W oparach stereotypów
Stosowanie uogólnień i przywoływanie tylko negatywnych przypadków kładzie się cieniem na wizerunku sędziów i sądownictwa
Sędziowie orzekają bez zrozumienia, w oderwaniu od stanu faktycznego, mają skłonność do bylejakości i arogancji cechującej władzę - napisała niedawno na naszych łamach prof. Ewa Łętowska ("Sąd orzekł jak orzekł, a nikomu nic do tego", Prawnik nr 167 z 29 sierpnia 2014 r.). A w odpowiedzi sędzia Maciej Strączyński, prezes SSP "Iustitia", wyjaśnił... dlaczego tak się dzieje, przyznając w dużej mierze rację pani profesor ("Bez zrozumienia, bo nadzór czyha", Prawnik nr 172 z 5 września 2014 r.). Pan chyba nie zgadza się ani z jedną, ani z drugą opinią.
Całkowicie. Weźmy już sam tytuł felietonu pani profesor. Jest najlepszym dowodem na to, że każdy z panią profesor na czele może mieć "coś do tego". Obecnie niemal każde orzeczenie jest poddawane krytyce lub, co rzadsze, chwalone przez autorytety kształtujące opinie, a także dziennikarzy, blogerów, naukowców czy ekspertów.
Chodzi o to, że z tych komentarzy niewiele wynika. Bo sąd swoje już zrobił i często nie zadał sobie nawet trudu, by podjętą decyzję w sposób przekonujący uargumentować.
Czarne owce zdarzają się wszędzie, ludzie bywają omylni, ale nie można na podstawie jednostkowych przypadków malować tak ponurego obrazu sądownictwa i sędziów. Pamiętajmy, że każda sprawa jest inna, stany faktyczne tylko z pozoru mogą być podobne, wreszcie każdy sędzia może inaczej patrzeć na dany problem. Jako sędzia referent często przychodzę na naradę po wielu godzinach analizy akt i wydaje mi się, że wszystko jest jasne, że mam rację, a koledzy ze składu orzekającego zaczynają przekonywać: a może pójdźmy w innym kierunku, zaakcentujmy to i to? I dyskutujemy, czasem bardzo gwałtownie. Czy okazałem się bezrozumny? Albo oni? Nie, to jest prawo, wszystko podlega ocenie i ta ocena bywa różna. W przeciwnym wypadku nie byłoby sądów odwoławczych.
Pod które, tu z kolei odwołam się do tekstu prezesa Iustitii Macieja Strączyńskiego, orzekają niektórzy sędziowie niższych szczebli. By nie mieć kłopotów z nadzorem, bo w takim modelu przyszło im funkcjonować.
To już jest jakieś kompletne science fiction. Przeraziłem się, gdy to przeczytałem. Znam sędziów sądów administracyjnych, wojskowych, powszechnych i nigdy nie spotkałem się z takim poglądem. Nigdy też nie zdarzyło mi się, by ktokolwiek ze składu orzekającego, w którym byłem, postulował kierunek naszego toku rozumowania, odwołując się do możliwości złożenia kasacji przez stronę. To nie powinno mieć i nie ma wpływu na naszą decyzję. Faktem jest natomiast, że zwłaszcza ci najmłodsi stażem sędziowie piszą bardzo szczegółowe uzasadnienia i przesadnie rozwodzą się nad każdym dowodem pod kątem apelacji. Obawiają się, że pominięcie jakiejś informacji da stronie podstawę do podniesienia zarzutu, iż dowód nie został poddany ocenie. Ale tu mówimy o uzasadnieniu, a nie o samym rozstrzygnięciu. Swoją drogą czytam mnóstwo uzasadnień sądów pierwszej instancji i naprawdę bardzo rzadko trafiam na takie, które wydają mi się napisane bez zrozumienia.
Za to na pewno są inkrustowane odniesieniami do innych orzeczeń, do poglądów doktryny i obfitymi cytatami z przepisów, a wszystko przeklejone z systemu informacji prawnej. Mało własnego wkładu intelektualnego.
To pokutujący stereotyp, daleki od rzeczywistości. Zresztą w odwoływaniu się np. do orzecznictwa nie ma nic złego. Ale zgadzam się, że my, prawnicy, zapominamy, iż adresatami naszych słów są nie tylko inni prawnicy. I że zdanie ciągnące się przez pół strony jest ciężkie w odbiorze nawet dla profesjonalnego pełnomocnika. Sam jestem zwolennikiem pisania językiem fachowym, ale jednocześnie jak najprostszym. Konkretnie: za co, ile, czy są "zawiasy", ewentualne koszty.
To powinny wyjaśniać już ustne motywy rozstrzygnięcia, które niejednokrotnie rodzą pytania w stylu: ale co sąd właściwie zdecydował?
Nikt sędziów nie uczy przemawiać czy panować nad emocjami na sali rozpraw. A wiedzą, że w dobie nagrywania wszystkiego i wszystkich ich słowa mogą zostać zarejestrowane i potem wykorzystane. By uniknąć jakiegoś niezręcznego sformułowania czy pomyłki, wolą sobie wszystko wcześniej przygotować i napisać. No, a jak piszą, to tym drewnianym prawniczym językiem...
Mówi pan, że sędziowie nie szkolą się w zakresie tzw. miękkich kompetencji. No ale kto ma o to zadbać i podjąć temat, jeśli nie właśnie Krajowa Rada Sądownictwa.
KRS ma wpływ na model kształcenia sędziów, ale o nim nie decyduje w pełni. Kompetencje rady w tym zakresie określa ustawa. Robimy wiele, by udoskonalić proces szkolenia.
Jednym z podstawowych problemów jest to, że orzekanie powierza się ludziom bardzo młodym, bez doświadczenia, nie tylko w kwestii wygłaszania przemówień.
A jak mamy sprawić, by funkcję sędziego obejmowali ludzie doświadczeni? Nawet najlepiej merytorycznie przygotowany kandydat może okazać się osobą, która kompletnie nie radzi sobie na sali rozpraw. Dlatego walczymy o powrót asesorów, którzy, jak wiemy, zniknęli z sądów po wyroku Trybunału Konstytucyjnego, i miejmy nadzieję, że tym razem się uda. Ja byłem asesorem i nigdy nie czułem się ograniczony w swojej niezawisłości. Jako asesor nie wstydziłem się iść do starszego, doświadczonego sędziego z prośbą o radę czy konsultację. Teraz młodzi sędziowie pewnie tak nie robią, bojąc się, że ktoś ich uzna za niedouczonych głąbów. A jeśli faktycznie się nie sprawdzają, można tylko ponarzekać. Trafili do sądu i musieliby się bardzo postarać, by ich złożono z urzędu.
To właśnie ci młodzi sędziowie tak chętnie powołują biegłych, by potwierdzili to, co wydaje się oczywiste?
No właśnie - "wydaje się". Nawet oczywiste z pozoru ustalenia wymagają potwierdzenia. To, że miałem kiedyś złamaną rękę i wiem, jak to boli, nie znaczy, że jestem ekspertem w dziedzinie złamań. A to, że znam język angielski, nie zwalnia mnie z obowiązku wezwania tłumacza, który będzie asystował przy przesłuchaniu świadka obcokrajowca. Kompetencje biegłych i tryb ich funkcjonowania budzą wiele słusznych zastrzeżeń, ale nie można sędziom czynić zarzutu z tego, że korzystają z ich opinii. Po to ta instytucja funkcjonuje.
Sędzia Maciej Strączyński w swoim tekście zwrócił uwagę, że jakości orzekania nie pomaga tryb, w ramach którego od sędziego oczekuje się rozgrzebania jak największej liczby spraw, czyli "załatwiania numerków". Wtedy nadzór się nie czepia.
Znów kompletnie nie rozumiem tezy sformułowanej przez prezesa Iustitii. Owszem, zdarza się, że sędziowie wyznaczają np. sześć spraw w ciągu jednej sesji, wiedząc, że czasu wystarczy na rozpoznanie góra trzech-czterech, ale to nie wynika z chęci rozgrzebania czegokolwiek, tylko ze świadomości, że a to świadkowie nie dojadą, a to oskarżony nie zostanie doprowadzony, i część spraw spadnie. Gdyby nie planowali z górką, zmarnowaliby dzień. Właśnie dlatego często czekamy, gdy np. dzwonią adwokaci i mówią, że jadą do sądu, ale się spóźnią - bo korki, bo inna rozprawa się przedłuża itp. Po prostu szkoda terminu.
Pełnomocnicy dzwonią do sądu w nadziei, że się na nich poczeka? Naprawdę?
W Warszawie nie jest to niczym niezwykłym. Wszystkim przecież zależy na tym, by rozprawa się odbyła. Nadzór wewnętrzny w postaci wizytatorów zwraca szczególną uwagę właśnie na te sprawy, które toczą się długo i nic się w nich nie dzieje. Podam przykład: zajmowałem się kiedyś przypadkiem sędziego, który wezwał na świadka kobietę - jak się okazało w trzecim miesiącu ciąży, w dodatku zagrożonej. Co zrobił? Odroczył sprawę bezterminowo i czekał na poród. Było to ewidentne uchybienie mogące w tej konkretnie sprawie doprowadzić do przedawnienia. Sędzia mógł zrobić wiele innych rzeczy: delegować siebie, pojechać do owej kobiety i ją przesłuchać nawet u niej w domu; mógł zwrócić się o pomoc prawną do sądu w pobliżu miejsca jej zamieszkania; mógł wreszcie rozważyć, po konsultacji ze stronami bądź prokuratorem, zrezygnowanie z niej jako świadka, zwłaszcza że finalnie, gdy już urodziła, zadał jej jakieś dwa proste pytania.
Ta historia wcale nie przeczy teorii sędziego Strączyńskiego. Bo ów sędzia prostym ruchem odroczył proces i mógł zacząć podejmować czynności w kolejnych. Czyli załatwiać owe numerki. Tyle że mu się noga powinęła, bo ktoś, jak rozumiem, poskarżył się na ten ciążowy myk.
Problem polega na tym, że łatwo formułuje się ostre sądy na podstawie pojedynczych zdarzeń. Krytycy uwielbiają uogólnienia, bo wskazując jedną czy kilka spraw, nie muszą wskazywać, że kilkaset tysięcy spraw rozstrzyganych jest w sposób prawidłowy. Jak już mówiłem, cierpi na tym wizerunek całego wymiaru sprawiedliwości.
Zgadzam się, że my, prawnicy, zapominamy, iż adresatami naszych słów są nie tylko inni prawnicy. I że zdanie ciągnące się przez pół strony jest trudne w odbiorze nawet dla profesjonalnego pełnomocnika
Nikt sędziów nie uczy przemawiać czy panować nad emocjami na sali rozpraw. A wiedzą, że w dobie nagrywania wszystkiego i wszystkich ich słowa mogą zostać zarejestrowane i potem wykorzystane
@RY1@i02/2014/197/i02.2014.197.070000400.804.jpg@RY2@
Fot. Wojtek Górski
Piotr Raczkowski, sędzia orzekający w Wojskowym Sądzie Okręgowym w Warszawie i Sądzie Okręgowym w Warszawie, pułkownik, wiceprzewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa
Rozmawiała Ewa Szadkowska
Zwieńczeniem toczącej się na łamach DGP (i nie tylko) dyskusji poświęconej kompetencjom polskich sędziów i chorobom trawiącym polskie sądownictwo była redakcyjna debata, w której wzięli udział: prof. Ewa Łętowska, pierwszy polski rzecznik praw obywatelskich, prof. Małgorzata Gersdorf, I prezes Sądu Najwyższego, prof. Roman Hauser, przewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa, Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego, Maciej Strączyński, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich "Iustitia", Wojciech Hajduk, podsekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości,
Łukasz Bojarski, członek zarządu Instytutu Prawa i Społeczeństwa INPRIS, sędzia Waldemar Żurek, rzecznik Krajowej Rady Sądownictwa, Jakub Jacyna, adwokat, oraz dr Marek Niedużak, współautor kilku raportów FOR dotyczących wymiaru sprawiedliwości. Obszerną relację z debaty opublikujemy w jednym z najbliższych wydań tygodnika Prawnik.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu