Realia i wirtualia w sporach z fiskusem
Internet i związane z nim technologie, a więc środowisko naturalne wielu, zwłaszcza młodych, ludzi, przestał być dziewiczym i niedostępnym terytorium dla fiskusa. Co chwila publikujemy interpretacje bądź wyroki (te drugie częściej), które dotyczą aktywności użytkowników na aukcjach, np. Allegro. Chodzi o to, przykładowo, czy ktoś, kto często sprzedaje (towary, usługi) za pośrednictwem sieci, prowadzi działalność gospodarczą (a więc czy robi to w sposób zorganizowany, ciągły, z nastawieniem na zarobek), czy nie. Nie w formalnym rzecz jasna ujęciu (nie w tym rzecz, czy ktoś się zarejestrował, ma REGON itd.), ale podatkowym - czy płaci podatki jak przedsiębiorcą, gdyż faktycznie w świetle przepisów podatkowych nim jest, czy też nie płaci wcale i nie musi.
Oczywiście, jest wiele kwestii bardziej złożonych. Pisaliśmy w tym kontekście o crowdfundingu i innych zjawiskach typowych dla internetu, w tym np. wirtualnych walutach (bitcoiny i nie tylko). Okazuje się też, że inkasowanie pieniędzy za umieszczanie reklam na swojej stronie internetowej, na blogu czy profilu społecznościowym również jest wdzięcznym polem zainteresowań administracji skarbowej. I że uważa ona, iż przychody te powinny być opodatkowane na zasadach ogólnych (przychód z innych źródeł), a nie ryczałtem tak jak przychody z tytułu najmu lub dzierżawy (tu: dzierżawy strony internetowej lub powierzchni na niej). W pierwszym przypadku w grę wchodzą stawki 18 i 32 proc., w drugim - 8,5 proc.
Fiskus jak zawsze reprezentuje stanowisko restrykcyjne. Podatnicy (internauci, niekoniecznie tym samym przedsiębiorcy) rozmyślają, jak zawsze, jak zapłacić możliwie najmniej - jeśli w ogóle płacą. Jestem się gotów założyć, że większość tego nie czyni: nie ma świadomości, nie chce, liczy, że pozostanie niewidoczna dla urzędników itd. Sądy w tym wypadku stają po stronie tych drugich - chociaż nie da się ukryć, że konstrukcja dzierżawy strony internetowej, zwłaszcza w przypadku kogoś, kto sam umieszcza na niej reklamy na życzenie reklamodawcy, a nie oddaje mu "kawałka" strony do użytku, jest nieco mniej naturalna i klarowna niż w przypadku dzierżawy pola uprawnego. Nie znaczy to też jednak, że jest mniej uzasadniona niż podejście fiskusa, który lubi "inne źródła" i zasady ogólne, jeśli tylko pozwalają mu żądać od nas więcej pieniędzy.
Na początku administracja skarbowa mało sobie zdawała sprawę z wyzwań i możliwości, jakie daje internet, a działalność w sieci nie była przez nią szczególnie monitorowana. To się zmieniło i sieć nie zapewnia ani anonimowości, ani podatkowego raju. Nie nadążyły za tym przepisy. Prawo podatkowe opisuje wyłącznie starą rzeczywistość (a właściwie bardzo starą - bo za zmianami w życiu gospodarczym też nie nadąża), wirtualna dla ustawodawcy jak dotąd nie istniała. Wciąż zresztą nie istnieje - żaden z projektów nowelizujących PIT, CIT czy VAT nie nie odnosi do specyfiki operacji internetowych i nie próbuje uwzględnić tego żywiołu. Na dłuższą metę to się będzie musiało zmienić. Pytanie tylko, czy system podatkowy, który nie radzi sobie ze zwykłą rzeczywistością, z realiami, rozsądnie ogarnie rzeczywistość wirtualną. Na razie ogarnia tak, jak potrafi - interpretując regulacje w sposób jak najmniej korzystny dla zainteresowanych. A przecież rozsądny, prosty, wygodny w rozliczeniach ryczałt w odniesieniu do uzyskiwanych przez osoby fizyczne przychodów z reklam internetowych sprawiłby pewnie, że per saldo do budżetu wpływałoby z tego tytułu więcej pieniędzy niż dziś.
@RY1@i02/2014/022/i02.2014.022.18300020a.802.jpg@RY2@
Krzysztof Jedlak kierownik działu podatki
Krzysztof Jedlak
kierownik działu podatki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu