Pamięć o PRL staje się jednoznaczna
28-lecie stanu wojennego wyraźnie odbiegało od klimatu rocznic wcześniejszych. Może to nawet być zaskakujące, ale znów okazał się wyraźny jasny podział na spadkobierców komunistycznego obozu stronników Moskwy oraz patriotycznej "Solidarności".
Po tej pierwszej stronie sytuuje się oczywiście sam dyktator, dalej - jego rzecznik Urban. Ale bez jakichkolwiek niejednoznaczności towarzyszy im na powrót prezydent Kwaśniewski, który pozbył się właśnie rozterek związanych z oceną 13 grudnia i zapomniał o swoich niegdysiejszych uroczystych przeprosinach, w związku z czym - podobnie jak w latach 80. - głosi chwałę ówczesnej dyktatury. Jasna i pozbawiona podziałów wewnętrznych jest też na powrót strona przeciwna. Wałęsa postulujący proces dyktatora pod zarzutem zdrady stanu wyraża tę samą intencję co Kaczyński, sugerujący w tym przypadku karę dożywocia. A Frasyniuk z niebywałą pogardą traktujący Kwaśniewskiego ("mały komuszek, co mówi od rzeczy") nie różni się od tradycyjnie wojującego Józefa Szaniawskiego, który pierwszego ministra spraw wewnętrznych z rządu Mazowieckiego zwie "Czekiszczakiem" i przekonuje, iż ten osobiście wykonywał stalinowskie wyroki śmierci w gdyńskich Babich Dołach.
To, co jest nowością w stosunku do całkiem niedawnych jeszcze lat - to zmierzch relatywizmu. W zasadzie nie słychać publicznie hamletyzujących pytań o celowość stanu wojennego, o intencje Jaruzelskiego i kwestię tzw. mniejszego zła. Jedynie szydercy czasami przywołują pamiętną frazę o Kiszczaku jako człowieku honoru. A sławny patriotyzm Jaruzelskiego robi jeszcze nadal wrażenie we włoskiej prasie i w co bardziej zachowawczych i powiązanych z Kurią Rzymską kręgach tamtejszej prawicy. W gruncie rzeczy taki normalny bieg rzeczy był już od jakiegoś czasu przewidywalny. Upływ czasu powoli prostuje historię. Dziś znów ma ona ostrzej zarysowane, niezamazane kontury. Listy Jaruzelskiego nie zmienią tego w żadnym stopniu, tak zresztą jak nie zmieniła niczego ckliwo-patriotyczna epistolografia Rzewuskiego.
To rozstrzygnięcie, kluczowe dla tożsamości polskiej wspólnoty, nie ma już tak istotnego znaczenia w praktycznej polityce. Obóz PRL-u znalazł się na marginesie polityki, a zapewne w nieodległym czasie opuści nawet to miejsce. Owszem, PO i PiS używają zbiorowej świadomości historycznej do sporu o władzę (bo używają do tego celu wszystkiego, co im wpadnie w ręce), ale 13 grudnia 1981 roku przestał już tutaj pełnić rolę punktu węzłowego.
Życiorys Wałęsy, zasługi i winy rządu Mazowieckiego albo poczucie własności tradycji solidarnościowej mogą jeszcze od czasu do czasu na nowo ożywić spór o historię. Będzie on także zapewne wracał przy okazji walk partyjnych o IPN, ten bowiem dla polityków niestety nie jest w pierwszym rzędzie strażnikiem zbiorowej pamięci, ale raczej wielkim kotłem, w którym kształtować można tak albo inaczej życiorysy ludzi walczących o splendor, władzę i status. Jest wielce prawdopodobne, że ów zażarty konflikt o stosunek do komunistów zniszczył polską politykę u zarania niepodległości. Że wpuścił ją w jałowe dylematy i skazał na przewlekłą zaściankowość. Ale dziś żądanie usprawiedliwienia Jaruzelskiego i Kiszczaka staje się coraz bardziej ewidentną niedorzecznością. A zdroworozsądkowa ocena 13 grudnia 1981 roku wypiera wszelkie magdalenkowe sentymenty wobec ostatnich władców PRL.
Nie zamieniajmy rocznicy stanu wojennego w dzień pamięci o Jaruzelskim - pisał wczoraj w DGP
@RY1@i02/2009/244/i02.2009.244.000.012b.001.jpg@RY2@
Jan Rokita
Piotr Gęsicki
Jan Rokita
jan.rokita@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu