Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawo administracyjne

Sąd to nie fabryka gwoździ

30 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 22 minuty

Prezydent wykonał gest dobrej woli. Teraz trzeba się nad jego projektem krytycznie pochylić

Prezydent zawetował obywatelską ustawę i przedstawił własny projekt dotyczący siatki sądownictwa. Czy ta propozycja rozwiąże problemy, które pojawiły się po wejściu w życie reformy Gowina?

Na uznanie zasługuje to, że prezydent nie ograniczył się do weta, lecz wykonał gest dobrej woli i zaproponował coś w zamian. W dodatku starał się znaleźć bardziej racjonalne i obiektywne niż liczba etatów sędziowskich, kryteria dla tworzenie i znoszenia sądów.

Ale...

Projekt ma wiele wad, powiela niektóre błędy styczniowej "reformy", widać, że pisały go osoby, które nie orientują się w realiach funkcjonowania sądów i ich strukturze, dlatego trzeba się nad tym dokumentem krytycznie pochylić i zacząć spokojnie rozmawiać.

Podstawowy zarzut?

Zapis o przesłankach dla tworzenia sądu - owe minimum 7 tys. wpływających spraw i 60 tys. mieszkańców - jest tak skonstruowany, że teoretycznie na jego podstawie można by powołać tylko jeden sąd dla całego kraju, albo np. po jednym sądzie na każde województwo, a chyba jednak nie o to autorom chodziło. Poza tym myśląc o małych sądach, zupełnie zapomniano o tych wielkomiejskich. Kraków ma cztery sądy rejonowe, ale przecież jest jedną gminą. Trzymając się literalnie kryterium, o którym przed chwilą wspomniałem, można by utworzyć jeden ogromny, kompletnie niesterowalny moloch sądowy dla całego miasta, z kilkuset etatami sędziowskimi. Kolejnym niedopatrzeniem jest lakoniczne określenie kategorii spraw, które mamy brać pod uwagę, licząc obłożenie danego sądu. W projekcie jest mowa o sprawach "cywilnych, karnych oraz rodzinnych i nieletnich". A co ze sprawami gospodarczymi, z zakresu prawa pracy, wieczystoksięgowymi? Czy w sprawach karnych mieszczą się też te przed sądami penitencjarnymi, a do cywilnych zaliczamy upadłościowe? Ta ustawa tego nie definiuje.

Nie wiadomo też, co nazywamy "sprawą wpływającą".

To kolejne poważne niedopatrzenie. My, Polacy, jesteśmy mistrzami w lawirowaniu między przepisami, nauczyły nas tego lata zaborów, a potem komunizmu. Wyobraźmy sobie sytuację, że oto burmistrz jakiejś miejscowości, chcąc uratować sąd lub powalczyć o jego utworzenie, zwraca się do mieszkańców: "Proszę państwa, musimy zwiększyć liczbę wpływających spraw". W efekcie np. wszyscy mężowie wnoszą przeciwko swoim żonom pozwy o zwrot pożyczki. Później nie opłacają tych pozwów, więc sąd je zwraca, ale wszystko będzie zarejestrowane w repertoriach jako sprawy załatwione. Da się wygenerować 5 tys. takich spraw w ciągu roku? Spokojnie. I statystyki poszybują. Obywatele są sprytni, potrafili się zorganizować w kwestii ACTA, będą walczyli w sprawie dużo im bliższej i ważniejszej, jaką jest realny dostęp do wymiaru sprawiedliwości.

Powiedział pan, że projekt powiela błędy reformy ministra Gowina.

Bo znów tak naprawdę zapewnia ministrowi sprawiedliwości swobodę w tworzeniu i znoszeniu sądów w drodze rozporządzenia. Mamy sformułowania, że sąd rejonowy "tworzy się", ale też, że ów sąd "może być utworzony", czyli takie stanięcie w rozkroku. Szczególnie problematyczny jest art. 4 projektu, w którym jest mowa o przeniesieniu sędziego bez jego zgody w sytuacji, gdy dojdzie do zmiany struktury sądu. Podobny zapis już poprzednio wzbudził wątpliwości Sądu Najwyższego, który zwrócił się do Trybunału Konstytucyjnego z pytaniem, czy nie mamy do czynienia z naruszeniem ustawy zasadniczej. Najwyraźniej twórcy prezydenckiego projektu o tamtych wątpliwościach zapomnieli i z poprzedniej dyskusji nie wyciągnęli wniosków.

Czy prezydencki projekt ma jakieś pozytywne strony?

Zacytuję fragment uzasadnienia: "Minister sprawiedliwości, korzystając z kompetencji do budowania struktury organizacyjnej (...) powinien kierować się potrzebą zapewnienia racjonalnej organizacji sądownictwa, przez dostosowanie liczby sądów, ich wielkości i obszarów właściwości do zakresu obciążenia wpływem spraw, a także uwzględniać ekonomię postępowania sądowego w celu zagwarantowania realizacji prawa obywatela do rozpoznania jego sprawy w rozsądnym terminie". Podoba mi się sformułowanie, że przy tworzeniu sądów trzeba się kierować potrzebą zapewnienia racjonalnej organizacji sądownictwa. Świadczy o świadomości, że konieczna jest definitywna zmiana podejścia do tworzenia i znoszenia sądów.

Tylko ta "ekonomia postępowania" nie brzmi dobrze.

Poprzedni minister sprawiedliwości lubował się w podkreślaniu, że sądownictwo potrzebuje menedżerskiego stylu zarządzania. Jestem całym sercem za tym, by sądy były zinformatyzowane i zarządzane według najnowocześniejszych metod - ale takich, które sprawdzają się w ramach wymierzania sprawiedliwości. Sąd jest elementem władzy państwowej i zarazem instytucją pełniącą funkcję usługową wobec obywateli, a nie fabryką gwoździ, która ma przynosić dochód. W kwestii nakładów na sądy i oszczędności, jakie rzekomo miała zapewnić reorganizacja małych jednostek, narosło wiele mitów. Jakoś zapomniano, że jak się np. w miejsce dwóch małych sądów tworzy jeden duży, to trzeba też powołać dyrektora sądu i zapłacić mu dyrektorską pensję, trzeba przenieść do macierzystej placówki sekcję wykonania orzeczeń, całą dotychczasową księgowość i kadry, przewieźć akta, na to wszystko potrzebna jest powierzchnia biurowa, której wynajęcie i dostosowanie do potrzeb sądu w większym mieście kosztuje dużo więcej niż w małej miejscowości. Sam słyszałem, jak minister Gowin mówił o limuzynach, które stracą prezesi zlikwidowanych sądów rejonowych. Otóż nie spotkałem się jeszcze z sytuacją, by którykolwiek prezes sądu rejonowego miał do dyspozycji służbowy samochód. Bzdurą były też twierdzenia, że zaoszczędzimy na funkcyjnych dodatkach prezesów, bo każdy z tych prezesów był jednocześnie przewodniczącym wydziału i prócz wykonywania zadań administracyjnych normalnie orzekał - wcale nie mniej niż inni sędziowie, wiem, bo sprawdziłem statystyki - a mógł mieć i tak tylko jeden dodatek, bo takie są przepisy.

W tym momencie przypomniał mi się opublikowany niedawno na łamach DGP felieton "Potęga prezesa sądu" autorstwa byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego Jerzego Stępnia. On także pokusił się o sugestię, że toczący się od roku bój o małe sądy to w rzeczywistości obrona "zardzewiałej materii", czyli interesów garstki funkcyjnych sędziów, bo przecież po wejściu w życie reformy Gowina dla przeciętnego Kowalskiego nic się nie zmieniło.

Nic się nie zmieniło? Jak chce np. poskarżyć się na przewlekłość, to musi jechać kilkadziesiąt kilometrów, by poskarżyć się prezesowi sądu, który wcześniej urzędował blisko. Tak samo daleko ma ośrodek kuratorski czy komornika, którzy funkcjonują przy sądzie macierzystym. A może mieć jeszcze dalej, bo pamiętajmy, że w myśl tamtej pierwotnej ustawy przekształcenie 79 sądów rejonowych w wydziały zamiejscowe było tylko pierwszym etapem zmian. Kolejnym może być sukcesywna likwidacja tych wydziałów, i to po cichu, już nawet nie w drodze rozporządzenia, ale zwykłym zarządzeniem ministra. Uzasadnienie projektu zawierało wyraźne stwierdzenie, że część wydziałów będzie monitorowana pod kontem ich likwidacji.

Ale zgadza się pan z opinią, że struktura sądownictwa jest anachroniczna i wymaga uzdrowienia.

Tak, wymaga zmian, ale wprowadzanych w ramach długookresowej strategii obliczonej na lata, a nie takich, które są wynikiem reformatorskich zapędów kolejnych ministrów sprawiedliwości, traktujących stanowisko w rządzie jako trampolinę do kariery politycznej. Wymiar sprawiedliwości to system naczyń połączonych, tu nie ma miejsca na radykalne, gwałtowne ruchy. Tylko w ostatnich latach mieliśmy sądy 24-godzinne, które zniknęły, były wydziały cywilno-karne - zniknęły, były sądy grodzkie - zniknęły. A gdzie tak potrzebna stabilizacja, nie wspominając już o kosztach? Najgorsze jest to, że decydenci patrzą na problematykę sądownictwa z perspektywy człowieka, który funkcjonuje w dużym mieście, ma biuro, sztab asystentów, dobrą pensję, komputer, umie korzystać z internetu. Zapominają, że rzesze obywateli nie mają takiej obsługi, funduszy i świadomości prawnej, a jak jeszcze mieszkają tam, gdzie zlikwidowano połączenie kolejowe i PKS, to ich prawo do sądu jest fikcją.

Może nie da się opracować reformy, która zadowoliłaby wszystkich?

A może po 20 latach czas już skończyć z eksperymentami, doraźnym klajstrowaniem problemów i skorzystać z doświadczeń zachodnich demokracji? Przyjąć model z silną Krajową Radą Sądownictwa, silnym pierwszym prezesem Sądu Najwyższego sprawującym nadzór administracyjny nad sądami, i silnymi prezesami sądów, którzy są wspierani przez służbę menedżerską, a nie, jak obecnie, są stawiani w pozycji petenta wobec dyrektora sądu powołanego przez ministra.

A co z mapą sądów?

Należy namalować ją na nowo, uwzględniając nie tylko liczbę wpływających spraw czy populację, ale też czynniki geograficzne, komunikację, specyfikę danego regionu, zapewnić równe dociążenie sędziów sprawami. Ale do tego potrzebne są konsultacje z praktykami, prezesami sądów, przedstawicielami lokalnych samorządów. Dam przykład pewnego absurdu: kilkanaście kilometrów od Krakowa, w Miechowie, mamy zlikwidowany sąd rejonowy, dziś wydział zamiejscowy, który mieści się w starym, zabytkowym, zresztą odremontowanym za ogromne pieniądze budynku. Wokół są miejsca parkingowe, do sądu prowadzi dobra droga bez korków. Kolejne kilkanaście kilometrów za Miechowem jest miasteczko Słomniki. Ale mieszkańcy Słomnik są sądzeni przez sąd rejonowy dla Krakowa-Śródmieścia, do którego muszą w tłoku przebijać się 30 km. Bo tak kiedyś ktoś postanowił, a przed reformą nikt tego nie skorygował. No bo skąd jeden czy drugi urzędnik w Warszawie miałby o tym wiedzieć.

A tak w ogóle polecam wszystkim lekturę polskiego Dziennika Ustaw z 1977 r., w którym jest opublikowany Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych. Artykuł 14 tego dokumentu, który nasz kraj ratyfikował, mówi, że wszyscy ludzie są równi przed sądami i trybunałami, każdy ma prawo do sprawiedliwego i publicznego rozpatrzenia sprawy przez niezależny i bezstronny sąd, ustanowiony przez ustawę...

@RY1@i02/2013/127/i02.2013.127.07000070d.802.jpg@RY2@

Waldemar Żurek sędzia Sądu Okręgowego w Krakowie, członek Krajowej Rady Sądownictwa

Rozmawiała Ewa Szadkowska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.