadzenia do końca jest ogromny. Niebezpieczeństwo wynika zaś z tego, że zadania legislacyjne niedoprowadzone do końca drogi parlamentarnej, upadają z końcem kadencji Sejmu. Ten zaś jest coraz bliższy. Nadzieje pokładane w jej zaangażowanie w ochronę praw twórców i artystów są jednak bardzo duże.

Przez wiele lat zezwoleń nadających status organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, z którym łączyło się wiele przywilejów, udzielano, kierując się nie racjonalnością i wymogami ustawy, a raczej zasadami stosowanymi w czasach PRL przy rozdawaniu talonów na samochody

@RY1@i02/2014/182/i02.2014.182.070000600.801.jpg@RY2@

fot. shuttersto ck

@RY1@i02/2014/182/i02.2014.182.070000600.802.jpg@RY2@

Prof. Jan Błeszyński

radca prawny, wykładowca na UW, partner w kancelarii Błeszyński i Partnerzy Radcowie Prawni

Prof. Jan Błeszyński

radca prawny, wykładowca na UW, partner w kancelarii Błeszyński i Partnerzy Radcowie Prawni

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.