Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

W zmaganiach z kryzysem trzeba sięgnąć do nauk Keynesa

2 stycznia 2009
Ten tekst przeczytasz w 14 minut

Wszyscy jesteśmy dziś keynesistami. Gdy Barack Obama obejmie urząd prezydenta USA, zaproponuje gigantyczny pakiet stymulacyjnych wydatków z budżetu. Takie pakiety wprowadza wiele innych rządów. Nawet Niemcy - mimo ich głośnych oporów - są wciągane do tego wyścigu.

Nawiedził nas duch Johna Maynarda Keynesa, ojca makroekonomii, wraz z duchem najbardziej interesującego z jego uczniów, Hymana Minsky'ego. Wszyscy dziś świadomi są istnienia momentu Minsky'ego, czyli punktu, w którym finansowe szaleństwo przeobraża się w panikę.

Keynes, jak wszyscy zresztą prorocy, zostawił swoim wyznawcom mętnie brzmiące nauki. Wprawdzie mało kto wierzy jeszcze w lansowane przez jego uczniów w ciągu kilku dziesięcioleci po drugiej wojnie światowej „precyzyjne dostrajanie budżetowe” - ale nikt już również nie wierzy w strategię podaży pieniądza, zaproponowaną przez jego słynnego adwersarza intelektualnego Miltona Friedmana. Choć od śmierci Keynesa minęły 62 lata, to dziś - gdy znaleźliśmy się w kolejnej epoce kryzysu finansowego, która grozi załamaniem gospodarczym - łatwiej nam zrozumieć te z jego stwierdzeń, które nadal zachowują aktualność.

Sądzę, że powinniśmy wyciągnąć z nich trzy lekcje.

Pierwsza - na którą zwracał uwagę Minsky - dotyczy tego, że pretensji finansistów nie powinniśmy traktować poważnie. „Solidnym bankierem nie jest (....) ten, który przewiduje niebezpieczeństwo i unika go, ale ten, który doprowadzając się do ruiny czyni to w sposób powszechnie stosowany, jak inni bankierzy, wskutek czego nikt go właściwie nie może obwiniać” - pisał Keynes. Pojęcie „efektywnych rynków” do niego jak widać nie przemawiało.

Druga lekcja jest taka, że gospodarki nie można analizować w taki sam sposób jak pojedynczego przedsiębiorstwa. W przypadku pojedynczej firmy obniżka kosztów ma sens. Jeśli natomiast cały świat spróbuje postąpić tak samo, doprowadzi to jedynie do załamania popytu. Pojedynczy człowiek może nie wydawać całego swojego dochodu. Świat jednak musi.

Trzecia i najważniejsza lekcja polega na tym, że do gospodarki nie da się zastosować umoralniających opowieści. W latach 30. XX wieku do wyboru były dwie przeciwstawne wizje ekonomiczne: tzw. austriacka oraz socjalistyczna. Ekonomiści austriaccy - Ludwig von Mises i Friedrich von Hayek - dowodzili, że konieczne jest odejście od wydatkowych szaleństw lat 20. Socjaliści argumentowali natomiast, że miejsce upadłego kapitalizmu musi - i to zaraz - zająć socjalizm. Korzenie obu tych poglądów tkwiły w dwóch przeciwstawnych świeckich religiach: pierwsza z nich głosiła, że samolubne postępowanie jednostek stanowi gwarancję stabilnej gospodarki, druga - że jeśli taką motywacją będą kierować się wszyscy, może to prowadzić tylko do wyzysku, niestabilności i kryzysu.

Geniusz Keynesa przejawiał się w podkreślaniu, że do systemu gospodarczego nie należy podchodzić z moralnego punktu widzenia, lecz traktować go jako wyzwanie o charakterze „technicznym”. Chciał zachować możliwie jak najwięcej swobody ekonomicznej, ale zdawał sobie sprawę, że w demokratycznym społeczeństwie o zurbanizowanej gospodarce idea „państwa minimum” jest nie do przyjęcia. Dążył do utrzymania gospodarki rynkowej, nie wierząc jednocześnie, iż to leseferyzm zapewnia wszystko co najlepsze na tym najlepszym ze światów.

Dziś ta moralizatorska debata znów odżyła. Współcześni „likwidacjoniści” podkreślają, że załamanie gospodarki doprowadzi do jej ponownych narodzin, ale w oczyszczonej formie. Ich lewicowi oponenci dowodzą natomiast, że epoka rynków skończyła się. Zresztą nawet ja życzyłbym sobie ukarania tych finansowych alchemików, którzy twierdzili, że tylko coraz większe zadłużanie się umożliwi im - w ujęciu ekonomicznym - zamienianie ołowiu na złoto.

Keynes uważałby jednak oba te podejścia za błędne. Rynki nie są wprawdzie niezawodne, ale nie można się bez nich obyć. Naprawdę stanowią podłoże efektywnej gospodarki i wolności osobistej. Na rynkach może jednak dochodzić do poważnych wypaczeń, trzeba je więc troskliwie nadzorować.

Wybór Baracka Obamy na prezydenta USA odzwierciedla dążenie do takiego właśnie pragmatycznego podejścia. Zarówno libertarianin Ron Paul, jak i lewicowy Ralf Nader oznaczaliby bowiem drogę donikąd. Przed nową administracją stoi zatem zadanie przywodzenia USA i światu w pragmatycznym rozwiązywaniu dotykającego nas obecnie globalnego kryzysu gospodarczego.

A przywrócenie gospodarki światowej do zdrowia to dziś najpilniejsze ze wszystkich zadań.

Na krótką metę najważniejsze jest to, co zaleciłby Keynes: podtrzymanie łącznego popytu. Równie istotne będzie bezpośrednie finansowanie pożyczkobiorców przez bank centralny. Jest oczywiste, że spadnie to w większości na USA, głównie dlatego, że Europejczycy, Japończycy, a nawet Chińczycy są na to zbyt nieruchawi, zbyt z siebie zadowoleni albo zbyt słabi. Uwzględniwszy, iż w wielu krajach o niedostatku popytu następuje właśnie zmniejszanie wydatków gospodarstw domowych, można przewidywać, że ten okres dużych wydatków rządowych potrwa co najmniej przez parę lat. W tym samym czasie należy podjąć wysiłki na rzecz oczyszczenia bilansów gospodarstwa domowych i firm sektora finansowego. Zamiana długu na udziały wydaje się w tym kontekście niezbędna.

W dłuższym terminie konieczne jest wymuszenie ponownego zrównoważenia popytu globalnego. Od krajów obciążonych deficytem nie można oczekiwać, że będą wydawać, dopóki nie zbankrutują, a kraje dysponujące nadwyżką nie mogą potępiać tych wydatków jako rozrzutności, zwłaszcza ich eksporterzy bardzo na nich korzystają.

Ten właśnie problem stanowić będzie główny punkt działań na rzecz ustanowienia nowego globalnego porządku ekonomicznego: ich podjęcie musi stanowić priorytet dla dla nowej administracji USA. Takie właśnie zadanie stawiał sobie Keynes w 1944 roku, kiedy podczas konferencji w Bretton Woods przedstawiał ideę powojennego systemu monetarnego.

Niemniej pragmatyczny charakter muszą mieć wysiłki na rzecz utworzenia nowego, globalnego systemu regulacji finansowych oraz nadzoru nad rynkami: to samo dotyczy również podejścia do polityki pieniężnej, która powinna zapewniać możliwość ograniczenia nadmiernej ekspansji kredytowej i zapobiegać tworzeniu się „baniek” spekulacyjnych w odniesieniu do rożnych aktywów. Hyman Minsky jasno udowodnił, że nie istnieje stała, niezmienna odpowiedź na żaden z istotnych problemów. Ale już uznanie, że w skomplikowany globalny system finansowy „wbudowana” jest jego wewnętrzna słabość, może stanowić dobry punkt wyjścia zmiany jego traktowania.

Podobnie jak było w latach 30. XX wieku, również przed nami stoi wybór: czy do stojących przed całym światem wyzwań podchodzić pragmatycznie, wzajemnie ze sobą współpracując, czy też pozwolić, żeby przeszkodziła nam w tym ideologiczna ślepota i egoizm.

Jasny jest również cel, do jakiego powinniśmy dążyć: chodzi o zachowanie otwartej i stabilnej - przynajmniej na tyle, na ile jest to osiągalne - gospodarki światowej, która będzie w stanie zapewnić ludzkości możliwie jak najwięcej szans.

W ostatnich latach nasze osiągnięcia były pod tym względem zawstydzająco marne. Musimy się bardziej postarać. Stać nas na to - pod warunkiem że przystąpimy do tego zadania w duchu pokory i pragmatyzmu, pozbywszy się ideologicznej ślepoty.

W ekonomii - jak mógłby powiedzieć Oscar Wilde - prawda rzadko bywa czysta, a nigdy nie jest prosta. Dla mnie to stwierdzenie stanowi najistotniejszą lekcję z obecnego kryzysu. Zgadza się ono z wnioskami, jakich wciąż dostarcza nam nauka Keynesa.

c190f321-cf37-4183-b3dc-bbf5f764c42f-38879660.jpg

Fot. Images.com Corbis

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.