Reklamy: sądy grożą palcem, ale i tak się opłaca obejść prawo
Zdziwią się ci, którzy sądzą, że nieodebranie sprzeciwu dotyczącego prawnie wątpliwej reklamy załatwi sprawę. Otóż zmienia się linia orzecznicza i nie dostarczenie, lecz wydanie takiej decyzji jest kluczowe
Nie gasną spory wokół dużych reklam stawianych w przestrzeni publicznej. Pojawiają się wątpliwości dotyczące zarówno tego, jak klasyfikować takie instalacje, jak i odnoszące się do skuteczności działań urzędów walczących ze stawianiem reklam.
To budowla? Nie chcemy
Przedsiębiorcy imają się najróżniejszych sposobów, by stawiana przez nich reklama nie została zaklasyfikowana jako budowla. Ta ostatnia kwestia ma kolosalne znaczenie, ponieważ w przypadku trwałego związania z gruntem obiekt można zaklasyfikować jako budowlę. To z kolei oznacza dla przedsiębiorcy problemy: wyższy podatek od nieruchomości (2 proc. od wartości budowli rocznie) oraz konieczność przebrnięcia przez czasochłonną procedurę w celu uzyskania pozwolenia na budowę.
Nic dziwnego, że właściciele reklam próbują na różne sposoby obejść przepisy. Przy drogach reklamy pojawiają się na belach słomy albo stertach opon. Bardziej kreatywnie firmy działają w Warszawie. Na jednym ze skrzyżowań w centrum stanęło niedawno metalowe rusztowanie wielkości kamienicy, długie na kilkanaście metrów i wysokie na parę pięter, obciążone workami z piaskiem, na którym umieszczono wielkogabarytową reklamę. Nie jest zabetonowane, więc nie jest trwale związane z gruntem. O pozwolenie więc nikt nie wystąpił. Zgodnie z art. 30 ustawy z 7 lipca 1994 r. - Prawo budowlane (t.j. Dz.U. z 2013 r. poz. 1409 ze zm.) na tablice i urządzenia reklamowe wystarczy zgłoszenie w starostwie powiatowym.
Ale eksperci zwracają uwagę na to, iż kategorię "obiektów nietrwale związanych z gruntem", a więc niewymagających pozwolenia na budowę, należy traktować nie literalnie, ale szeroko, szczególnie traktując reklamy wielkogabarytowe.
- Obiekt duży, nawet niezabetonowany, jest w naszym rozumieniu trwale związany. I bez pozwolenia na budowę może stanowić zagrożenie. Dlatego w przypadku zgłoszenia takiej reklamy interweniujemy - mówi pracownik ze stołecznego powiatowego inspektoratu nadzoru budowlanego. - Nawet jeśli jest to tylko rusztowanie, to jest to obiekt kubaturowy. Inspekcja budowlana może go skontrolować i nakazać rozbiórkę - przyznaje Tomasz Tatomir, radca prawny z Kancelarii Prawa Ochrony Środowiska i Prawa Gospodarczego "KoncepTT" we Wrocławiu.
Nie da się uciec
Urząd ma 30 dni na zbadanie zgłoszenia. Jeśli uzna, że instalacja wypełnia znamiona budowli, a co za tym idzie, firma powinna przejść procedurę ubiegania się o pozwolenie na budowę, to we wspomnianym terminie może wydać w drodze decyzji sprzeciw. Ten ostatni sprawia, że zgłoszona reklama nie może zostać postawiona. W przypadku gdy urzędnicy nie mają nic przeciwko reklamie, nie wydają żadnej decyzji. Dopiero więc po upływie 30 dni bez sygnału sprzeciwu z urzędu można zacząć stawiać reklamę.
I właśnie ten zapis próbują wykorzystywać przedsiębiorcy. Są przekonani, że w ciągu wspomnianych 30 dni decyzja (o sprzeciwie) powinna do nich fizycznie dotrzeć. Jeśli tak się nie stanie, jest to ich zdaniem równoznaczne z milczącą zgodą administracji - domniemaniem, że urząd nie miał zastrzeżeń. Dlatego też przedsiębiorcy kombinują, by w ciągu 30 dni sprzeciw do nich nie dotarł.
- Pomysły są różne. Albo zmodyfikowany jest adres do korespondencji, albo zmieniony pełnomocnik firmy. I reklama staje - mówi dyrektor Wydziału Estetyki Miasta w Warszawie Wojciech Wagner.
Takie sztuczki przez długi czas pozwalały bezkarnie wznosić instalacje. Ale już nie dziś. - Podanie niewłaściwego adresu korespondencyjnego lub zmiana pełnomocnika nie jest jednak sposobem na to, by strona mogła skutecznie uchronić się od wniesienia w terminie sprzeciwu przez organ. Jak podkreśla się w orzecznictwie, dla zachowania tego terminu konieczne jest jedynie wydanie i wysłanie przed jego upływem albo sprzeciwu, albo postanowienia o nałożeniu obowiązku celem uzupełnienia zgłoszenia - mówi Piotr Foitzik, adwokat w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy. Prawnik przywołuje tu wyrok NSA z 22 października 2013 r. (sygn. akt II OSK 1147/12).
- Zatem wydanie i nadanie u operatora pocztowego sprzeciwu albo postanowienia o nałożeniu obowiązku uzupełnienia zgłoszenia przed upływem 30-dniowego terminu jest wystarczające do jego zachowania - dodaje mec. Foitzik. I tu znów podpiera się orzecznictwem - wyrokiem NSA z 4 lutego 2014 r. (sygn. akt II OSK 2125/12).
Wydanie przez urząd sprzeciwu w ciągu 30 dni powoduje, że reklamy nie można postawić. Jeśli zaś przedsiębiorca się pospieszył, to instalacja jest nielegalna. A wtedy w grę wchodzą kłopoty z nadzorem budowlanym.
Nadzór widzi lukę
Powiatowe inspektoraty nadzoru budowlanego przyznają, że zgłoszenia w sprawie nielegalnych reklam dostają zarówno od urzędników ze starostwa, jak i samych mieszkańców.
- Jeśli uznamy, że zagraża bezpieczeństwu, nakazujemy rozbiórkę. Jeśli jednak okazuje się, że jest zgodna z planem miejscowym, staramy się, by przedsiębiorca ją zalegalizował. Na tym etapie kar nie stosujemy. Nakładane są wówczas, gdy inwestor nie zastosuje się do naszych nakazów - mówi urzędniczka z warszawskiego inspektoratu.
Problem polega jednak na tym, że nawet jeśli obiekt z jakichś powodów (np. bez pozwolenia na budowę, zgłoszenia czy niespełnienia warunków bezpieczeństwa) zostanie uznany za nielegalny, to istnieją możliwości odwołań, a sprawy trafiają do sądów. Postępowania trwają nawet 2-3 lata.
- A reklama stoi i zarabia na przedsiębiorcę i na właściciela gruntu - zauważa dyrektor Wagner.
Mariusz Bidziński z Wydziału Prawa i Nauk Społecznych SWPS dodaje, że reklam niezgłoszonych, więc właściwie nielegalnych, jest mnóstwo. - Potrzebne są prawo miejscowe, ochrona krajobrazu i zmiana różnych ustaw, które za reklamy odpowiadają. A w obecnej sytuacji mamy zamiast tego milczącą zgodę administracji, na którą przedsiębiorcy chętnie się powołują - mówi Bidziński.
Piotr Pieńkosz
Monika Górecka-Czuryłło
TRZY PYTANIA DO EKSPERTA
Urząd ma 30 dni, ale na co
@RY1@i02/2014/214/i02.2014.214.215000300.802.jpg@RY2@
Wojciech Andrzejewski wspólnik, radca prawny, Kancelaria Prawna Piszcz, Norek i Wspólnicy
Czy procedura zgłoszeń działa prawidłowo?
To, co w założeniu ustawodawcy miało być ułatwieniem, na skutek niejednoznacznych regulacji w praktyce wywołuje wiele wątpliwości. Głównym źródłem sporów między prawnikami jest sposób liczenia 30-dniowego terminu, w którym organ administracji architektoniczno-budowlanej może wydać sprzeciw. Istota problemu sprowadza się do tego, czy w tym terminie sprzeciw powinien być jedynie wydany, czy także doręczony. W wielu rozstrzygnięciach sądy administracyjne opowiadały się za drugim rozwiązaniem, uznając, iż rozstrzygnięcie administracyjne pojawia się w obrocie prawnym dopiero z chwilą zakomunikowania go stronie. Takie stanowisko było i jest inspiracją dla wielu kreatywnych inwestorów, którzy szybko dostrzegli jego słabe strony.
Na czym polegało kombinowanie?
Część inwestorów zaczęła kierować zgłoszenia do niewłaściwych organów, zmieniała pełnomocników po zgłoszeniu, podawała niewłaściwy adres czy też odbierała awizo w możliwie najpóźniejszym terminie. Wszystko w celu uniemożliwienia skutecznego doręczenia sprzeciwu w terminie 30 dni. To popularna metoda w sprawach, w których ryzyko wniesienia sprzeciwu jest duże. Możliwość takich działań dostrzegł Trybunał Konstytucyjny, krytycznie oceniając instytucję zgłoszenia w jednym z orzeczeń.
Czy wspomniane zabiegi wciąż mogą być stosowane?
W ostatnim czasie można zaobserwować, iż ugruntowuje się linia orzecznicza, zgodnie z którą w terminie 30 dni sprzeciw musi być jedynie wydany - jego doręczenie jest zaś sprawą wtórną. Dla wielu inwestorów może to być realny problem, zwłaszcza jeśli wykonali oni zgłoszone prace, uznając, iż nie otrzymali sprzeciwu w ustawowym terminie. Wykonanie robót budowlanych pomimo wniesionego sprzeciwu stanowi bowiem samowolę budowlaną, w odniesieniu do której może być wydany nakaz rozbiórki. Jest to także przestępstwo, które zgodnie z art. 90 prawa budowlanego może skutkować nawet karą pozbawienia wolności do lat 2.
Rozmawiał Piotr Pieńkosz
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu