Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Pomoc należy się tylko najlepszym

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Nie można powierzyć polskim uniwersytetom misji reformy polskich uniwersytetów. Minister Barbara Kudrycka wskazuje właściwy kierunek myślenia, zlecając takie zadanie międzynarodowemu konsorcjum eksperckiemu.

Rzecz jasna - Ministerstwo Nauki bierze w ten sposób odpowiedzialność, że owo konsorcjum nie okaże się oderwaną od rzeczywistości i żądną zarobku spóźnioną "brygadą Marriotta".

Tyle że dobrze robiona polityka wymagałaby, aby przy tej okazji nie zjednoczyć przeciw- ko sobie całego zainteresowanego środowiska, albowiem reformatorska polityka może się wówczas nazbyt łatwo przekształcić w awanturniczą donkiszoterię. Fakt, że do wspólnego frontu przeciw nieistniejącej jeszcze rządowej strategii przyłączyło się najbardziej światłe i reformatorskie skrzydło świata uniwersytetów państwowych: Fundacja Rektorów pod wodzą Jerzego Woźnickiego, a nawet istotny odłam uczelni prywatnych - jest porażką Kudryckiej.

W kręgach akademickich upowszechnił się bowiem dość sceptyczny pogląd, że w jej resorcie panuje nieustanna "gonitwa myśli", z której po dwóch latach nie zrodził się żaden - nawet bardzo minimalistyczny - spójny plan. Tego typu opinię umocnił sam premier Tusk, który najpierw wygłosił do zaskoczonych rektorów mowę na temat "serdecznego spisku" na rzecz polskiej nauki, mającego dać impuls istnej uniwersyteckiej rewolucji, a potem ze zdumiewającą obojętnością nie kiwnął nawet palcem, aby ogłoszoną przez siebie rewolucję przeprowadzić.

Powtarzana w ostatnim dziesięcioleciu do znudzenia teza o wielkim sukcesie polskiego modelu akademickiego jest oczywistym nonsensem. Jej jedyną podstawą jest wskaźnik scholaryzacji: istotnie studiuje dziś ponad połowa młodych Polaków. Ale - na miły Bóg - funkcją uniwersytetów nie jest upowszechnianie i popularyzacja wiedzy! Od tego mamy rozbudowany system oświaty, wraz z kształceniem ustawicznym dorosłych. A uniwersytety winny być po pierwsze - miejscem kształtowania elity narodu, a po drugie - centrami myśli, postępu i nowoczesności. Warto spojrzeć prawdzie w oczy: polskie szkoły wyższe nie tylko nie spełniają dziś tych ról, ale są w coraz większym stopniu istotnym czynnikiem podtrzymywania peryferyjności i drugorzędności Polski w świecie.

Dzieje się tak dlatego, że od 1989 roku konsekwentnie wyłączono uniwersytety spod działania reguły konkurencyjności. Jeden z liderów "podziemnej" walki o konkurencyjność uniwersytetów prof. Tadeusz Pomianek napisał kiedyś, że "państwo tylko wtedy dobrze wykorzysta potencjał intelektualny, jeśli będzie pomagać tylko lepszym". Sądzę, że teza ta wymaga dziś wyostrzenia. Jeśli jako naród mamy nadal ambicję odgrywać jakąś rolę w świecie w tym stuleciu, to musimy najwybitniejszych i najbardziej rzetelnych intelektualnie obsypać szansami i możliwościami. Tylko taka polityka może doprowadzić do wyłonienia się z obecnego oceanu akademickiej drugorzędności polskich Grandes Ecoles.

Mam nieustanne wrażenie, że w przeciwieństwie do większości i akademików, i dotychczasowych premierów, i ministrów nauki - Tusk i Kudrycka wiedzą to doskonale. Bo przecież tylko z takiego przekonania mogła nagle wystrzelić owa pamiętna mowa Tuska do rektorów. Wskazuje na to także - niestety dość nieporadna - szamotanina Kudryckiej, aby wyzwolić rząd i siebie samą z pęt środowiskowej poprawności.

Co więcej - zdaje mi się, że jest to jedno ze wspólnych przekonań Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego, który przecież w akcie ewidentnej desperacji chciał jako premier tworzyć nowy elitarny państwowy uniwersytet. Tylko że wszystkie te głębokie przekonania i intencje obraca wniwecz miałkość polskiej polityki. Chaos, nieumiejętność, strach i międzypartyjny konflikt biorą jak dotąd górę.

Jan Rokita

jan.rokita@dziennik.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.