Głębokiej wody się nie boi
13 lutego Wielka Izba Europejskiego Trybunału Praw Człowieka rozpatrzy skargę katyńską. Jednym z trzech pełnomocników rodzin Polaków pomordowanych w 1940 r. jest mec. Bartłomiej Sochański - prawnik, polityk, znany też w niektórych kręgach jako... skoczek
Tuż po maturze Bartłomiej Sochański wcale nie był przekonany do studiów prawniczych, więc by rozstrzygnąć dylemat, rzucił monetą. W ten sposób, nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni, prawo wygrało z socjologią. W Szczecinie (gdzie do dziś mieszka) w połowie lat 70. nie było uniwersytetu, postanowił więc kontynuować naukę w Poznaniu. - Już po pierwszym semestrze i zajęciach z logiki, historii prawa oraz wstępu do prawoznawstwa wiedziałem, że o to chodziło - wspomina mec. Sochański.
Po ukończeniu aplikacji radcowskiej rozpoczyna pracę w Morskim Instytucie Rybackim, z którego kilka dni po wprowadzeniu stanu wojennego zostaje zwolniony za działalność opozycyjną. - Równolegle byłem radcą prawnym w Szczecińskiej Stoczni Remontowej "Gryfia", której kierownictwo zachowało się bardzo fair i pozwoliło mi pracować dalej - wyjaśnia.
W latach 80. robi aplikację adwokacką, doradza "Solidarności" i reprezentuje interesy pokrzywdzonych ludzi opozycji - nie tylko członków "S", ale i sympatyków. W większości przypadków są to procesy przed sądami pracy (w sprawach o zwolnienie) albo przed kolegiami ds. wykroczeń (w związku z rozmaitymi demonstracjami). - Wiele ze spraw, szczególnie w sądach pracy, dawało się wygrać. Sędziowie udając, że nie znają prawdziwych powodów wyrzucenia orzekali, iż nie było ku temu podstaw prawnych. Pamiętam też np. sprawę kolegi oskarżonego o wywieszenie na balkonie plakatu o politycznej treści. Wykazałem, że dostęp do balkonu miało jeszcze kilka osób z rodziny (które odmówiły składania zeznań), w związku z tym trzeba by było zastosować odpowiedzialność zbiorową, na co w polskim prawie nie ma miejsca. Sąd podzielił ten pogląd - opowiada prawnik.
Konsekwencją działania w opozycji było zaangażowanie polityczne po 1989 r. Prawie na całą dekadę zawiesza więc togę na kołku. Zostaje miejskim radnym, a potem prezydentem Szczecina. W nowym stuleciu powraca do praktyki adwokackiej. W głośnej sprawie przed trybunałem w Strasburgu reprezentuje Marię Hutten-Czapską. Odnosi spektakularny sukces, gdy trybunał przyznaje rację właścicielom kamienic czynszowych w sporze o urzędowo ustalaną wysokość opłat za mieszkania. Niedługo potem prof. Ireneusz Kamiński składa mu propozycję współpracy przy skardze katyńskiej. Trzecim pełnomocnikiem rodzin pomordowanych Polaków jest Roman Nowosielski, który notabene prowadził sprawę kamieniczników na jej krajowym etapie. - Wtedy się poznaliśmy - opowiada mec. Nowosielski. - Bartłomiej Sochański jest bardzo pragmatycznym prawnikiem, który nie daje się ponieść emocjom. Dzięki politycznej przeszłości umie patrzeć na sprawy nie tylko z prawniczego punktu widzenia. I wie, jak wyjąć istotne kwestie przed nawias. Często powtarzam swoim uczniom, by poszukiwali ścian nośnych i omijali zbędne upiększenia. On to właśnie potrafi - opisuje Nowosielski.
Czy sprawa katyńska jest najtrudniejszą w karierze Sochańskiego? - Na pewno najbardziej ważką, ale udział w niej jest powodem do dumy. O wiele ciężej jest, gdy adwokat występuje w słusznej sprawie, ale nie cieszy się przychylnością opinii publicznej. Tak było w 2002 r., gdy podjąłem się obrony prezesów stoczni szczecińskiej oskarżonych o działalność na szkodę spółki. Po ulicach chodziły demonstracje z ich kukłami, pracownicy nie dostawali pensji. Ostatecznie moi klienci zostali uniewinnieni, bo za fatalną sytuację przedsiębiorstwa odpowiadał nie tyle zarząd, ile politycy - tłumaczy Sochański.
Gra na gitarze, jest też namiętnym brydżystą i pływakiem, który zasłynął m.in. skokiem z mostu do rzeki. Jeszcze jako prezydent Szczecina podczas uroczystości wmurowania kamienia węgielnego pod nowo budowaną przeprawę na Regalicy rzucił nieopatrznie, że po skończeniu prac pierwszy da susa do wody. Wywołany do tablicy przez dziennikarzy nie miał wyboru.
- Największą przeszkodą nie była wysokość, która oczywiście odbiera animusz, ale kwestia, jak ominąć policyjne zakazy. Ostatecznie udało mi się skoczyć, a dzięki pozostającym w odwodzie WOPR-owcom było bezpiecznie i zabawnie - śmieje się prawnik.
@RY1@i02/2013/006/i02.2013.006.07000030a.806.jpg@RY2@
Fot. Dariusz Gorajski/Fotorzepa/Forum
Piotr Szymaniak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu