Po pierwsze odbierzmy Kremlowi paliwowe nadwyżki
N ieefektywne limity dla ropy naftowej i gazu zaproponowane w ostatnich dniach odpowiednio przez G7 i Komisję Europejską to coś więcej niż rezultat typowego dla ponadnarodowych gremiów niezdecydowania czy skłonności do rozmywania wyrazistych koncepcji w zgniłych kompromisach. Owszem, zarówno Bruksela, jak i gremia decyzyjne „7” są do pewnego stopnia skazane na godzenie sprzecznych interesów. Proces ten często wyklucza się z działaniem tak sprawnym i zdecydowanym, jakiego byśmy chcieli. Śledząc negocjacje na bieżąco, niejednokrotnie załamywaliśmy ręce nad tym, jak długo, w jakich bólach i jakim kosztem rodzi się zgoda na kolejny potrzebny na wczoraj pakiet sankcji. Trudno jednak zanegować, że krok po kroku żegnaliśmy lata „błędów i wypaczeń” w europejskiej polityce wschodniej, a logika, którą kierowały się instytucje UE, ostatecznie okazywała się klarowna i konsekwentna: pogodzić możliwie stanowcze działania wobec agresora i wsparcie dla jego ofiary – z równie istotną w okolicznościach wojennych zasadą jedności. Jak rzadko kiedy widzieliśmy, że Bruksela, Waszyngton i cały niemal główny nurt euroatlantyckiej dyplomacji stają się sprzymierzeńcami Polski w wywieraniu nacisku na „hamulcowych”, by mentalny odwrót od Moskwy realizowały szybciej, a przynajmniej w nim nie przeszkadzały.
Dziś można odnieść wrażenie, że zmęczenie rosyjską agresją wchodzi na dobre na salony, i to bynajmniej nie tylko te berlińskie, wiedeńskie czy budapesztańskie. Dyskusja o limitach cenowych stała się tego najlepszą ilustracją. Żeby było jasne: jest naturalne i zrozumiałe, że państwa szeroko pojętego Zachodu chcą chronić swoich obywateli, swój biznes i swoje „krytyczne” aktywa przed kosztami związanymi pośrednio lub bezpośrednio z rosyjską agresją. Nie ulega wątpliwości, że takie działania są wręcz konieczne – także w imię naszej zbiorowej odporności jako państw uznawanych przez Moskwę za „nieprzyjazne” i potrzebnej w okresie wojennym politycznej stabilności. Problem zaczyna się wtedy, kiedy rozpoczyna się mieszanie porządków, pojawia się argumentacyjny chaos, ginie klarowna, jak się zdawało, hierarchia priorytetów, a do wspólnego mianownika dopisywane są chyłkiem partykularne cele.
Ten z grubsza proces dotknął najważniejszej z punktu widzenia zdolności Kremla do finansowania swojej inwazji sfery, stanowiącej tym samym jeden z głównych kluczy do problemów nią wywołanych: sankcji naftowych. Pomysł limitu cenowego wprowadzono na arenę debaty i pozyskano kierunkową zgodę UE jako dla skuteczniejszego środka do tego właśnie najważniejszego celu. Niepostrzeżenie jednak – gdzieś między pracami koncepcyjnymi w amerykańskim Departamencie Skarbu a gabinetowymi ustaleniami z Brukselą, i stolicami G7, zakręcenie kurka z pieniędzmi zasilającymi rosyjski budżet straciło na znaczeniu. Z tego zamieszania wyłania się nowe oblicze mechanizmu – jako sposobu na rozmiękczenie uzgodnionych już unijnych restrykcji i utrzymanie płynności na światowych rynkach. Zmiany te nie są nieodwracalne – wystarczy skorygować wyjściowy pułap albo uzupełnić propozycję o jasny i przewidywalny harmonogram jego obniżania. Zniekształcenie pierwotnej idei jest chyba w dużej mierze – jak mówi nam jeden z naszych rozmówców, Wojciech Paczos – owocem marzeń o jednym narzędziu, które rozwiąże za jednym zamachem wszystkie problemy, a nie złej woli. Jako kraj wskazywany w Europie jako jeden z tych, które „miały rację” co do Rosji, musimy jednak przypomnieć, gdzie na naszym kompasie jest północ. Łagodźmy wpływ sankcji na nasze społeczeństwa, ale ich nie porzucajmy.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.