Zamiast podnosić VAT, lepiej ograniczyć ulgi
Trudno będzie uniknąć podwyżek podatków, w sytuacji gdy alternatywą jest radykalne obcinanie wydatków. A tu ruchy są trudne do wykonania z przyczyn politycznych. Emerytury czy pensje nauczycielom trzeba wypłacać. Można oczywiście ściąć wydatki na drogi czy kolej. W końcu szosę można wybudować za pięć lat, a nie teraz, i świat się nie zawali, choć byłoby to działanie krótkowzroczne. W przyszłym roku po wyborach parlamentarnych nadejdzie dzień prawdy. Przy konstruowaniu budżetu na 2012 rok stanie się jasne, czy rząd zdecyduje się pójść drogą podwyżek podatków, czy cięć wydatków.
To nastąpiłoby z automatu, gdybyśmy przekroczyli próg zadłużenia 55 proc. w relacji do PKB. Groźba takiego scenariusza jest niestety realna. W najbliższym czasie nie należy bowiem spodziewać się radykalnej poprawy w finansach publicznych.
Podwyżka VAT wydaje mi się jednak chybionym pomysłem. Gdybyśmy poszukali pieniędzy w ulgach w PIT, bez trudu znaleźlibyśmy ich więcej, a przy okazji trochę uporządkowali system podatkowy. Można się pocieszać, że podwyżka VAT uświadomi ludziom, iż wydatki są pokrywane z podatków i że jeśli rosną wydatki, to rosnąć muszą też podatki. Bo na całym świecie ludzie myślą podobnie. Jak się ich pyta, czy podnosić podatki, powiedzą: nie. A czy obniżać wydatki? Tak, ale nie te, które mnie dotyczą. Gdy mamy do wyboru: zwiększyć opodatkowanie pracy i oszczędności lub konsumpcji, lepsze jest to ostatnie wyjście.
Niedawno ministerstwo opublikowało raport o ulgach podatkowych. Ich wartość sięga prawie 5 proc. PKB. To ogromne pieniądze, częściowo marnowane. A ulga raz przyznana jest trudna do ruszenia. Trzeba przekonać społeczeństwo, jak udało się w przypadku emerytur pomostowych, że to przywilej, za który płacą wszyscy, a często pomoc trafia nie do tych, którzy jej potrzebują. Tak jest w przypadku ulg na dzieci, z których nie mogą skorzystać najbiedniejsi, którzy nie mają wystarczającego dochodu. Jednymi z większych absurdów są wspólne rozliczanie małżonków oraz ulga internetowa, która choć niewiele kosztuje, nie upowszechnia dostępu do sieci.
Podobnie jest w innych krajach Europy. Wielka Brytania ma chory system ulg, na czele z zerową stawką VAT na żywność, którą utrzymuje tylko ze względów politycznych. Anglicy przeprowadzili symulacje, z których wynika, że najlepiej byłoby wprowadzić jedną stawkę VAT, a biednym zwiększyć kwotę wolną w podatku dochodowym. To nie pogorszyłoby ich położenia, a radykalnie zwiększyłyby się wpływy.
W akcyzie. Teraz jest ofiarą ideologii. Mamy często dwa rodzaje stawek na to samo dobro, np. olej opałowy i napędowy. Różnica cały czas powiększa się, co zachęca do oszustw.
Wszystkie możliwości trzeba przeanalizować. Dziesięć lat temu koszty pracy w Polsce, tzw. klin podatkowy, były niezwykle wysokie. Teraz zaś jesteśmy w środku europejskiego peletonu. Nie jest to już dla nas tak wielki problem. Wystarczy wziąć się za ulgi i stawka składki rentowej mogłaby pozostać na tym samym poziomie na długie lata.
Nie jest sztuką obniżenie podatków. Każdy to potrafi, gdy jest koniunktura. Polskim błędem było jednoczesne obniżenie podatków kilka lat temu i niezadbanie o odpowiednie ograniczenie wydatków państwa. To był nonszalancki ruch.
Niestety, pachnie populizmem. Myślę, że niewielki ruch można byłoby tutaj rozważyć. W Polsce najwyższa stawka PIT to 32 proc. Gdyby przejściowo zwiększyć ją do 35 proc., świat by się nie zawalił. Dotyczy to raptem 1 proc. podatników. Lepszym wyjściem, jeśli chce się bardziej obciążyć bogatych, są podatki majątkowe. W Polsce należy do tej kategorii podatek od nieruchomości. Chore jest jednak to, że płacimy nie od jej wartości, ale od każdego metra.
Ci, którzy mieliby szukać optymalizacji podatkowej, pewnie tak robią. W naszym kraju płacą stałą stawkę 19-proc. albo nie płacą w ogóle. Nie wierzę, że ktoś chciałby wdawać się w poważne kombinacje, by zaoszczędzić 3 pkt proc. na podatku.
W Europie taka tendencja jest zauważalna. Jednak nie znaczy to, że jeśli dziś wyśle się urzędników na kontrole, jutro będą z tego pieniądze. Gdy chodzi o naprawdę duże sumy, podatnik odwołuje się i ściąganie należności trwa długo.
Niestety w Polsce efektywność, jeśli chodzi o ściganie nadużyć, nie rośnie, ale spada. Maleje liczba spraw np. dotyczących cen transferowych. Odpowiednie służby są niedoinwestowane. Po jednej stronie mamy skromnego urzędnika państwowego, po drugiej dużą korporację, która płaci dziennie ekspertom podatkowym tyle, ile ów urzędnik zarabia przez miesiąc. Siły są nierówne. Choć zdarzają się sprawy, że pracownik Ministerstwa Finansów wygrywał z dużym koncernem w sądzie.
To wyjątkowo złe rozwiązanie. Przyznam się, a potem będę robił, to co robiłem, bo przecież nastanie kolejna abolicja. Zrozumiałbym jeszcze taki ruch, gdyby był połączony z głęboką reformą podatkową. W przeciwnym razie nie ma sensu.
@RY1@i02/2010/250/i02.2010.250.186.0017.001.jpg@RY2@
Fot. Wojciech Górski
Jarosław Neneman, ekonomista, były wiceminister finansów
Z Jarosławem Nenemanem rozmawia Paweł Rożyński
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu