Parada zombi
W zasadach współżycia społecznego nie chodzi o to, kto ile ma pieniędzy, ale kto na co życiem swym i spełnianiem lub niespełnianiem obowiązków zasłużył i jakie wnioski ma z tego wyciągnąć społeczeństwo. Także sąd
Czy ktoś pamięta pierwszy odcinek "Resident Evil"? Z grubsza: w laboratorium uwalnia się wirus, który zamienia ludzi w całej stacji badawczej w zombi. Na ratunek rusza wyszkolona ekipa. Klasyczny survival horror, bazujący na dodatek na japońskiej grze komputerowej, nieźle sfilmowany przez Amerykanów, z Millą Jovovich w roli głównej. Nie do uniknięcia obraz korytarzy, przez które sunie fala charakterystycznie kiwających się zombi. I taka scena może być wkrótce do zobaczenia na żywo, na korytarzach sądu. W rolach zombi wystąpią matki i ojcowie.
Sala sądowa. Czterdziestolatka staje za barierką dla świadków. Składa wyjaśnienia jako pozwana przez ojca. O alimenty.
Jej historia i historie innych czterdziestolatek i czterdziestolatków mogą pojawiać się w różnych układach psychologiczno-historycznych. To są czyjeś życia: zdarzenia i okoliczności mogą mieć różne odcienie. Ale weźmy taką, w której nie było dramatów typu bicie, picie, przemoc psychiczna, nie było nienawiści i wysokiego ciśnienia, akcenty były rozłożone subtelniej, a "pamiątki" z przeszłych czasów są wyciągane z głowy zza firanek pajęczyny, kurzu i przyczajonych demonów. Oto opowieść czterdziestolatki, prawie mojej rówieśniczki, prawniczki nienawykłej do reprezentowania samej siebie...
Opowieść silnej czterdziestolatki
"Jeśli kiedykolwiek pomyślałam o nim »tata«, to tak, jakby to było jego imię. Jakiś Stefan czy Paweł. Żadnych emocji związanych z pojęciem ojca. W dzieciństwie człowiek o nazwie »tata« był dla mnie ciekawostką. Tak samo jak wszyscy odwiedzający nas w domu u dziadków dorośli. Z tą różnicą, że jednych polubiłam, a innych nie. A on, jak wpadał z rzadka, budził moje zażenowanie, choć wtedy nie znałam tego słowa. Na szczęście nie interesował się mną, tylko rozmawiał z babcią. Z czasem zauważyłam że sprzedawał jej różne rzeczy. Na przykład papier toaletowy. W czasach komuny to był atrakcyjny towar, a nie taki naturalny, niezauważalny, jak w demokracji. Domownicy sprawiali wrażenie, jakby tolerowali go ze względu na mnie. Tymczasem był mi bardziej obcy niż wszyscy goście domu razem wzięci. Papier toaletowy nie był jedynym towarem pojawiającym się razem z tatą. Babcia pomagała mu sprzedać jakieś szampony i budziki. Pamiętam, że budziki, bo mama kupiła sobie taki jeden i zepsuł się dopiero kilka lat temu. Ruski. Z ulgą przyjmowałam, że tata mnie nie zauważa. Bo jak zauważył, to się chował za kotarą i wyskakiwał z nagłym »buuuch« czy »łaaaa«. Bardziej się bałam, jak wiedziałam, że jest w domu, ale nie wiedziałam gdzie, niż jak słyszałam jego donośny głos z drugiego pokoju, gdzie rozmawiał z babcią »o interesach«. Kiedyś wpadłam na niego niechcący, w przedpokoju, spojrzał i nagle z głupia frant powiedział, że mnie zabierze do wesołego miasteczka. W Chorzowie. Miałam jakieś 10 lat i zjawisko o nazwie »tata« zaczęło mnie interesować. Podobnie jak żabki, kotki czy karp pływający przed świętami w wannie. Chętnie bym je wtedy złapała i rozkroiła, zobaczyła, co jest w środku. To ten typ zainteresowania. Chciałam jechać do wesołego miasteczka z tajemniczym »tatą«. Cud, że babcia się zgodziła. Chroniła mnie przed wszelkimi harcerzami, koloniami i innymi wyjazdami, na które, ku mojej rozpaczy i na moje szczęście, nie pozwalała mi jeździć. Nie wiem, jak to się stało, że na ten wyjazd pozwoliła. Na pewno wychodziła z siebie, kiedy pojechałam... Słusznie. Po latach moją uwagę zwróciło, że pamiętam ten wyjazd, ale nie wesołe miasteczko, tylko wannę stojącą prawie na środku dużego holu czy pokoju, do którego się wchodziło bezpośrednio od drzwi wejściowych. Ta kąpiel była inna. Ludzie chodzili: facet o imieniu »tata« i jego miła dziewczyna.
Ten obraz musiał tkwić przez lata w podświadomości. Usunęłam go stamtąd jak drzazgę spod skóry i teraz wypłynął znowu jak trup z jeziora, po jesieni, na wiosnę. Może trzeba go było zostawić pod powierzchnią? Chodzili, ten niby-ojciec i miła dziewczyna, po łazience bez ścian, wzdłuż holu łączącego wszystkie pomieszczenia. Widzę to, ale nie pamiętam więcej.
Myślę, że wtedy nie przypuszczałam, że on się bał. Nic dziwnego: gdyby babcia dowiedziała się o cieniu jakiejś krzywdy, niebo by się zatrzęsło. Nie mam ochoty tego opowiadać.
Zniknął. A kiedy znów się pojawił, zachowywałam się jak ofiara. Odpowiadałam na pytania, myśląc: »OK, to przypadkowe spotkanie. Pogadam chwilę i znowu zniknie«. Serce mi się mdło tłukło. Raz spotkałam go przypadkiem w pubie mojej koleżanki, mieszkał w sąsiedztwie. Zapytał, czy chcę zobaczyć mieszkanie, że mieszka tam z matką. Zawsze mnie szokowało, że kobiety, które przeczuwają coś złego, nie odmawiają tylko dlatego, że spotykające je zło nie jest niby na początku agresywne, że uosabia je ktoś zwyczajny, niedemoniczny. No i była tam w końcu jego matka. Pokazał mi mieszkanie, remontowane. Na środku była rozbabrana łazienka bez ścian i stała wanna. Zrobiło mi się nieprzyjemnie. Ale nagle uciec to ośmieszyć się. Ujawnić się. Odczekam, wyjdę. Stał wtedy w tym swoim mieszkaniu, które całe miało chyba z 200 metrów, i opowiadał, że jego matka omal nie spadła z balkonu - albo że spadła? Nie pamiętam. Bawił się bronią. Pewnie taką na śrut, na ptaki. Ale i tak się bałam. Liczyłam na to, że i on się boi. Tak samo jak w Chorzowie, niedaleko tego piekielnego wesołego miasteczka. Nadal wisiała w powietrzu milcząco moja babcia. Potem długie lata unikałam tych pięciu czy sześciu ulic w sąsiedztwie, żeby go nie spotkać.
Po tamtej rozmowie co kilka lat spotykaliśmy się przypadkiem. Odwiedził Klinikę Prawa i zobaczył moje nazwisko na tabliczce. Albo spotkał mnie na Plantach. Nie był agresywny. A mój syndrom ofiary działał i miał się dobrze: rozmawiałam z nim, licząc na to, że w nagrodę później znów los będzie mnie od niego trzymał z daleka. Starałam się mówić mniej, słuchałam tylko o tym, co wygrał w bingo i że »wycyganił rentę«.
Raz zadzwonił do mojej mamy mieszkającej za wodą. Zapytać, co u mnie. I czy mama mu nie wyśle pieniędzy. I że spotkałby się ze mną, żeby mi dać zdjęcia, które robił w dzieciństwie. Mama śmieje się, że to pewnie te same, które jej chciał sprzedać, jak miałam dwa lata. Mnie to nie bawi. Nikt chyba nie wie, że czuję się jak w »Rosemary’s baby« lub w »Egzorcyście«, tylko że nie chodzi o potworne dziecko, tylko o potwornego faceta o nazwie »tata«.
Nie chcę, żeby istniał w mojej głowie. Nie chcę, żeby pojawiał się w moim życiu. I nie mogę się przed tym obronić.
Ostatnio dzwonił jakiś Andrzej o takim samym jak »tata« nazwisku. Gadał dużo i szybko, że robi drzewo genealogiczne, że znalazł kolegę, który być może jest na tym drzewie, że sobie gadali przy kielichu i że ten kolega zwierzył się, że ma córkę. Ta córka - mówi ów Andrzej - musi być fajna, fajnie mieć córkę. I nagle: »Pani jest tą córką, prawda?«.
Mam prawie 40 lat. Jestem silna. Tylko w tym jednym aspekcie byłam ofiarą.
- W czym mogę panu pomóc?
- Nie chciałem pani urazić, tylko to drzewo robię, genealogiczne...
Już nie jestem ofiarą. Skończyło się.
- No to proszę sobie odnotować w swoim drzewie genealogicznym, że moim ojcem był Tadeusz... Mój prawdziwy ojciec, którego nigdy nie nazywałam dziadkiem.
I podpuszczony na mnie człowiek speszył się, bąknął »przepraszam« i rozłączył się. A teraz, proszę Wysokiego Sądu, scena kulminacyjna: czytam pozew o alimenty".
Zasada współżycia społecznego
Na sali sądowej cisza. To było o życiu. Teraz będzie o prawie.
Jest taki przepis w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym, zgodnie z którym "zobowiązany może uchylić się od wykonania obowiązku alimentacyjnego względem uprawnionego, jeżeli żądanie alimentów jest sprzeczne z zasadami współżycia społecznego. Nie dotyczy to obowiązku rodziców względem ich małoletniego dziecka" (art. 1441).
Na sąd czyha tu pułapka. Stoją przed nim dobrze zarabiająca, silna kobieta i jej siwy, prawie bezzębny ojciec, który nie ma dochodów. Czy można mu odmówić przyznania alimentów? I to jeszcze z powołaniem się na zasady współżycia społecznego? Przecież porównawszy ich wiek, możliwości i majątki, widać, że ją stać na wsparcie ojca. Który, być może, popełnił w życiu te wszystkie błędy, ale teraz, tu, przed sądem, przeprasza skruszony i mówi, że gdyby mógł, cofnąłby czas. No tak, "wielu ludzi uważa, że jeśli przyznają się do błędu, nie muszą się go już wyzbyć" (Marie von Ebner-Eschenbach, "Aforyzmy", 1980, za: "Cytaty mądre i zabawne" według wyboru Henryka Markiewicza, Kraków 2007, s. 62). W tym przypadku chodzi o zaskoczenie niby-ojca, że po wyznaniu błędu mimo wszystko trzeba ponieść jego konsekwencje. Jaka zasada współżycia przemawia za odmową zasądzenia alimentów w takiej sytuacji? Otóż cały pakiet. Tylko trzeba go zrekonstruować. Zacznijmy z wysokiego C, jak u Hitchcocka. Tym C jest Immanuel Kant: "Postępuj według takiej zasady, którą mógłbyś chcieć uczynić prawem powszechnym" (z "Uzasadnienia metafizyki moralności"). Czy zasadą taką mogłoby być żądanie spełnienia obowiązku, jeśli nie dochowało się identycznego wobec tego, od kogo się teraz żąda? Nie, nikt by nie chciał tego uczynić prawem powszechnym. W zasadach współżycia społecznego nie chodzi o to, kto ile ma pieniędzy, ale kto na co życiem swym i spełnianiem lub niespełnianiem obowiązków zasłużył i jakie wnioski ma z tego wyciągnąć społeczeństwo.
Ci, którzy całe życie zachowywali się jak bezdzietni, także na starość powinni być traktowani jak bezdzietni. Równo trzeba traktować bezdzietnych starców, którzy nie byli na tyle zapobiegliwi, by zadbać sobie o zapas na starość, niebieskoptakowali, jak i tych, którzy zachowywali się jak bezdzietni, nie dotrzymując swoich zobowiązań. Mogą się zdać jedynie na opiekę państwa.
Że bezzębny staruszek przeciwko dorosłemu w pełni sił? No cóż, ale to ma swoje źródło w tym, że wcześniej bezzębny niemowlak czekał na miłość i pieniądz na wychowanie od dorosłego, który wtedy był w pełni sił. Skoro dziecko zostało odstawione, to teraz ten ckliwy obrazek z siwym staruszkiem jest kłamstwem budowanym od kilkudziesięciu lat. A "kłamstwo jest jak śnieżna kula. Im dłużej się toczy, tym jest większe" (Marcin Luter, za: "Cytaty...", op. cit. s. 77).
I tu nie o to chodzi, ile kto ma pieniędzy. Niech dziecko będzie milionerem, a ojciec bezdomnym - to nie ma znaczenia. Nałożenie obowiązku alimentowania byłoby upokorzeniem eksdziecka tym, że ma płacić na tego, kto je opluł, zlekceważył i zrezygnował z niego. To dopiero byłoby sprzeczne z zasadami współżycia społecznego naruszenie godności. "(...) przestańcie, bo źle się bawicie / dla was to jest igraszką, nam chodzi o życie" (Ignacy Krasicki, "Bajki i przypowieści", "Dzieci i żaby", 1779, za: "Cytaty...", op. cit. s. 82).
Lektura przepisów kodeksu rodzinnego i opiekuńczego w zakresie obowiązku alimentacyjnego dzieci względem rodziców, zwłaszcza cytowanego przepisu o konieczności spojrzenia przez pryzmat zasad współżycia społecznego, mogłaby się z powodzeniem zamknąć komentarzem: "alimenty należą się ojcom, a nie jedynie dawcom nasienia". Ponadto skierujmy reflektor na niby-ojca: jego eksdziecko jest bardziej "zobowiązane" wobec każdego bezdomnego czy włóczęgi na krakowskich Plantach i w parkach miast w całej Polsce, niż wobec tego niby ojca. Bo ci bezdomni nie mieli wobec owego eksdziecka żadnych obowiązków, a on miał - i nie dotrzymał zobowiązania. I o tym jest prawo, o tym są zasady współżycia społecznego.
A miłosierdzie? A przebaczenie? Chwila, chwila, czy my jesteśmy przed Wysokim Sądem, czy przed Sądem Ostatecznym? Przebaczenie jest niewykluczone, ale nieobowiązkowe. Miłosierdzie może przejawiać się w daniu jałmużny, ale kto słyszał o jałmużnie przymusowej, zasądzonej wyrokiem? Rodzice wyciągający rękę, nawet z biedy, "najpierw wznieśli tumany kurzu, a potem uskarżają się, że nic nie widzą" (parafraza George’a Berkeleya, "Traktat o zasadach poznania ludzkiego", 1710, za: "Cytaty...", op. cit. s. 133).
Dla społeczeństwa jest komunikat płynący z orzeczenia odmawiającego zasądzenia alimentów na rzecz rodziców, którzy po kilkudziesięciu latach przypominają sobie, że mają dzieci: "Nie należy czekać, aż staniemy się zachodzącym słońcem" (Baltasar Gracián y Morales, "Wyrocznia podręczna", 1647, za: "Cytaty...", s. 29). Albo jeszcze prościej o tym, że czasem bywa za późno: "Umiem zrobić jajecznicę z jajek, ale nie umiem zrobić jajek z jajecznicy" (Eugeniusz Kwiatkowski, powiedzenie z lat powojennych, za: "Cytaty...", op. cit. s. 261).
Chińczycy czy Amerykanie
Dlaczego poruszyłam ten temat? Bo mówi się, że sędziowie boją się orzekać na podstawie zasad współżycia społecznego, nawet jeśli przepis do nich bezpośrednio odsyła. Że powołanie się na nie przez adwokatów jest traktowane przez sądy jak brak argumentów. Nie wiem, czy to prawda. Sędziowie, czy boicie się? (Oby nie, bo czasy teraz takie, że strach się bać bojących się sędziów). Wiem, że to trudne. Bo w każdej sprawie osobno i indywidualnie trzeba zastanowić się, czy istnieje zasada współżycia społecznego, która mogłaby ukierunkować wyrok i jak ją sformułować. Dosyć trudno się to robi, kiedy sędzia ma, powiedzmy, 500 spraw w referacie. Przy takim obciążeniu zachowuje się jak Amerykanin, a do zastosowania zasad współżycia społecznego jako podstawy orzeczenia trzeba być Chińczykiem: w pewnym eksperymencie posadzono Amerykanów i Chińczyków przed monitorami z obrazkami: samolotem, tygrysem czy samochodem na jakimś tle. I śledzono, jak na niego patrzą. Amerykanie koncentrowali się na tych trzech centralnych przedmiotach. Chińczycy potrzebowali więcej czasu, ponieważ najpierw dokładnie obejrzeli tło: piasek, słońce, chmury, góry, liście. Jaki z tego wniosek? Że gdyby na ziemi za tygrysem znajdowała się żmija, to Chińczycy by ją dostrzegli, a Amerykanie nie (opis eksperymentu w: Noreena Hertz, "Oczy szeroko otwarte", Warszawa 2014, s. 25-26).
Żeby nie bać się stosować zasad współżycia społecznego w orzekaniu, trzeba być spostrzegawczym, ostrożnym i obserwującym Chińczykiem, a nie Amerykaninem wymiaru sprawiedliwości, któremu rzuca się w oczy tylko jaskrawo umaszczony tygrys. A co, jeśli się nie jest? No cóż, wtedy pojawią się konsekwencje. Na przykład takie, jak korytarze sądu skażone paradą zombi: niby-rodziców, którzy ciągną do portfeli swoich niegdyś nieistniejących dzieci.
Jest taki przepis w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym, zgodnie z którym "zobowiązany może uchylić się od wykonania obowiązku alimentacyjnego względem uprawnionego, jeżeli żądanie alimentów jest sprzeczne z zasadami współżycia społecznego...". Na sąd czyha tu pułapka. Stoją przed nim dobrze zarabiająca, silna kobieta i jej siwy, prawie bezzębny ojciec, który nie ma dochodów. Czy można mu odmówić przyznania alimentów?
Żeby nie bać się stosować zasad współżycia społecznego w orzekaniu, trzeba być spostrzegawczym, ostrożnym i obserwującym Chińczykiem, a nie Amerykaninem, któremu rzuca się w oczy tylko jaskrawy tygrys
@RY1@i02/2017/080/i02.2017.080.07000060b.801.jpg@RY2@
fot. Getty Images
@RY1@i02/2017/080/i02.2017.080.07000060b.803.jpg@RY2@
fot. materiały prasowe
dr Agnieszka Damasiewicz
wykładowca Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego, naukowo zajmuje się badaniem zagadnień z zakresu wymiaru sprawiedliwości, autorka bloga www.sedziowie-czy-herkulesi.blogspot.com
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu