Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Liberalne elity są nadal głupie

30 maja 2025
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Heglowski Zeitgeist podpowiada, że w zachodnim świecie wiatr historii wyraźnie wieje dziś w prawą stronę. Społeczeństwa stają się coraz bardziej plemienne i indywidualistyczne, co przekłada się na sprzeciw wobec elitaryzmu i merytokracji (w tym dominacji dyskursu eksperckiego i naukowego) oraz kontestowanie liberalnych instytucji. W efekcie mamy powrót kultury siły i akceptację przemocy w przestrzeni publicznej.

Jestem przeciwnikiem esencjonalizowania płci, ale zachodzący obecnie proces można w pewnym sensie określić mianem „maskulinizacji” polityki. Era wrażliwości, inkluzywności, równości i dialogu odchodzi do lamusa. Znany amerykański dziennikarz i korespondent wojenny Robert D. Kaplan opublikował w 2001 r. książkę, która w Polsce ukazała się pod tytułem „Polityka wojowników. Dlaczego przywództwo potrzebuje pogańskich wartości”. Nie wspominam o niej dlatego, że była arcydziełem. Chodzi o to, że Kaplan trafnie przewidział zwrot społeczno-polityczny, który zdeterminował myślenie o polityce w XXI w. Książkę otwierają dwa cytaty – jeden z Sun Tzu, drugi z Machiavellego. Nie są to myśliciele kojarzeni z dyskursem liberalnym opartym na wartościach takich jak prawa człowieka i demokracja. Jeśli mielibyśmy szukać cechy, która ich łączy, to byłby nią szacunek dla nagiej siły. Obaj pochwalają zachowania, które odrzuca szeroko rozumiana kultura judeochrześcijańska: podstęp, zdradę czy kłamstwo. Kaplan twierdził, że także współcześnie polityka potrzebuje pogańskich wartości. Blisko ćwierć wieku temu mogło to bulwersować. Konserwatywnym czytelnikom pewnie zjeży się włos na głowie, ale liberalna demokracja, mimo swojego przywiązania do świeckości, zakorzeniona jest w cywilizacji chrześcijańskiej i jej trosce o ochronę praw słabszych.
Nowa polityka, której najbardziej wyrazistą emanację stanowi Donald Trump, jest nie tyle postchrześcijańska, ile raczej przedchrześcijańska. Gdy okazało się, że demokracja liberalna nie potrafi poskromić kapitalizmu, lecz wręcz utorowała korporacjom drogę do władzy, wielu wyborców, zwłaszcza uważających się za przegranych globalnego systemu gospodarczego, zaczęło z nadzieją patrzeć na pogańską alternatywę. W (złudnej) nadziei, że skoro dotychczasowe instytucje ich nie ochroniły, to zadbają o siebie sami za pomocą siły.
W takim świecie nie ma wiele miejsca dla polityków nawołujących do dialogu i współpracy pokroju Szymona Hołowni. Jego fatalny wynik w pierwszej turze wyborów prezydenckich można odczytywać właśnie jako znak „ducha dziejów”. Nawet Adrian Zandberg zrezygnował (przynajmniej na czas kampanii) z pozy polityka – eksperta, wchodząc w rolę „potężnego Duńczyka”, wikinga walczącego ze skorumpowanymi elitami partyjnymi. Nie trzeba być wielkim prorokiem, aby dostrzec, kto bardziej odpowiada społecznej potrzebie przywództwa, któremu bliższy jest pogański kult siły – Rafał Trzaskowski czy Karol Nawrocki.
Globalny Zeitgeist nie opisuje jednak w pełni polskiego wyborcy. Kiedy myślę o emocjach, które najbardziej rozpalają nasze społeczeństwo, to widzę dwie grupy spotykające się z wrogością, a nawet nienawiścią. Pierwszą z nich są Ukraińcy, drugą – kojarzone z III RP liberalne elity, których ucieleśnieniem jest „Gazeta Wyborcza”. Choć pozycja tej ostatniej jest dziś nieporównywalnie słabsza niż jeszcze kilkanaście lat temu, to wciąż potrafi ona wzbudzać wiele negatywnych skojarzeń, co bezwzględnie monetyzuje w swoim kanale Krzysztof Stanowski.
Wrogość wobec tych konkretnych grup można moim zdaniem wyjaśnić za pomocą dwóch opowieści. Metaforą, która trafnie opisuje polskie społeczeństwo, jest biblijna przypowieść o synu marnotrawnym. Dla przypomnienia – występuje w niej trzech bohaterów: miłosierny ojciec, marnotrawny syn i starszy brat. Kluczowa dla naszej opowieści jest ta trzecia postać, którą można interpretować na dwa sposoby. Zdaniem jednych starszy brat miał pełne prawo poczuć się pokrzywdzony i wygarnąć ojcu rażącą niesprawiedliwość. Zdaniem innych mężczyzna okazywał ojcu posłuszeństwo tylko dlatego, że oczekiwał przyszłej nagrody – w rzeczywistości niespecjalnie go szanował i cieszył się ze zniknięcia młodszego brata.
Wydaje mi się, że wśród Polaków dominuje pierwsza interpretacja – zresztą zachęcali nas do niej politycy z Jarosławem Kaczyńskim na czele. Choć jesteśmy dobrzy dla innych, to oni tego nie doceniają, a wręcz odpłacają się nam niewdzięcznością. Ponosimy ofiarę i bezustannie oczekujemy, aż ktoś uzna nasze zasługi. To się jednak nie dzieje. Dlatego musimy „wstać z kolan”, mówić „jak jest”, głośno domagać się sprawiedliwości i potwierdzenia naszej wyjątkowej roli. Trwałość mitu „Mesjasza narodów” wynika właśnie z tego, że idealnie wpisuje się on w tę społeczną wrażliwość. Poczuciem niedocenienia można wyjaśnić sceptycyzm wobec przybyszy z Ukrainy – w odruchu serca otwarliśmy im nasze domy, a oni teraz nie tylko żerują na naszych portfelach (co według wskaźników ekonomicznych nie jest prawdą), lecz jeszcze upokarzają nasze państwo, np. umieszczając polskiego premiera w innym wagonie niż zachodnich liderów czy odmawiając nam punktów w konkursie Eurowizji.

Jedna z definicji przywództwa politycznego zakłada, że wyraża się ono w osobie, która najlepiej odpowiada społecznemu wyobrażeniu o ideale lidera. A skoro tak, to większe szanse na zwycięstwo ma kandydat, który przekona Polaków, że mają prawo czuć się potraktowani niesprawiedliwie. A jednocześnie obieca, że dołoży starań, aby inni już zawsze okazywali nam szacunek. Kampanijny wyścig o to, kto odbierze więcej „przywilejów” Ukraińcom lub kto szybciej wymusi na władzach w Kijowie ekshumacje na Wołyniu, stanowi w moim odczuciu próbę spełnienia tych warunków. Opowieść o niewdzięczności jest też jednym ze źródeł wyniku wyborczego Grzegorza Brauna, który w swojej retoryce i działaniach demonstrował największą wrogość wobec naszych sąsiadów.
To jednak nie sprawa Ukraińców stała się lejtmotywem kampanii przed drugą turą wyborów prezydenckich. Sztab Rafała Trzaskowskiego postanowił ożywić nienawiść do klasistowskiego, liberalnego paternalizmu, a tym samym zmobilizować Polaków przy urnach przeciwko prezydentowi Warszawy. Ludzie doświadczeni przez transformację pamiętają rolę, jaką odegrały w niej elity pouczające o konieczności „zaciskania pasa”. Z podobnych powodów nie lubią nauczycieli czy proboszczów mówiących im, jak mają żyć (zjawisko ludowego antyklerykalizmu opisywał w jednym z raportów z badań terenowych Maciej Gdula). Życie jest bowiem trudne i pełne odcieni szarości. Wiele osób, zwłaszcza starszych, żywi przekonanie, że bez rozpychania się łokciami nie doświadczyłoby awansu finansowego i społecznego. Umiejętność ta jest jednym ze źródeł naszego cudu gospodarczego, którym zachwycał się w okładkowym tekście „The Economist”. Jesteśmy dumni z naszych osiągnięć i nikt nie powinien nam wypominać, jak do tego doszliśmy. Zwłaszcza liberalne elity, które przez lata gardziły ludem. Polacy, którzy wykonali ogromny skok materialny – w szczególności mieszkańcy prowincji – chcą być traktowani jak pełnoprawni obywatele UE.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.