Wolność czy bezpieczeństwo. Oto jest pytanie
Przeciwnicy nie mają wątpliwości, że prezydencka nowelizacja godzi w podstawowe prawa człowieka. Za pomocą paragrafów i pod płaszczykiem troski o bezpieczeństwo ogranicza się swobody obywatelskie - ostrzegają
Ustawa o zmianie ustawy - Prawo o zgromadzeniach trafi do Trybunału Konstytucyjnego - mówią zgodnie ponad 32 organizacje pozarządowe, sygnatariuszki listu otwartego do marszałka Sejmu. Ich zdaniem nowelizacja doprowadzi do pogorszenia konstytucyjnego standardu wolności organizowania pokojowych zgromadzeń.
Oburzenia nie kryje też opozycja parlamentarna, ona również zapowiada zaskarżenie nowelizacji do TK. O dziwo prezydencka inicjatywa doprowadziła do tego, że w sprawie ustawy jednym głosem przemówili politycy z Ruchu Palikota i PiS. Obie partie zgłosiły wniosek o odrzucenie nowelizacji w całości. Z kolei SLD próbowało wprowadzić cztery poprawki, w tym przepis mówiący o zakazie organizowania w jednym miejscu i czasie dwóch lub wiecej demonstracji.
- Ten przepis jest niekonstytucyjny i niecelowy - twierdzi Ryszard Kalisz, poseł SLD i przewodniczący sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka. Poprawki jednak przepadły. Nowelizacja spotkała się też z ostrą krytyką związkowców. Przewodniczacy "Solidarności" Piotr Duda zwrócił m.in. uwagę, iż nowe przepisy obarczają odpowiedzialnością materialną organizatora protestu za niewypełnienie obowiązków, które ustawowo są przypisane służbom porządkowym. Ten przepis krytykują też konstytucjonaliści.
Prezydencka inicjatywa jest odpowiedzią na zamieszki, jakie miały miejsce m.in. podczas ubiegłorocznego Święta Niepodległości. W sprawie projektu odbyło się wysłuchanie publiczne organizacji pozarządowych, m.in. Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, Fundacji Panaptykom czy Forum Obywatelskiego Rozwoju. Przede wszystkim krytykowały one zakaz zasłaniania twarzy. I choć przepis ten wykreślono, to społecznicy wskazują inne, których wprowadzenie ogranicza wolność. Są to - wydłużenie - z 3 do 6 - terminu na zgłoszenie manifestacji. Wprowadzenie odpowiedzialności karnej dla przewodniczacego zgromadzenia - będzie musiał zapłacić grzywnę do 7 tys. zł, jeżeli nie przeciwdziała naruszeniu porządku publicznego.
Ustawa po przyjęciu przez Sejm, została przesłana do Senatu. Tak więc walka jeszcze nie jest zakończona. Na razie jest 1:0 dla prezydenta.
@RY1@i02/2012/128/i02.2012.128.070000400.803.jpg@RY2@
fot. WOJCIECH GÓRSKI
Dr Ryszard Piotrowski konstytucjonalista, wykładowca Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego
Próba poprawiania ustawowej regulacji wolności zgromadzeń jest wymownym przykładem bezsilności prawa wobec polityki. Oczywiście praktyka stosowania ustawy - Prawo o zgromadzeniach wskazuje, jej że przepisy nie ułatwiają ochrony prawnej tej wolności, ponieważ utrudniają władzom publicznym utrzymanie pokojowego charakteru zgromadzeń.
W orzecznictwie Trybunału Konstytucyjnego znalazł wyraz pogląd, że obowiązkiem władz "jest nie tylko usunięcie przeszkód w zakresie korzystania z tak określonej sfery wolności i zaniechanie nieuzasadnionej ingerencji w tę sferę, ale również podjęcie pewnych kroków pozytywnych, mających na celu urzeczywistnienie tego prawa. Zgodnie z orzecznictwem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka uczestnicy manifestacji powinni mieć możliwość udziału w niej bez obaw przed aktami przemocy ze strony swoich przeciwników. Z art. 11 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności wynika dla państw nakaz podjęcia działań zapewniających pokojowy przebieg legalnych zgromadzeń" (K 34/99).
Wydaje się więc wskazane wzmocnienie ustawowo określonej roli organu gminy w stymulowaniu samoorganizacji społecznej na rzecz wolności zgromadzeń przy zagwarantowaniu kontroli sądowej decyzji dotyczących zgromadzenia przed terminem zgromadzenia, a nie po tym terminie, w ramach specjalnego trybu szybkiej kontroli, która powinna wykluczyć ryzyko wykorzystania dla celów politycznych ewentualnego uprawnienia organu gminy do rozdzielania w przestrzeni demonstracji i kontrdemonstracji oraz zakazywania kontrdemonstracji mającej przeszkodzić niezakazanemu zgromadzeniu. Europejski Trybunał Praw Człowieka stwierdził, że "dla istoty demokratycznej debaty czas publicznego zgromadzenia, na którym zostaną przedstawione pewne opinie, może być wyjątkowo istotny dla politycznej i społecznej wagi takiego zgromadzenia. Dlatego władze państwowe (...) nie mogą zmienić terminu zgromadzenia, w którym organizatorzy planują je odbyć". Z tego względu "istotne jest dla efektywności korzystania z wolności zgromadzeń, by obowiązujące prawo zawierało rozsądne terminy, w granicach których władze państwowe powinny działać przy wydawaniu decyzji" (tak w wyroku w sprawie Bączkowski i inni przeciwko Polsce).
W "Zaleceniach dotyczących wolności pokojowych zgromadzeń" przygotowanych przez Organizację Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie oraz Komisję Wenecką w 2010 r. wskazano, że sądowa kontrola decyzji dotyczących zgromadzenia powinna mieć miejsce przed terminem zgromadzenia. Być może zatem należałoby powierzyć sprawowanie tego rodzaju kontroli w Polsce Sądowi Najwyższemu (pisali o tym A. Bodnar i A. Pietryka), orzekającemu w składzie i w trybie analogicznym do przewidzianego w art. 205 kodeksu wyborczego dla rozpatrywania skarg na odmowę przyjęcia zawiadomienia o utworzeniu komitetu wyborczego. Byłoby to odstępstwo od reguł sądowej kontroli decyzji administracyjnych, powodowane jednak potrzebą należytego zagwarantowania wolności zgromadzeń i nawiązujące do istniejących już rozwiązań, przewidujących zaangażowanie SN w sprawy obywatelskie (wyborcze i związane z finansowaniem działalności partii politycznych). Przepisy ustawy dotyczące przewodniczącego zgromadzenia stanowią nieproporcjonalne ograniczenie wolności zgromadzeń, niedopuszczalne w świetle art. 31 ust. 3 Konstytucji RP. Zobowiązanie przewodniczącego do przeprowadzenia zgromadzenia "w taki sposób, aby zapobiec powstaniu szkód z winy uczestników zgromadzenia" pod rygorem odpowiedzialności karnej oznacza, że znajdzie się on w pułapce. Nawet jeżeli, dla uniknięcia odpowiedzialności za to, na co nie ma wpływu, rozwiąże zgromadzenie skoro tylko się ono rozpocznie, to i tak zgromadzenie będzie miało uczestników, którzy mogą spowodować dowolne szkody, również po rozwiązaniu zgromadzenia. W dodatku przepis ten (art. 10 ust. 3 ustawy) jest odpowiednikiem przepisu (art. 10a ust. 1) już uznanego przez Trybunał Konstytucyjny w wyroku w sprawie o sygn. Kp 1/ 04 za niezgodny z art. 2 oraz art. 57 Konstytucji RP. Trybunał stwierdził niezgodność z Konstytucją RP przepisu stanowiącego, że "Organizator zgromadzenia oraz przewodniczący zgromadzenia są obowiązani do organizacji zgromadzenia w taki sposób, aby zapobiec możliwości powstania podczas jego przebiegu lub bezpośrednio po jego rozwiązaniu szkody z winy uczestnika zgromadzenia". Zdaniem Trybunału - wyrażonym w uzasadnieniu wspomnianego wyroku - "odpowiedzialność organizatora wykracza poza ramy racjonalnego i dopuszczalnego ryzyka związanego z przebiegiem każdego zgromadzenia", a przy tym "organizator nie ma żadnych możliwości kontrolowania uczestnika zgromadzenia". Dlaczego zatem ustawodawca - wbrew przepisowi konstytucji, w myśl którego orzeczenia TK są powszechnie obowiązujące - uchwala ustawę konstytucyjnie niedopuszczalną. Pod rządami tej samej konstytucji ustawodawca nie może uchwalać przepisów tożsamych funkcjonalnie i znaczeniowo z tymi, które TK, działając na skutek wniosku Prezydenta RP o dokonanie prewencyjnej kontroli konstytucyjności, uznał za niezgodne z ustawą zasadniczą w sentencji wyroku (w sprawie Kp 1/04). Równie dobrze można by uchwalić ustawę o odpowiedzialności karnej przewodniczących klubów poselskich za szkody spowodowane uchwalaniem ustaw przez posłów należących do ich klubów, a te są niemałe. Wprowadzone w ustawie wymaganie, by przewodniczący zgromadzenia przekazywał organowi gminy swoje zdjęcie, jest przesadnym ułatwieniem dla władzy. Wyobraźmy też sobie przewodniczącego, który - będąc osobą prywatną, nie korzystającą z ochrony i zapewne nie mającą pozwolenia na broń ani biegłości w sztuce samoobrony - naraża inną osobę na odpowiedzialność karną przewidzianą w ustawie, wydając żądanie lub zarządzenie, które nie będą wykonane. Połączenie przepisów o odpowiedzialności przewodniczącego zgromadzenia i przepisów karnych stanowi też zagrożenie dla wolności zgromadzeń, gdyż naraża przewodniczącego na ryzyko manipulacji i szantażu.
Uchwalona przez Sejm ustawa o tyle ma sens, o ile zwiększa przestrzeń wolności zgromadzeń. I to właśnie budzi wątpliwości. Także wydłużenia terminu zgłoszenia zgromadzenia do 6 dni (próbowano to zrobić już w 2004 roku, wydłużając termin do 7 dni) trudno uznać za przykład postępu w dziedzinie wolności zgromadzeń. Mamy zatem przedsięwzięcie, które - jak na razie - pochłonęło sporo czasu i energii, przyniosło mało budujące kłótnie w Sejmie, a do tego jest częściowo sprzeczne z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego. Prawdopodobnie skończy się ono kolejną nowelizacją, która będzie raczej psuciem prawa aniżeli jego poprawianiem i zapewne trafi do Trybunału Konstytucyjnego, którego wyrok za parę lat ustawodawca najspokojniej w świecie zignoruje, po kolejnej awanturze ulicznej, na którą ktoś postanowi zareagować. Mamy też przykład praktyki legislacyjnej polegającej na tym, że ustawę regulującą prawa i wolności polityczne uchwala się wbrew stanowisku opozycji i organizacji pozarządowych. Dysponując większością można i tak, ale ze standardami demokracji konstytucyjnej ma to niewiele wspólnego.
Podstawy do zagwarantowania wolności zgromadzeń bez przekształcania jej w wolność zamieszek daje już konstytucja, a także obowiązujące ustawodawstwo
@RY1@i02/2012/128/i02.2012.128.070000400.804.jpg@RY2@
fot. WOJCIECH GÓRSKI
Krzysztof Hubert Łaszkiewicz, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP ds. prawno-ustrojowych
Szczerze mówiąc, jestem zdziwiony reakcją organizacji pozarządowych na nowelizację prawa o zgromadzeniach. Podnosi się, iż nowelizacja ustawy przyjęta przez Sejm na bazie inicjatywy pana prezydenta "pogarsza konstytucyjne standardy organizowania pokojowych zgromadzeń". Jedyne, co pogarsza, to możliwość organizowania ulicznych burd, które z pokojowymi zgromadzeniami chronionymi przez konstytucję nie mają nic wspólnego.
Przeciwnicy nowelizacji krytykują zmianę terminu, w jakim zawiadomienie o zgromadzeniu powinno dotrzeć do organu gminy. Termin ten wydłużono z 3 do 6 dni. Takie rozwiązanie było konieczne i stanowiło wykonanie wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu z 2007 r., który dotyczył zakazu organizacji Parady Równości. Decyzja ówczesnego prezydenta Warszawy zakazująca zgromadzenia została uchylona przez wojewodę, ale już po terminie planowanej demonstracji. Trybunał zakwestionował taką procedurę odwoławczą i wskazał, że rozpatrzenie odwołania powinno nastąpić przed dniem zgromadzenia. To właśnie stworzenie realnej, a nie utrzymywanie fikcyjnej procedury odwoławczej było powodem wydłużenia terminu.
Problem zakazu odbywania się więcej niż jednego zgromadzenia w tym samym miejscu i czasie też przedstawiany jest niewłaściwie. Tak naprawdę dwa zgromadzenia lub nawet więcej zgromadzeń będzie mogło odbywać się w tym samym miejscu i czasie, jeżeli ich rozdzielenie będzie możliwe lub wtedy, kiedy ich wspólne odbycie nie zagrozi porządkowi publicznemu. Jednak w sytuacji, kiedy istnieje podejrzenie niebezpieczeństwa naruszenia porządku publicznego wskutek odbywania się dwóch lub więcej zgromadzeń w tym samym miejscu i czasie, organ gminy zwróci się do organizatora zgromadzenia zgłoszonego później o zmianę miejsca lub czasu zgromadzenia. Organ gminy nie będzie miał prawa narzucania organizatorowi jakichkolwiek ustaleń. Zasadność oceny organu gminy o niebezpieczeństwie naruszenia porządku publicznego zostanie zweryfikowana przez organ odwoławczy. Twierdzi się, iż stosowanie kryterium daty zgłoszenia zgromadzenia jest niesprawiedliwe i pozwoli na blokowanie konkurencyjnych zgromadzeń i że będziemy świadkami wyścigu, którego metą będzie biuro podawcze w urzędzie. Trzeba przypomnieć, że zgodnie z ustawą organizator zgromadzenia zawiadamia organ gminy najwcześniej 30 dni przed datą zgromadzenia. Należy zadać pytanie, jakie kryterium byłoby bardziej sprawiedliwe i nie byłoby związane z badaniem celu zgromadzenia, czego w państwie demokratycznym nikomu robić nie wolno.
Trzeba również zastanowić się nad obecną sytuacją organu gminy, który mając przed sobą zgłoszenia dwóch lub więcej demonstracji zaplanowanych na ten sam dzień i w tym samym miejscu, nie może zrobić nic. W ocenie prezydenta RP zgoda na bierność państwa w przypadkach, kiedy celem planowanych zgromadzeń w jednym miejscu jest manifestowanie sprzecznych poglądów, czego efektem bywa uliczna burda, jest nie do przyjęcia. Wezwanie w takich przypadkach organizatora zgromadzenia zgłoszonego później do zmiany zgłoszenia to nie jest zamach na wolność zgromadzeń, tylko realizacja obowiązku państwa, jakim jest ochrona osób biorących udział w demonstracjach.
Kolejnym argumentem mającym przemawiać przeciwko nowelizacji jest sytuacja przewodniczącego zgromadzenia, który ma odpowiadać za skutki chuligańskich wybryków. Oponenci twierdzą, że po wejściu w życie nowelizacji nikt rozsądny nie podejmie się tej, bo będzie się bał. Jest oczywiste, że nie chodzi o karanie przewodniczącego za wybite przez chuliganów szyby i inne szkody, jakie mogą powstać w trakcie zamieszek ulicznych. Przewodniczący popełni wykroczenie wtedy, kiedy widząc zagrożenie dla pokojowego przebiegu zgromadzenia, nie podejmie środków zaradczych. Penalizowana ma być bierność przewodniczącego, ale tylko spowodowana jego zaniechaniem.
Przewodniczący dysponuje środkami przewidzianym w ustawie, których zastosowanie zabezpiecza pokojowy przebieg zgromadzenia. Takim środkiem jest prawo żądania opuszczenia manifestacji przez osoby, których zachowanie jest niewłaściwe. Może on zwrócić się o pomoc do policji lub straży miejskiej, może też wydawać inne zarządzenia, w tym decyzję o rozwiązaniu manifestacji. Przewodniczący jest najbliżej wydarzeń i w zasadzie jest osobą najbardziej predystynowaną do oceny przebiegu zgromadzenia. Z uwagi na rolę, jaką przewodniczący odgrywa w procedurze rozwiązania zgromadzenia, konieczne jest umożliwienie organowi gminy stałego z nim kontaktu. W pracach nad ustawą uczestniczyli również reprezentanci gmin i z ich informacji wynika, iż zdarzają się ucieczki przewodniczących w trakcie demonstracji, i to właśnie w tych momentach, kiedy ich obecność jest niezbędna dla rozwiązania zgromadzenia tracącego pokojowy charakter. Czy tak być powinno? Czy osoba, podejmując się zadania przewodniczenia zgromadzeniu, nie powinna być zobowiązana do dbałości o jego przebieg? Podkreślam, nie ma wolności bez odpowiedzialności. Nowelizacja nie zwalnia organów państwa z obowiązku ochrony porządku publicznego. Nawet ochrona policyjna zostaje zwiększona, gdyż jej zapewnienie przestaje być uzależniane od wniosku organizatora i staje się zadaniem organu gminy.
Chciałbym dodać, że nie jest prawdą, że prezydencki projekt ustawy zakazywał udziału w zgromadzeniach osobom zamaskowanym. Wystarczało jedynie powiadomić organ gminy, że w zgromadzeniu wezmą udział osoby, których rozpoznanie z powodu ubioru lub zmiany wyglądu twarzy nie będzie możliwe. Faktycznie w 2004 r. Trybunał Konstytucyjny za niezgodny z konstytucją uznał przepis zakazujący udziału w zgromadzeniom osobom, których identyfikacja nie była możliwa. Chodziło jednak o to, że ustawa zakwestionowana przez TK nie sprecyzowała, w jaki sposób maskowanie zagrażałoby dobrom chronionym, tzn. jak życiu, zdrowiu lub mieniu. Porównywalna regulacja dotycząca maskowania twarzy obowiązuje na Łotwie. Szkoda, że posłowie, którzy pracowali nad projektem, ostatecznie zrezygnowali z przepisu dotyczącego maskowania. W ten sposób w imię wolności zgromadzeń na równym poziomie zestawiono pokojową manifestację z grupami zakapturzonych chuliganów, którzy bezkarnie, bo anonimowo, zagrażają innym i niszczą mienie.
Zarzutem wobec nowelizacji jest także brak odniesienia się w jej treści do zgromadzeń spontanicznych, czyli zgromadzeń organizowanych w celu zamanifestowania poglądów w nagłej i niedającej się przewidzieć wcześniej sprawie. Prezydencki projekt nie odnosił się do tych kwestii, a posłowie uznali, iż z racji na złożoność problemu konieczne będzie stworzenie odrębnej regulacji. Nie będzie to zadanie łatwe, co potwierdził Trybunał Konstytucyjny w wyroku z 10 lipca 2010 r. W uzasadnieniu tego wyroku stwierdzono, że ustawowa regulacja zgromadzeń spontanicznych stworzyć może pokusę nadużywania wolności zgromadzeń i pomijanie obowiązku zgłoszenia.
Milczenie ustawy nie oznacza, że obywatele nie mogą spontanicznie wyrażać swoich poglądów. Już obecnie - zgodnie z doktryną i orzecznictwem TK - zgromadzenie spontaniczne korzysta z ochrony konstytucyjnej, pod warunkiem że spełnia określone kryteria.
Konstytucja w art. 57 zapewnia każdemu wolność organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich. Nie jest to jednak wolność o charakterze absolutnym, bo może być - w zgodzie z konstytucją i orzecznictwem TK - ograniczona ustawą, gdy jest to konieczne dla bezpieczeństwa lub porządku publicznego, zdrowia lub praw innych osób. Innymi słowy prawa człowieka nie mogą być wykorzystywane przeciwko prawom człowieka. Dlatego ze spokojem podchodzę do zapowiedzi Prawa i Sprawiedliwości w sprawie skierowania ustawy do Trybunału Konstytucyjnego.
Po obejrzeniu relacji z zamieszek ulicznych w stolicy w listopadzie 2011 roku wiele osób zadawało pytanie: gdzie jest państwo? Celem prezydenckiej inicjatywy było zapobieżenie podobnym pytaniom w przyszłości
@RY1@i02/2012/128/i02.2012.128.070000400.105.jpg@RY2@
fot. materiały prasowe
Katarzyna Szymielewicz, wspózałożycielka i dyrektorka Fundacji Panoptykon, której celem jest ochrona podstawowych wolności wobec zagrożeń związanych z rozwojem współczesnych technik nadzoru nad społeczeństwem
Wyobrażenie, że ostrzejsze prawo cokolwiek zmieni w zachowaniach tych, którzy prawa po prostu nie przestrzegają, jest mocno nieuzasadnione. Zamiast zakazywać i zaostrzać, warto zastanowić się, jakie jest źródło społecznej agresji i opracować sensowną strategię jej rozładowywania.
Prezydent zaproponował, a Sejm przyjął projekt zmiany ustawy - Prawo o zgromadzeniach, który dotkliwie ogranicza konstytucyjną wolność do pokojowego gromadzenia się. Aż 6 dni wcześniej organizator zgromadzenia będzie je musiał zgłosić władzom miejskim. W świecie błyskawicznego obiegu informacji, który determinuje dynamikę wydarzeń politycznych, to zupełnie nieuzasadnione ograniczenie prawa do odpowiednio szybkiej reakcji społecznej. Co więcej, jeśli się okaże, że ktoś inny już zgłosił zgromadzenie w tym samym miejscu i czasie, organizatora czeka wezwanie do zmiany planów - wystarczy, że władze uznają takie "spotkanie" dwóch zgromadzeń w przestrzeni publicznej za zagrażające zdrowiu i życiu ludzi lub mieniu. Zdeterminowany organizator może odwołać się do wojewody (który ma obowiązek rozpatrzyć sprzeciw w ciągu 24 godzin), jednak nie będzie miał możliwości skorzystania z szybkiego trybu sądowego.
O zgromadzeniach spontanicznych, których z definicji nie da się zorganizować z sześciodniowym wyprzedzeniem, nowe prawo w ogóle nie wspomina. To jednak nie koniec ograniczeń. Jeśli do zgromadzenia jednak dojdzie, jego organizator będzie też narażony na wysokie grzywny: wystarczy, że ktoś w tłumie odpali racę lub do pokojowego zgromadzenia, bez zgody jego uczestników, przyłączy się grupa chuliganów. W tych warunkach niejedna osoba zastanowi się dwa razy, czy w ogóle jest sens się wychylać i namawiać innych do podejmowania ryzyka gromadzenia się we wspólnej sprawie.
Wolność zgromadzeń nie jest prawem absolutnym i może być ograniczana ze względu na inne wartości chronione prawem, w tym bezpieczeństwo publiczne. Projekt prezydencki prowokuje jednak pytanie, gdzie przebiega ta subtelna granica, za którą konstytucyjna wolność zatraca swoją istotę i przekształca się w rodzaj uprawnienia, które obywatele mogą wykonywać jedynie w ramach i na warunkach określonych przez władzę.
Ten moment, w którym formalna wolność, obudowana trudnymi do spełnienia warunkami, przestaje pełnić swoją społeczną i polityczną funkcję, trudno określić. Właśnie dlatego w dojrzałej demokracji wszelkie pomysły zmierzające do ograniczania konstytucyjnych wolności powinny być traktowane bardzo krytycznie. Krytycznego podejścia niewątpliwie zabrakło i prawnikom w Kancelarii Prezydenta RP i posłom, skoro tak niefrasobliwie zaakceptowali zmiany w prawie, które wzbudziły ostry sprzeciw nie tylko ze strony organizacji pozarządowych, lecz także konserwatywnych ekspertów OBWE.
Prezydencki projekt kieruje się pokrętną i niezrozumiałą dla prawnika logiką: ograniczmy prawa wszystkich, którzy w celach politycznych wychodzą na ulicę, po to, żeby zapobiec aktom agresji, które na tej ulicy czasem się zdarzają - obok i nierzadko mimo sprzeciwu gromadzących się w sposób pokojowy. Prezydent wielokrotnie podkreślał, że zaostrzenie prawa ma właśnie ukrócić akty wandalizmu i agresji, do jakich dochodziło m.in. podczas obchodów Święta Niepodległości czy w czasie rozgrywek Euro 2012.
Analogiczne myślenie doprowadziło do drastycznych ograniczeń praw obywatelskich w kontekście globalnej wojny z terroryzmem. W tym kontekście logika stanu wyjątkowego jest nie tylko równie niebezpieczna dla demokracji, lecz także wyjątkowo niespójna: sposób zwoływania i przebieg zgromadzeń pokojowych nie mają żadnego związku z dynamiką aktów agresji i wandalizmu, które czasem zdarzają się w tym samym miejscu i czasie. Z tego samego powodu prawne ograniczenia narzucone praworządnym, pokojowo nastawionym obywatelom nie mają żadnej szansy wpłynąć na zachowanie osób, których aktywność w przestrzeni publicznej sprowadza się do naruszania porządku publicznego.
Inicjatorzy bójek ulicznych i aktów wandalizmu łamią nie tylko aktualnie obowiązujące prawo o zgromadzeniach, ale też niejeden paragraf kodeksu karnego, za co grożą o wiele dotkliwsze sankcje.
Prawo, które nie odróżnia obywatela od wandala, jest ślepe
Urszula Wróblewska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu