Nadgniła moc atomu
W prezencie na święta amerykański Senat ratyfikował układ redukujący broń nuklearną. Sprawa przeszła bez echa, co pokazuje, jak zmieniliśmy stosunek do atomu. Zapomnieliśmy o drzemiącej w silosach masowej śmierci
W czasach zimnej wojny politycy, wojskowi i analitycy skrupulatnie liczyli głowice nuklearne wroga oraz środki ich przenoszenia - rakiety, bombowce, okręty podwodne. Dzieci w szkołach po obu stronach żelaznej kurtyny uczono, jak zachować się podczas ataku atomowego. Tak było jeszcze w latach 80. tuż przed upadkiem komunizmu. Dziś ani śladu po tamtych emocjach. Tymczasem pomimo redukcji arsenał nuklearny Rosji i Stanów Zjednoczonych jest wciąż wystarczający, by pozostał po nas wszystkich tylko popiół.
Ratyfikowany przez amerykański Senat Start bis to kolejny krok na drodze rozbrojenia, ale do pełnego wyeliminowania groźby wojny nuklearnej wciąż bardzo daleko. Republikańscy krytycy układu podnosili, że znacząco redukuje on potencjał militarny USA i osłabia możliwości obrony Europy Środkowej, gdyby doszło do wojny z Rosją. Miło z ich strony, że o nas pomyśleli, ale Start bis nie jest wcale tak radykalny. Zmniejsza amerykańską siłę rażenia jedynie w minimalnym stopniu. Obie strony mogą teraz posiadać po 1550 głowic atomowych oraz po 700 czynnych wyrzutni. Jeśli chodzi o te drugie, Stany Zjednoczone mają ich obecnie 798, więc redukcja będzie dość skromna. W przypadku głowic cięcie może imponować, bo na wyposażeniu sił strategicznych USA jest ich teraz 2600, czyli liczba zabójczych pocisków spadnie o 30 procent. W teorii. Start bis zakłada bowiem, że każda głowica na rakiecie balistycznej jest liczona jako jeden ładunek (rakiety przenoszą nawet po kilkanaście), ale już każdy bombowiec strategiczny także oznacza tylko jedną głowicę, choć w praktyce może mieć ich na pokładzie nawet 20. O ile Rosja, wcześniej zaś Związek Sowiecki, bazuje na lądowych rakietach dalekiego zasięgu, jako głównej sile nuklearnej, Ameryka postawiła na okręty podwodne i właśnie bombowce strategiczne, jako ostrze swojej potęgi atomowej. Według wyliczeń Arms Control Association, prorozbrojeniowej grupy lobbystycznej, wystarczy, by Waszyngton rozmontował 100 głowic i wypełni zobowiązania traktatowe, a to już nie 30 proc., ale ledwie 4 proc. jego arsenału.
Nawet gdyby obie strony nie wykorzystały niejasnego przepisu o bombowcach, i tak miałyby wystarczająco wiele głowic, by zniszczyć 3100 miast, w tym kilka wielomilionowych metropolii. Oto na jakiej minie kwitnie nasze dobre samopoczucie w burzliwym, ale jednak - jak sądzimy - wolnym od groźby masowej zagłady świecie postzimnowojennym. Doliczmy do tego jeszcze arsenały Wielkiej Brytanii, Francji, Chin, Indii, Pakistanu, Izraela i Korei Północnej, beniaminka w tym klubie. W sumie dodatkowo 850 - 900 głowic.
Po co to wszystko, skoro nie jest już potrzebna siła odstraszania, która przeraża przeciwnika masowością zagłady? Odpowiedzi powinna udzielić doktryna użycia broni nuklearnej, czyli w wypadku Ameryki tak zwany przegląd polityki atomowej ogłaszany przez prezydenta. Obama upublicznił go w kwietniu tego roku. Mocno ogranicza on ewentualne cele uderzeń nuklearnych w stosunku do poprzedniej doktryny z 2001 r. tylko do krajów posiadających broń atomową, które nie ratyfikowały traktatu o jej nierozprzestrzenianiu, i jedynie w przypadku bezpośredniego zagrożenia USA lub ich sojuszników. W praktyce jedynym możliwym celem jest dziś Korea Północna. Pozostaje jednak pytanie - czy Ameryka aby na pewno potrzebuje do jej unieszkodliwienia aż 2600 głowic? Doktryna rosyjska jest już bardziej elastyczna, zakłada bowiem uderzenie prewencyjne, gdyby były zagrożone najistotniejsze interesy Rosji lub jej bezpośrednie bezpieczeństwo. Ale i w tym wypadku widać, że teoretyczne podstawy użycia broni atomowej nie odpowiadają posiadanym przez mocarstwa arsenałom. Gdyby potraktować doktrynę amerykańską poważnie, Stanom Zjednoczonym wystarczyłoby kilkanaście, góra kilkadziesiąt głowic.
Mamy zatem sytuację, gdy w dwóch niegdyś antagonistycznych państwach zmagazynowano ogromne ilości broni nieadekwatnej do współczesnych potrzeb i zagrożeń. Mało tego, żadne z nich - pomimo deklaracji - nie chce ich zdemontować lub radykalnie ograniczyć, bo nie wypracowano ani teoretycznych, ani dyplomatycznych podstaw do takiego posunięcia. Waszyngton i Moskwa najzwyczajniej w świecie nie wiedzą, co zrobić z arsenałami. Wahają się, czekają na rozwój wypadków, a w dysputach i sporach używają argumentacji z czasów zimnej wojny oraz tak zwanej równowagi strachu. Broń atomowa pochodzi z innej epoki, to demon z przeszłości, który najwyraźniej zabłąkał się w teraźniejszość. Choć nie bardzo tu pasuje, może jednak wyrządzić straszliwe szkody.
Prezydent Obama ogłosił, że Ameryka zaprzestaje prac nad nowymi głowicami, nie rozwija też nowych środków przenoszenia. Realną, a nie teoretyczną, siłę odstraszania buduje zaś poprzez rozwój sił konwencjonalnych. Rosja poszła inną drogą. Ponieważ nie stać jej na finansowanie nowoczesnej armii, zdecydowała się tworzyć nowe generacje środków przenoszenia, dobrym przykładem są rakiety manewrujące Iskander oraz rakiety balistyczne Topol M i Buława. Kreml wie, że jego arsenał nuklearny powoli zmienia się w złom niezdolny do użycia, chce więc mieć mniej środków uderzenia, ale skuteczniejszych. Trudno nie przyznać, że to dojrzalsze myślenie niż amerykańskie odkładanie problemu na półkę, by podrzucić go następnej administracji po kolejnych wyborach. Ruch ten, gdyby został doprowadzony do logicznego końca, dałby Rosji ostateczny argument wojenny i siłę odstraszania bez astronomicznych kosztów utrzymywania arsenału z przeszłości.
Podobnie zresztą rozumują kraje pozaeuropejskie. Pakistan i Indie mają po 60 głowic, równoważąc wzajemnie swoje zapędy wojenne. Izrael szachuje świat muzułmański 80 - 100 głowicami, których - jak głosi jego doktryna - użyje tylko wówczas, gdy będzie zagrożone jego istnienie. Nawet Korea Północna chce tylko postraszyć głowicami, które na razie są zresztą niegroźne, ponieważ nie zostały zminimalizowane do tego stopnia, by można je załadować do rakiety. Reżim, rozwijając broń atomową, zmniejsza możliwość amerykańskiego i południowokoreańskiego ataku. We wszystkich tych wypadkach mamy do czynienia z klasycznym odstraszaniem, a ewentualne użycie broni nuklearnej nie grozi światu zagładą.
Mając na uwadze gargantuiczne arsenały Rosji i Ameryki, pocieszamy się, że nigdy nie zostaną odpalone. Zapewne, nie ma bowiem ku temu żadnych powodów. Ale dopóki są tak rozdęte, komuś w Waszyngtonie czy Moskwie może w czas próby, której nie możemy dziś przewidzieć, przyjść na myśl, by dla lepszego efektu wystrzelić nie jedną czy pięć rakiet, ale od razu kilkaset. W dobrym dramacie starego stylu, kiedy w pierwszym akcie na ścianie wisi strzelba, w trzecim powinna wystrzelić. W nowoczesnym przedstawieniu trzeba przynajmniej liczyć się z taką ewentualnością. Dobrze by więc było, by Waszyngton i Moskwa zechciały zastąpić to przestarzałe urządzenie skromniejszym i czyniącym mniejsze spustoszenie rewolwerem. Też pięknie się prezentuje i również odstrasza rabusiów. Ratyfikowany przez Senat układ Start bis z pewnością takim rewolwerem nie jest.
@RY1@i02/2010/250/i02.2010.250.186.0024.001.jpg@RY2@
Wydatki na utrzymanie nuklearnych sił strategicznych w 2009 roku
@RY1@i02/2010/250/i02.2010.250.186.0024.002.jpg@RY2@
Fot. AFP/East News
Podpisane w kwietniu porozumienie Start bis redukuje arsenały atomowe USA i Rosji. Oba kraje wciąż mają jednak wystarczająco dużo głowic nuklearnych, by zniszczyć 3100 miast, w tym kilka wielomilionowych metropolii
@RY1@i02/2010/250/i02.2010.250.186.0024.003.jpg@RY2@
Andrzej Talaga
Andrzej Talaga
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu