Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Sędziowska robota, cz. II

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

To, co zrobiła ostatnio Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, nie jest niczym niezwykłym. Tym bardziej nie jest to żadne bohaterstwo. Nie można w tym przypadku mówić także o sędziokracji. To była tylko i aż zwykła sędziowska robota. Ten, kto uważa inaczej, najwyraźniej nie rozumie, po co nam sędziowie.

Zeszłotygodniowy wyrok IKNiSP SN, który zapadł w sprawie sędziego Waldemara Żurka i w którym Krajowej Radzie Sądownictwa utarto nosa, narobił sporo zamieszania. A reakcje, jakie wywołał, po raz kolejny pokazują, że jako społeczeństwo nie jesteśmy w stanie zaakceptować sędziowskiej niezawisłości. Tak samo przecież było, kiedy sędzia Paweł Juszczyszyn jako sąd zażądał od Kancelarii Sejmu przedstawienia list poparcia udzielonego członkom obecnej KRS. Wówczas również pisałam o tym, że nie umiemy, nie chcemy lub nie możemy zaakceptować, że sędziowie naprawdę są trzecią władzą. I że ustrojodawca wyznaczył tej władzy rolę bezpiecznika, który ma działać również wówczas, gdy przekraczane są granice. Tym razem granicę przekroczyła obecna KRS, próbując wbrew faktom i logice przepchnąć do SN kandydaturę Dariusza Pawłyszcze, sędziego, który z polecenia byłego już wiceministra sprawiedliwości Łukasza Piebiaka ostatnie trzy lata spędził w resorcie sprawiedliwości (tylko na marginesie wypada dodać, że prywatnie Pawłyszcze jest partnerem jednej z członkiń obecnej KRS). A rolę bezpiecznika odegrała w tym przypadku właśnie Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN.

Dla wielu decyzja IKNiSP o uchyleniu uchwały KRS o przedstawieniu prezydentowi kandydata na sędziego SN była szokiem. I to wcale nie dlatego, że wyrok zapadł, mimo że ustawodawca nie przewidział w tego typu sprawach ścieżki odwoławczej do sądu. Powody były dwa. Po pierwsze, szokiem było to, że ta okropna, „pisowska” izba przyznała rację Waldemarowi Żurkowi, sędziemu znanemu z ciętych uwag na temat obecnego rządu. Drugi powód to oczywiście pokrzyżowanie zawodowych planów jednemu z bliskich współpracowników Łukasza Piebiaka, który do niedawna był uważany za pierwszego kadrowego sądownictwa. Być może szok byłby mniejszy, gdyby ci, którzy dziś tak głośno krzyczą o sędziokracji, baczniej przyglądali się temu, jak od samego początku kształtowała się linia orzecznicza w izbie. DGP już w kwietniu zeszłego roku pisał o tym, że swoimi rozstrzygnięciami nowa izba SN zaczyna budować sobie autorytet. Wówczas jednak mało kogo to obchodziło.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.